sobota, 20 lipca 2013

Przerwa w nadawaniu ;)

Wpadam dosłownie na momencik, żeby się pożegnać przed urlopem. Ostatni czas spędziłam na obmyślaniu tras, studiowaniu poradników, wyszukiwaniu atrakcji, kalkulowaniu kosztów, etc... A także na zakupach, praniu i  pakowaniu. Dlatego długo nie pojawiałam się i nie pojawię się jeszcze przez pewien czas ze względu na ciąg urlopowy. :)) Jutro świtkiem-rankiem wyruszamy na podbój Danii. Mieliśmy jechać w tym roku w zupełnie przeciwnym kierunku, ale zmieniliśmy zdanie i znów obraliśmy kierunek północny. Kilka lat temu zakochałam się w Danii i wiem, że to nie ostatnia nasza wizyta w tym kraju. Relacja w pamiętniku wakacyjnym oczywiście będzie (może i Wy zakochacie się w niej?). Nieco opóźniona co prawda, ale po powrocie jesteśmy w domu tylko dwa dni i od razu jedziemy na wieś, by odpocząć po wyczerpującym urlopie. ;)) W Danii zamierzamy wędrować i zwiedzać, a na wsi leżeć do góry brzuchem, aby zachować równowagę wypoczynkową. ;)

A zatem całkiem spora przerwa szykuje się w moim blogowym nadawaniu. Ale jak urlop, to urlop całkowity - od wszystkiego! :)) No, prawie od wszystkiego. ;)`

Tymczasem na tarasie mam  lato w pełni! Kwiaty kwitną, oczy cieszą..., aż szkoda, że przez najbliższy czas nie moje. ;)

I przegląd ukochanych hortensji

Zanim wyruszę chciałabym się pochwalić, że po raz drugi w mojej dotychczasowej karierze blogowej poszczęściło mi się w candy. I to nie byle jakim! Po raz drugi wygrałam super-candy. :)) Tym razem ustawiłam się w kolejce po scrapowe cuda. Tak, wiem, wiem - ja nie scrapuję, ale... Ale od jakiegoś czasu myśli zaczęły krążyć mi wokół tego tematu - dla mnie zupełnie nieznanego. Może to za sprawą prowadzenia bloga - tak jakoś trafiałam na scrapujące dziewczyny. I poruszyła się jakaś struna, że może by tak spróbować...  I choć dla mnie to zupełna terra incognita, temat nie dawał mi spokoju. ;) A gdy okazało się, że to właśnie mnie trafiła się wygrana - TAKA wygrana, to nie mogę zawieść pokładanych we mnie nadziei i zmarnować tylu wspaniałości! Zresztą, co ja tu będę przedłużać, Panie i Panowie przed Wami wygrane niesamowite candy u Oli z Frankowego zakątka. Przecierajcie oczy, bo trudno w to uwierzyć! :)




Olu, jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za przebogate candy, za Twoje cenne rady (po które na pewno jeszcze nieraz się zwrócę) i za sympatię (odwzajemnioną). :)))

Poza tym dostałam "cebulkową" przesyłkę od Edytki w ramach blogowej akcji Pauliny Nakarm pszczołę. Opóźniły nam się wymianki, bo czerwiec był zwariowany dla mnie, a urlopowy dla Edyty. Ale to nic, pszczółki co prawda będą musiały poczekać do przeszłej wiosny, ale co się odwlecze, to nie uciecze... ;)


Teraz to już naprawdę muszę zmykać, bo jeszcze dzisiaj czeka nas 18-tka chrześniaka i upakowanie samochodu.

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie, i jak zwykle latem: dużo słońca, radości i odpoczynku życzę i do "usłyszenia" po powrocie.
Ewa

P.S.
Czy Wam nadal działa Blog Reader? Bo u mnie nic się nie zmieniło, chociaż przyłączyłam się do Bloglovin', nie korzystam na razie z niego, bo stara lista czytelnicza działa cały czas bez zarzutu. Generalnie żadnych zmian nie zauważyłam. Ciekawa jestem jak jest u Was? Miałyście jakieś problemy?
E.

piątek, 12 lipca 2013

Pamiętnik wakacyjny cz. I - Wsi spokojna


Całe nasze życie składa się z okruszków - okruszków szczęścia i okruszków smutku. Te ostatnie najlepiej strzepać od razu, ale te pierwsze warto zachować - nigdy nie wiadomo kiedy się mogą przydać. ;) Warto się po nie nawet schylić. I schować. Pomyślałam sobie, że w wakacje poprowadzę taki mini pamiętnik ulotnych chwil szczęścia. Oczywiście mój blog, z założenia, nie jest pamiętnikiem, ale jednak w jakiś sposób zapamiętuje różne chwile z mojego życia. Wakacje to dla mnie czas wyjątkowy, bo mogę go niemal w całości poświęcić dzieciom - bez jeżdżenia na zajęcia, bez gonienia do lekcji, bez siedzenia przy instrumentach. Od porannych wygłupów w łóżku, po wycieczki, wyjazdy, gry i zabawy, aż po wieczorne łóżkowe dyskusje, których nie muszę skracać - spędzamy razem. W tym roku wakacje zapowiadają się też wyjątkowe, bo w ciągłych rozjazdach. Dlatego stwierdziłam, że stworzę taki tyci pamiętnik wakacyjny, aby złapać okruszki szczęścia i je tu przechować. Mało mnie będzie w domu i mało u Was (wybaczcie), ale postaram się jednak coś publikować (choć w sierpniu może być ciężko). Ale na pewno utrwalę te cenne błogie chwile i się z Wami podzielę. ;)

Na początek pobyt na wsi, nie jedyny w te wakacje. Na wsi, jak zawsze, cisza i spokój. Poza tym jest to miejsce, które kochamy i często odwiedzamy, więc co tu opisywać za dużo... Nie napiszę chyba zbyt wiele, ale za to wstawię więcej zdjęć. ;)


Tak jak Wam wspominałam poprzednio, w dziupli starej gruszy gniazdo w tym roku uwiły krętogłowy. Nie są to ptaszki płochliwe i nie przejmują się za bardzo obecnością człowieka. Pod gruszą stoi centrum naszego życia wiejskiego, czyli wielki stół biesiadny, przy którym robimy wszystko: jemy, gramy, rysujemy... A wszystko to w towarzystwie śmiechów, wrzasków, okrzyków przeróżnych, które to w ogóle w tym roku nie przeszkadzały ptaszkom w pracy. Jedynie co je wprawia w osłupienie to aparat przy twarzy - wtedy stają się ostrożniejsze. Ale i tak w porównaniu z sikorkami są bardzo odważne. W zeszłym roku dziupla była zajęta właśnie przez sikorki - to są dopiero strachulce! Ile się nas naobserwowały, ile naczaiły, ile odczekały zanim niepostrzeżenie wleciały nakarmić swoje pisklęta. Aż żal nam ich się zrobiło i przenieśliśmy się kawałek dalej do altany, aby dać spokój wypłoszonym rodzicom. Byliśmy wtedy z przyjaciółmi, których głowa rodziny pasjonuje się fotografią ptaków. Znikał zawsze o poranku w poszukiwaniu "rannych" ptaszków, a i w ciągu dnia wypuszczał się na łowy z aparatem. :) I uparli się z moim mężem, że zrobią zdjęcie tej płochliwej sikorce karmicielce! Możecie sobie wyobrazić, jakie to było pasjonujące zajęcie. ;) Kilka godzin z aparatem wycelowanym w dziuplę! :)) Ale udało się:

W zeszłym roku...
...w tym roku.
Zobaczcie jak się świetnie maskuje na tle drzewa

A w ogródku dojrzewały owoce...


I nie tylko w ogródku, bo w lesie już się śmiały do nas jagody. ;) Tradycyjnie nie obyło się bez kulinarnych wspaniałości pani Alojzyny. :)) Cudowna uczta dla takiej ciastolubnej jak ja!


Pola i łąki w tym roku strasznie wysuszone. Na Kaszubach cały czerwiec praktycznie nie padało. Czerwiec był cudownie słoneczny na północy Polski (w przeciwieństwie do reszty kraju). :(
Chciałam zrobić zdjęcie makom buszującym w zbożu, lecz znalazłam dosłownie pojedyncze sztuki

Przy samej rzeczce można było za to znaleźć trawę soczyście zieloną (i przy okazji narwać świeżej mięty na herbatkę).

 I oczywiście poskakać przez rzekę, a jakże!


Odwiedzaliśmy króliczki, kózki i lamy (zdjęcia lam zrobię następnym razem) - to dla miejskich dzieci najprawdziwsza frajda!



 A poza tym każdy wypoczywał jak chciał... :)


Mam nadzieję, że choć trochę wprowadziłam Was w sielski nastrój, a dzisiejszym spacerkiem po małych szczęściach na "wsi spokojnej" poprawiłam Wam nastrój! :))


Słońca, humoru, odpoczynku życzę... i do następnego razu!
Pozdrawiam ciepło (i troszkę leniwie) ;)
Ewa

środa, 10 lipca 2013

Letnie refleksje o szczęściu


Leżę na hamaku przywiązanym do starej gruszy. Mam widok na łąkę kończącą się jeziorem i opasaną wstęgą lasu. Czytam "Dom ciszy" Orhana Pamuka. Mojej ciszy towarzyszy monotonne brzęczenie owadów przerywane pianiem koguta. Z łąki dobiegają mnie piski i krzyki dzieci bawiących się w przeskakiwanie po kępach traw na drugą stronę rzeczki. Za plecami regularnie słychać trzepot skrzydeł krętogłowa i cichy pisk młodych schowanych w dziupli gruszy. Całe dnie, bez chwili przerwy, rodzice uwijają się znosząc jedzenie głodnym dzieciom. Jak tylko powtykają w otwarte dzobki jedzenie i opuszczą dziuplę, już po chwili wracają z pełnym dziobem, by znów je nakarmić. Nie mają czasu, by przysiąść na gałęzi i pośpiewać, porozmawiać, odpocząć. Pewnie nawet nie zdają sobie sprawy, że cały czas pracują tak dzień w dzień przez kilka dłuuugich tygodni. Zupełnie jak ja w ciągu długieeego roku - uśmiecham się do siebie - nie wiem kiedy, w takim biegu, mija mi kolejny rok. ;)


Odkładam książkę i obserwuję chmury. Lubię chmury - odnajduję w nich podobieństwo do życia. Czasem pędzą po niebie bez opamiętania, jakby im się gdzieś spieszyło, jakby miały jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia. Czy one wiedzą, że są pchane przez wiatr? Czy im się wydaje, że same wędrują po niebie decydując o swoim losie? Czasem jednak płyną leniwie, ledwie zauważalnie. Może mają wtedy czas, aby się rozejrzeć dookoła? Co wtedy widzą? Wiedzą, że na nie patrzę? O czym myślą? Czy podoba im się Ziemia? Czasem są zmęczone, burzowe i przygnębione. Płaczą i ciskają pioruny, może by poczuć ulgę? A czasem śnieżnobiałe i puszyte - te są pewnie szczęśliwe. Mijają się na tle nieba nic o sobie nawzajem nie wiedząc.


Dziś chmury nie mogą się zdecydować czy zasłonić słońce, czy płynąć dalej. Niektóre są radośnie białe, niektóre smutno szare. Dlatego pod ręką mam sweter, aby narzucić go sobie na ramiona w razie potrzeby. Zamykam oczy, bo nieprzykryte chmurami słońce coraz bardziej razi swoim blaskiem. Powietrze jest ciepłe i pachnie zielenią, wiatr się plącze w czubkach drzew - tu, na dole w ogóle go nie czuję. Nie czuję też przymusu. Nie, nie żadnego przymusu, tylko odczucia przymusu nie czuję. Cały tydzień był mi potrzebny, abym dostrzegła lekkie spowolnienie mojego kołowrotka i odkryła, że stale towarzyszące mi muszę już tak nie wrzeszczy w mojej głowie. 

Czy to jest szczęście, zastanawiam się? Czy ta krótka chwila, ta właśnie kołysząca mnie w hamaku, ze śmiechem dzieci w oddali i głosem piskląt za plecami, to szczęście, czy tylko odprężenie? 

- Mamo mam gila - wytrąca mnie z sennych rozważań głos najmłodszej pociechy tuż przy moim uchu. Gdy dotarła do mnie ta ważna informacja i już przytomny wzrok potwierdził zwisający spory sopel z nosa, trzeba było zakończyć na razie letnie refleksje o szczęściu i pójść po chusteczkę. Chwilę później, gdy zostałam ucałowana (już z czystym nosem), zapewniona o wielkiej miłości i ponownie zostawiona sama, wiedziałam już czy ta chwila była szczęściem... Bo szczęście składa się wyłącznie z chwil.


Pozdrawiam Was refleksyjnie na progu wakacji
Ewa

czwartek, 4 lipca 2013

Podaj dalej...

To zabawa dla blogujących osób, która polega na tym, że osoba blogująca obdarowuje trzy inne blogujące osoby jakąś rzeczą przez siebie zrobioną (ma na to rok). Trzy pierwsze osoby, które wyrażą w komentarzu chęć otrzymania prezentu-niespodzianki ode mnie, tym samym same zobowiązują się taką zabawę przeprowadzić na swoim blogu i obdarować czymś własnoręcznie wykonanym inne trzy chętne osoby. Takie "podaj dalej". ;) 

Czekam zatem na chętne trzy osoby, bo dostałam właśnie taki prezent-niespodziankę od Igusi, która obdarowała mnie śliczną bransoletką. Takie prezenty od serca są dla mnie bardzo cenne, a że Igę bardzo lubię, tym bardziej cieszę się z tej niespodzianki. Igusiu, jeszcze raz z całego serca dziękuję Ci za Twój dar. :))


Piękny kamień Holwit i rzemyczki idealnie pasujące do żyłkowań na kamieniu...
Proszę, jak moja lewica za modelkę robiła...na tle chmur i zieleni :)

A oprócz tego dostałam jeszcze pachnące mydełko... aż szkoda go używać. Na razie zdobi i aromatyzuje łazienkę. :)


Noszę bransoletkę cały czas, bo wywołuje u mnie uśmiech - czuję Jej sympatię przekazaną w bransoletce. I ma ona jakąś  niezwykle optymistyczną i radosną energię w sobie. Naprawdę! Jestem głęboko przekonana o emanacji energii nie tylko przez ludzi, ale i przez rośliny, czy przedmioty. Ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Ja mam jakiś taki dar, że wyczuwam wibracje innych osób - czasami potrafią się one nagle zmienić w czasie rozmowy, tak jakby prysnęła bańka mydlana. Nie wiem, czy one też to wyczuwają, ale dla mnie jest to bardzo wyraźne odczucie. Wierzycie w taki duchowy/energetyczny przekaz ludzi i rzeczy? Widzicie osobę po raz pierwszy i już wiecie, że Wam ona nie pasuje, choć nic zarzucić jej nie można - jest miła a rozmowa przebiega sympatycznie? I odwrotnie: pierwsze spotkanie było takie sobie, bez fajerwerków ;), a mimo to czujecie gdzieś głęboko, że to swój człowiek? Co o tym sądzicie?

Pisząc o tym, przypomniało mi się, jak kiedyś mój najstarszy syncio widząc jak maluję jakiś chustecznik, powiedział: 
- czemu ty się do tych pudełek zawsze śmiejesz? 
- ???
- no, zawsze jak je malujesz, to jesteś uśmiechnięta.

Nie zwracałam wcześniej na to uwagi, ale od tamtej pory rzeczywiście łapię się na tym, że buzia mi się śmieje. Nie szczerzę się oczywiście do tych drewnianych pudełeczek, ale uśmiech zawsze mi towarzyszy. Pewnie dlatego, że sprawia mi to przyjemność, że relaksuje. Że robię to, bo lubię, a nie: bo muszę.  Nawet za te dla kogoś na zamówienie zabieram się tylko w dobrym humorze. Większość z nich jednak robię, bo mam na to ochotę i nie zastanawiam się, co ja z tym wszystkim potem zrobię? Znajomi wiedzą, że gdy nie mają koncepcji na prezent "na już", mogą pogrzebać w moich przepastnych kartonach i coś tam zawsze znajdą. I tak trafiają moje chusteczniki do swoich nowych domów. A ja wiem, że wyposażone są one w dobrą energię. :)

I dziś chustecznik robiony właśnie ze zwykłej potrzeby twórczej, który wprosił się na me salony, chociaż wcale nie miałam zamiaru go zatrzymać. W końcu całkiem niedawno zrobiłam do pokoju dziennego francuski biały chustecznik i drugi nie był mi potrzebny. Ale gdy go postawiłam w celu obfotografowania, stwierdziłam, że w tym miejscu pasuje idealnie. I tak już został z nami. Pasta strukturalna plus patyna.


Prawda, że pasuje jak ulał?

Doczekałam się w końcu montażu płotka na dolnym balkonie. Trochę to trwało ;)), ale nareszcie jest. Jestem zadowolona, bo mam przytulny kącik do przycupnięcia na chwilę z książką, albo z kubkiem herbaty, lub pucharkiem truskawek...:) Płotek jest od strony wjazdowej na nasz teren, więc jestem "elegancko" zasłonięta, a przy okazji nic mi w tył głowy nie dmucha. ;) Taka mini prywatność.



Płotek miał wyglądać na leciwy i pasować do takiego właśnie karmika przytachanego jeszcze z poprzedniego mieszkania (choć i on nieco podrasowany został). Dlatego sztachety (kupione w Castoramie) zaimpregnowałam dwukrotnie na kolor palisander. Po wyschnięciu (16 godzin) zostały następnie pobielone i przeszlifowane. Troszkę zachodu z tym było, ale myślę, że warto.



To tyle na dziś. Nadal mnie nie ma, więc z odpisem na komentarze jeszcze chwilę poczekajcie...:)

Pozdrawiam słonecznie
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...