środa, 29 maja 2013

Równowaga

Po powrocie ze wsi nie mogłam się jakoś zabrać za pisanie. W pierwszej kolejności czekały zwykłe prozaiczne czynności i domowe obowiązki. Nie chciałam wpaść do domu z poczuciem, że muszę to i muszę tamto, i jeszcze powinnam to i tamto... Chciałam przenieść trochę pozamiastowego spokoju do kołowrotka spraw codziennych. Nie udało się. Coraz częściej mam poczucie, że tu i tam to dwa różne światy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że patrzę na całą sytuację z perspektywy osoby zaganianej w mieście i jadącej na wieś, aby odpocząć. Gdybym tam mieszkała na stałe też bym musiała wykonywać te same czynności co w mieście - prać, sprzątać, gotować, zajmować się ogrodem i dowożeniem dzieci do szkół (a to już jest dużo większy problem niż kursowaniem w obrębie dobrze skomunikowanego trójmiasta, po którym za kilka lat dzieci będą mogły same się poruszać). Ale mimo to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w mieście równowaga między pośpiechem a wyciszeniem została na stałe zaburzona. Łatwiej ją odzyskać wśród kojącej ciszy na wsi. Wiem to z autopsji. :) Powiem więcej: łatwiej tam znaleźć ciszę mimo takich samych jak w mieście okrzyków dziecięcych, mimo warkotu piły czy traktora, mimo szczekania psów! ;) Może tam prawa fizyki działają nieco inaczej i fale dźwiękowe rozchodzą się w odmienny sposób?  Może tam istenieje jakaś odwrócona echolokacja? ;) A może odprężający ptasi śpiew jest najgłośniejszym dźwiękiem, tak że wszystkie inne wydają się być po prostu słabsze i mniej istotne?


Pogoda była gorsza niż w długi weekend, było chłodniej i zdecydowanie mniej słonecznie, dlatego zdjęć dziś będzie mało. W końcu wiosna znacznie się spóźniła, a wraz z nią również zimni ogrodnicy. Na szczęście padało tylko w nocy, ale wilgotne rześkie powietrze dało się odczuć do południa. Błogie lenistwo trzeba było owinąć kocem i ogrzać ciepłą herbatą. A jak jeszcze uatrakcyjniło się je puchową drożdżówką pani Alojzyny (2x taka blacha!), to już nic do szczęścia nie brakowało. A wiadomo, że długotrwałe leżenie w hamaku z książką i niekontrolowane raczenie się drożdżowym rarytasem bardzo korzystnie wpływa na figurę. ;)) Jak tak dalej pójdzie, kształty me (do tej pory nie rzucające się raczej w oczy) staną się zdecydowanie kobiece! :)) Ale kto by się tam przejmował takim szczegółem w tak sprzyjajacych okolicznościach przyrody? :)) 
Czy można się temu oprzeć?

Zapowiedź lata i stały bywalec Kajtek (zwróciłyście uwagę, jak łąka się zmieniła od długiego weekendu?)

Na koniec standardowo (ale tym razem tylko jeden) ;) chustecznik. Chustecznik zardzewiały. ;) Dodałam mu lat preparatami Idea patina przeznaczonymi właśnie do tego celu. Muszę powiedzieć, że spodobało mi się "rdzewienie" i z całą pewnością coś jeszcze w tym stylu zrobię. Może to znak, że sama rdzewieję? ;))




Pozdrawiam Was serdecznie
łapiąca równowagę Ewa

piątek, 24 maja 2013

Zielone Candy

Moje  drugie Candy postanowiłam zorganizować już w pierwszych dniach maja kiedy to licznik przekroczył okrągłą liczbę 100 obserwatorów. Cichutko przyłączają się nowe osoby, nie "narzucając się" nawet komentarzami. ;)) To dla mnie bardzo ważny dowód sympatii i dlatego chciałabym dziś podziękować wszystkim, którzy do mnie zaglądają. Dziękuję Wam za zaufanie i za Waszą obecność u mnie, za to że chcecie mnie odwiedzać. Cieszy mnie ogromnie, że się Wam u mnie spodobało i że się zdecydowałyście(-liście, bo jest jeden Rodzynek!) :) zostać na dłużej. Radość jest tym większa, że ja naprawdę mam bardzo mało czasu na to, aby pobiegać po innych blogach, aby zaprosić do siebie. Nie gniewajcie się, że zaglądam do Was z rzadka, ale po prostu, tak najzwyczajniej  w świecie, nie daję rady. Zaglądam zawsze z rewizytą, gdy zostawiacie komentarz - tak mi najłatwiej: tylko klik i już jestem u Was! ;)

Skoro mamy w końcu wyczekaną wiosnę oraz zieleń dookoła, to Candy musi być wiosennie zielone! Jak zwykle przygotowałam dla Was chustecznik (już go ostatnio widziałyście) - zielony, a jakże, skoro to Zielone Candy! Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu. Myślę, że idealnie będzie się nadawał do zielonych ogrodów, na ukwiecone tarasy i balkony jako dyskretny poskramiacz kapiących nosów, czy umorusanych rączek. :) Oczywiście salonem też nie pogardzi.

Zasady są takie same jak przy ostatnim Candy, czyli osoby chcące wziąć udział w zabawie proszone są o pozostawienie komentarza. Po prostu. Podlinkujcie poniższe zdjęcie (blogerki) i pamiętajcie, że wcale nie ma obowiązku przyłączania się do grona obserwatorów (TU pisałam na ten temat). Zabawa trwa dwa tygodnie do 09.czerwca, a ogłoszenie zwycięzcy następnego dnia. I to tyle. Częstujcie się i powodzenia. :))


A na smaczek znów szparagi... Tym razem w naleśnikach.
Szparagi zagotowujemy w osolonej wodzie z łyżeczką masła i w tym czasie smażymy naleśniki. Następnie na każdym układamy po 3-4 szparagi i zawijamy naleśnikiem. Takie ruloniki okręcamy plastrem szynki (np. parmeńskiej, ale może być i inna) i układamy w naczyniu zaroodpornym. Posypujemy parmezanem i pokrojonym pomidorem (bez skórki), na wierzch kapiemy trochę śmietany. Sól, pieprz do smaku. Zapiekamy ok. 15 minut. Proste i smaczne!


I już absolutnie na sam koniec moje tulipanki balkonowe, a właściwie jeden przedstawiciel specjalnie dla Was. ;) Tak mi jakoś pasował do dzisiejszego zielonego wpisu. :) Tylko kilka dni różnicy, a i listki winobluszczu pojawiły się w tle na prawym zdjęciu... Listki teraz są jeszcze większe. Takie cuda, to tylko w maju. ;)
Bardzo mi się podoba. Może dlatego, że troszeczkę przypomina peonię?
I zachęcam wszystkie fanki "Mojego Mieszkania" do poparcia akcji "Tuczymy Moje Mieszkanie". Może uda nam się wspólnie pogrubić nieco to lubiane czasopismo. Warto spróbować, dlatego czekam na Wasze komentarze pod tym postem. Im więcej opinii, tym większe szanse! Gorąco zachęcam do przyłączenia się - w kupie siła Mości Panny! :))

Pozdrawiam zielono i zmykam na zieloną wieś...
Ewa

poniedziałek, 20 maja 2013

Kiedy wiosna buchnie majem...

Kocham maj! Uważam, że to najpiękniejszy miesiąc w roku. Długo trzeba było czekać w tym roku na efekty majowej wiosny, ale w końcu, przy końcu są! :)) Chociaż na szaleństwo bzów nadal czekam... Uwielbiam patrzeć, jak przyroda budzi swe kolory i zalewa świat soczystą zielenią. Drzewa obsypane białym i różowym kwieciem, widok ogrodów całych w kolorowych plamkach i poranny świergot ptaków są dla mnie najlepszą psychoterapią. Gdy wczesnym rankiem, jeszcze zanim oczy otworzę, dochodzą do mnie odgłosy ptasich treli, to myślę: jaka to radość być budzonym przez taką najsłodszą, miłosną muzykę... Gdy do tego poranek wita mnie promieniami słońca, wstając z łóżka myślę: ach, jak przyjemnie zaczął mi się dzień! Jakie to szczęście, że znów mogę zachwycać się światem, że mogę go podziwiać. Uciekajcie troski przed takim młodzieńczym szaleństwem przyrody. Albo lepiej - patrzcie i bierzcie przykład jak można się cieszyć życiem! ;)

To drzewo rośnie w przedszkolu u moich Maluchów. Nikt nie wiedział, jak się nazywa - każda pani dawała inną odpowiedź: dzika wiśnia, rajskie drzewko..., ale wygląda obłędnie, z daleka jak drzewiasta azalia. A ciekawostką jest, że kwitnie tylko 4 dni! Może Wy wiecie co to za drzewo?

Jabłonki w różnym wydaniu...

Największa magnolia jaką widziałam rośnie w górnym Sopocie. Osiągnęła wymiary całkiem sporego drzewa. Nie ma się co dziwić, skoro ma ponad 100 lat! Dowiedziałam się od mieszkanki kamienicy, przy której stoi to cudo, że trzy zimy temu pod naporem mokrego śniegu, złamał się jeden konar i magnolia bezpowrotnie straciła 1/3 swojej urody! Wielka szkoda, chociaż patrząc na nią trudno wyobrazić sobie, że była jeszcze bardziej okazała. I trudno nie zachwycić się jej wielkością i urodą. Spóźniłam się nieco z uwiecznieniem jej piękna, ale jeśli dotrwam do przyszłej wiosny w blogowaniu, to pojadę zrobić jej zdjęcia w pełnym rozkwicie. :)

A skoro maj, to nie może przecież zabraknąć kwitnących kasztanowców (a wraz z nimi zakwitły wspomnienia z matury). :) Ech, kiedy to było?

A teraz majowe migawki z mojej Namiastki ;)
Moje pierwsze małe wiosenne radości
Hiacynt na tle wrzośców
Migdałki...
i pierwszy "bzik" (ten z prawej, bo z lewej to nie mój) ;))
A teraz nudna seria tulipanowa, ale tak się cieszę ich widokiem, że pstrykam zdjęcia, jak własnym dzieciom. ;)) Wytrzymajta jeszcze chwilę. ;)

Uff! Ukwiecony ten mój post, ale kocham kwiaty i moja tęsknota za ogródkiem jest tak wielka, że nawet ten ciupeńki fragment przy domu od niedawna wykorzystuję za zgodą i pełnym przyzwoleniem super-sąsiada. ;) Chciałabym mieć  swoje połacie do szaleństw, bo ten fragment jest przez większą część dnia zacieniony, więc pole manewru mam ograniczone. Ale już mi cosik świta i chodzi po głowie. Muszę tylko poczekać aż mąż w czerwcu wróci i obgadać sprawę... ;))

A skoro dziś tak kwiatowo i wiosennie, to tradycyjnie już pokażę dwa chusteczniki - również w klimacie romantyczno-wiosennym. ;) Pierwszy biały, z nutką różu i takimiż "wytarciami" na brzegach. Prosty, ozdobiony tylko drewnianym kwiatkiem z perełką w środku. Dla dziewczynki małej lub dużej. ;)



Drugi szary, bielony, bardziej stateczny, choć z duszą romantyczną. ;) Ozdobiony koronką i jedną różową materiałową różyczką. 



Pozdrawiam majowo i nastrojowo i lekko romantycznie...
Umajona Ewa

czwartek, 16 maja 2013

Ze wszech stron

Dziś się na wstępie pochwalę. Dostałam aż dwa (w krótkim odstępie czasu) wyróżnienia od jednej osoby: Lidki z nitką. Mieszka ona, jak się okazało, całkiem niedaleko mnie. :) To już czwarta blogująca dziewczyna z okolic Trójmiasta, z którą się "odwiedzamy". Wirtualnie. ;)  Zajrzyjcie do niej koniecznie, bo takiej poduszki "laptopowej" to jeszcze nie widziałyście! Jedno wyróżnienie to dla "ulubionego" bloga, a drugie to - ho, ho, bo dla wszechstronnego bloga! :) No tak: trochę kwiatów, trochę kulinariów, parę przerobionych rzeczy i garść ozdobionych drewienek, tu naleweczka, tam poduszeczka... Wszechstronność ma przeogromna! :))) Śmieję się dziewczyny, ale bardzo się cieszę, bo to oznacza, że blog się nadal komuś podoba, a dla początkującej blogerki to jest mega napęd do dalszej "działalności". ;) No to odpowiadam:
1.Pies czy kot? - Trudno orzec, bo mam/miałam do niedawna/ obie wersje naraz. Już kiedyś na to pytanie odpowiadałam, że inną radość daje pies a inną kot. Ja w ogóle kocham zwierzęta.
2.Kwiaciarnia czy łąka? - Pytanie! :)) Ł Ą K A ...najlepiej umajona
3.Jabłko czy batonik? - Wstyd się przyznać, ale stawiam wypieki nad inne dania, nawet te owocowe
4.Choinka świeża czy sztuczna? - Świeża, chociaż ostatnio coraz częściej żal mi wyrzucanych choinek
5.Horror czy komedia romantyczna? - Hmm, w żadnych skrajnościach nie gustuję. ;) Wolę dobre kino obyczajowe
6.Szpilki czy balerinki? - Wszystko, w czym można szybko biegać, bo ja na codzień niezmiennie ścigam się z czasem i muszę mieć wygodne buty
7.Odpoczynek przy muzyce czy w ciszy? - Zdecydowanie w ciszy! Muzyki to ja mam codziennie po dziurki w nosie (szczególnie gdy dziecię me ćwiczy ciurkiem na wszystkich trzech instrumentach!) ;)
8.Rower czy własne nogi? - Lubię zarówno rowerowe, jak i piesze wycieczki. Ostecznie biegać za rowerem też mogę. ;)
9.Grzyby zbierać czy jeść? - Specjalistką w zbieraniu grzybów to ja nie jestem i specjalną fanką grzybów też nie, ale grzybki lubię i te w lesie i te na talerzu
10.Srebro czy złoto? - No masz babo placek! Właśnie mi się gust zmienia, więc na razie jest fifthy-fifthy
11.Gwiazdka czy Wielkanoc? - Wielkanoc jest dla mnie bardzo ważnym świętem, ale jednak być samotnym w Boże Narodzenie  bardziej doskwiera...




Tym razem zadaniem przy tej nagrodzie należało nie tyle odpowiedzieć na zadane pytania, co ujawnić 7 faktów o sobie. Hmm, trudna sprawa, bo po pierwsze zbyt wielu tajemnic nie mam, po drugie co nieco już o sobie pisałam, gdy dostałam pierwsze wyróżnienie (TU możecie sobie przeczytać) i odpowiadając na pytania przy okazji innych wyróżnień, po trzecie siedem to staraaasznie dużo, bo ja nie potrafię krótko i więzłowato. ;) Dlatego postarałam się napisać o sobie coś nowego, choć aż 7 faktów nie udało mi się znaleźć.
  1. Jestem wysoka - tak mam od niemowlęctwa. ;) Dzięki wysokim rodzicom, rosłam sobie bez umiaru, a że byłam starszliwym niejadkiem, miałam tuszę szczypiorka, dlatego w żartach byłam nazywana przecinkiem, wykałaczką, bagietką, tyczką... i proszona, by nie stawać bokiem do rozmówcy, gdyż zanikam z pola widzenia. Dziś dawny wzrost pozostał, za to waga nieco wzrosła i nareszcie mogę skupić się na rozmowie, nie zwracając uwagi jak stoję. ;))
  2. Ze wzrostem wiąże się fakt, że mam długie nie tylko ręce, nogi i stopy, ale również palce. Zaineresowanie zawsze budziły bardzo chwytne palce u nóg, szczególnie gdy podnosiłam coś z ziemi bez schylania się. Najbardziej zadowolona z nich byłam, gdy dzieci były niemowlakami i  nosząc je na rękach podnosiłam za pomocą wymachu nogą, upuszczoną pieluchę tetrową, czy grzechotkę. :) Nadal ich używam, np. przy otwieraniu dolnych szuflad w kuchni! :) Ale zawisnąć na gałęzi do góry nogami, trzymając się palcami stóp jeszcze nie próbowałam. ;)
  3. Gotować nauczyłam się dopiero po ślubie. Wychodząc za mąż umiałam zrobić jajecznicę i ugotować ziemniaki. Dokładnie tyle samo, co mój mąż. Wszystkie wcześniejsze próby mojej Mamy nakłaniające mnie do zagłębienia się choć trochę w tajniki sztuki kulinarnej spełzały na niczym. Uważałam, że mam tyle innych cudownych zalet, ;) że fakt braku zdolności kulinarnych nie będzie istotny dla potencjalnego kandydata na męża. :)) Nikt nie przypuszczał, że tak polubię gotowanie! Nawet ja. ;)
  4. Z przyziemnych spraw, lubię prasować, a nie cierpię zmywać. Piszę o tym, bo z moich obserwacji wynika, że różnię się od większości kobiet, która raczej woli zmywać niż prasować. Na szczęście mam najlepszą przyjaciółkę - zmywarkę, na którą zawsze mogę liczyć. I dbam bardzo o nią, bo przyjaźń to rzadki  i cenny skarb! Dla mnie wręcz bezcenny, więc często przypominam jej jak bardzo jest dla mnie ważna. :)
  5. Ostatni fakt super krótki, bo nie wymagający komentarza: mam anielską cierpliwość! :)))

A skoro ten mój blog taki z wszech stron różnorodny, to dziś zaserwuję Wam przepis na szparagi z krewetkami w sosie serowo-krabowym! Jak szaleć, to na całego, prawda?! :) Maj - najpiękniejszy miesiąc - już trwa, a wraz z nim krótki sezon na szparagi (które ja bardzo lubię).

Szparagi z krewetkami w sosie serowo-krabowym
Ten przepis to moja kompilacja dwóch przepisów pochodzących z czasopism "Sól i pieprz" sprzed kilkunastu laty (wtedy to uczyłam się gotować, ale nie, nie! nie zaczynałam od takich potraw). :))


500 g szparagów
50 g masła
50 g mąki
250 ml mleka
kubeczek śmietany kremówki (150-200 ml)
50 g goudy
ok. 100 g mrożonych, obgotowanych krewetek
ok. 100 g paluszków krabowych
sól, pieprz, cukier, cytryna
oraz makaron (najlepiej wstążeczki)

Szparagi obrać i pokroić w 2-5 cm kawałki i obgotować z osolonej wodzie z łyżeczką cukru i odrobiną masła. W tym czasie na patelni na masełku z odrobiną oleju obsmażyć krewetki posypane lekko solą i przyprawą do masła. Po ugotowaniu szparagi odcedzić a główki odłożyć. Wody nie wylewać! Nastawić makaron. Na patelni zrobić zasmażkę z masła i sosiku po krewetkach oraz mąki i rozrobić wodą, w której gotowały się szparagi. Dodać mleko, kawałki szparagów oraz posiekane kraby, a na koniec ubitą śmietanę. Doprawić solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Wrzucić główki szparagów i krewetki oraz starty ser i pogotować minutkę na wolnym ogniu. Polać makaron przygotowanym sosem i udekorować kilkoma odłożonymi główkami szparagów i krewetkami. Smacznego! Mniam. :)
Niedługo podam inny przepis na szparagi, ale tym razem będzie zdecydowanie bardziej swojski! ;)

I skoro tak zielono się zrobiło, to na zakończenie pokażę dwa (co ja mam ostatnio z tą dwójką, że tak wszystko parami pokazuję?) chusteczniki, którym na wiosnę też zrobiło się zielono. ;) Tego na zdjęciach raczej nie widać, ale choć oba są w zieleni, to w innej tonacji. Tak jak Wam kiedyś pisałam (dzięki naukom mego Taty) mieszam farby na potęgę i dlatego dwóch identycznych raczej nie udaje mi się zrobić. :) Pierwszy z nich jest w ciemniejszej zieleni, a drugi w jaśniejszy.

Nr 1


Nr 2


Pierwszy z nich powędruje mniej więcej za tydzień na wieś jako prezent-niespodzianka do zielonej sypialni na poddaszu. Drugi natomiast....... a to zdradzę w następnym tygodniu. ;)

Chciałam Wam również podziękować za odzew na akcję "Tuczymy Moje Mieszkanie", za komentarze i opinie i proszę o więcej. ;) Miło wiedzieć, że w swoim odczuciu nie jestem osamotniona i Wy też czujecie niedosyt po zbyt krótkiej lekturze, ale 20 komentarzy to za mało, żeby można było coś z tym dalej robić. ;) Działajmy dalej!

Pozdrawiam ciepło
Ewa

niedziela, 12 maja 2013

About Design i akcja "Tuczymy Moje Mieszkanie"

W ten weekend (od piatku do niedzieli) w Centrum Wystawienniczo-Kongresowym AmberExpo w Gdańsku odbywają się po raz trzeci Targi Designu i Aranżacji Wnętrz - About Design. Lubię tego typu imprezy, bo pozwalają zapoznać się z nowymi trendami we wzornictwie i "wnętrzarstwie" i można się tam niejedną sztuką zachwycić.


Mnie osobiście bardzo spodobał się wesoły recykling, czyli meble zaprojektowane z zakrętek po butelkach oraz lampy zrobione z uciętych denek od plastikowych butelek.




A tu recykling papierowy, czyli wianek z kartek nudnej książki. :) Zdjęcie zrobiłam z myślą o dziewczynach, które lubią takie ozdoby wykonywać - może się zainspirujecie.


A teraz coś dla szyjących dziewczyn. ;)


  Ja nie szyję, ale Wam może się przyda: craftholicshop.com

Świetne lampy z HK living i nie tylko lampy...



 I na koniec oryginalne rowerki...



Z trzech dni Targów wybrałam sobotę, a to za sprawą wykładu prowadzonego przez redaktorki "Mojego Mieszkania". Redaktor naczelna Dorota Jaworska opowiadała o idei powstania Klubu Kobiet z Pasją oraz o wizji jej rozwoju, natomiast stylistka i dekoratorka wnętrz Bożena Kowalewska o stałych działach MM, takich jak ABC stylu, Skarby kuchennej szafy, czy Kocham mój dom. Wykład był bogato okraszony slajdami i można było dowiedzieć się ciut więcej o niesamowitych kobietach goszczących na łamach czasopisma oraz zarazić pasją (lub podsycić własną).




Wykład był ciekawy, prowadzony, jak się okazało, przez bardzo sympatyczne kobiety z pasją. ;) Po prelekcji zamieniłam kilka słów z redaktor B. Kowalewską, bo po pierwsze autentycznie lubię to czasopismo, a po drugie od dawna zastanawiam się kiedy czasopismo nieco przytyje. ;) Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne numery MM i z przyjemnością połykam je, ale niestety w jednej chwili. I zostaję z uczuciem ciągłego niedosytu i oczekiwania na następny numer. Też to czujecie w stosunku do MM?

Dlatego wracając do domu samochodem rozmyślałam na ten temat i przyszedł mi do głowy pomysł na pewną akcję. Chciałabym przeprowadzić sondaż opinii publicznej. ;)) Ciekawa jestem, czy chciałybyście (tak jak ja) :) aby czasopismo "Moje Mieszkanie" było obszerniejsze? Zdaję sobie sprawę, że zwiększenie objętości pisma pociągnie za sobą wzrost jego ceny. Ale czy byłybyście w stanie zapłacić za tę "grubszą" jakość troszkę więcej? Czy to cena decyduje o tym, że je kupujecie? 3,99 za 100 stron świetnego materiału to, moim zdaniem, bardzo mało, ale zastanawiałam się czy czasopismo jest kupowane wyłącznie z powodu niskiej ceny? Czy gdyby cena nieco wzrosła (np. do wysokości 5,99) a wraz z nią liczba stron, to czy czasopismo straciłoby czytelniczki? Sama zrezygnowałam już z kupowania niektórych magazynów, bo nie spełniały moich oczekiwań. Uważam, że wydanie kilkunastu złotych na mnóstwo stron, na których jest mało interesujących treści, za to dużo reklam jest wyrzucaniem pieniędzy. A niejednokrotnie na blogach czytałam pochwały pod adresem MM i bynajmniej nie dotyczyły one ceny, lecz tego co w środku. Bo moim zdaniem jest to jedyne czasopismo na rynku adresowane do  kobiet, które kochają samodzielnie urządzać swoje domy. Które uwielbiają przerabiać, przemalowywać, szyć, ozdabiać i dawać przedmiotom drugie życie, ponieważ jest to po prostu ich wielką pasją. I tylko tu można znaleźć porady i cenne podpowiedzi, poczytać o kobietach takich jak my - zupełnie zwykłych z niezwykłą pasją i miłością do swojego domu. Nie znajduję innego magazynu wnętrzarskiego, który byłby skierowany właśnie do takich kobiet i tak zachęcał do kreatywnych działań, oraz który byłby tak otwarty na sugestie i potrzeby swoich czytelniczek.

Proszę napiszcie co o tym sądzicie, bo bardzo ciekawa jestem Waszej opinii na ten temat. Jeżeli podzielacie mój pogląd, to proszę rozgłoście tę akcję na swoich blogach, aby jak najwięcej chętnych osób mogło się dowiedzieć o akcji "Tuczymy Moje Mieszkanie". Zamieście podlinkowany do tego posta poniższy banerek, aby mogły ją poprzeć chętne osoby. Anonimowe osoby też oczywiście proszę o wyrażenie swojej opinii.  Wszystkie głosy pod dzisiejszym postem się liczą! Takie "wnętrzarskie" pospolite ruszenie dla naszej większej comiesięcznej przyjemności! ;)) Co z tego wyniknie, zobaczymy. Jeżeli jest nas więcej - naszą "petycję" prześlemy do Najwyższej Instancji. :)) I mam nadzieję, że nas wysłucha.


Pozdrawiam wszystkie wnętrzarsko zakręcone kobiety z pasją (choć do Klubu nie muszą należeć), jak i te nie zakręcone...

Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...