piątek, 29 listopada 2013

Scrapki nr 2 i 3

Dziś pokażę scrapki spod mojej mizernej i niedoświadczonej łapki (że pozwolę sobie sparafrazować tytuły postów zamieszczane przez wspaniałą i jak najbardziej doświadczoną w tym temacie Jagodziankę. ;) A mianowicie dwie kolejne kartki, które zrobiłam oczywiście "z okazji". Numer 2 był dla nauczycielki pianina z Ogniska Muzycznego, do którego chodzą moje dzieci. Chciałam, by tematem nawiązywała do muzyki, a kolorem pasowała do wnętrza (bo wiem, że większość dowodów sympatii są eksponowane w salonie przy kominku). ;) Nawet te nie grzeszące wielką urodą, tak jak moja kartka, ale wszystkie są przecież z serca! ;))


Numer 3 to kartka urodzinowa jubileuszowa. Tu z kolei miałam dowolność, nie ograniczała mnie kolorystyka, ani żadne inne założenia. Chciałam jedynie, aby była nieco bardziej urodziwa niż poprzedniczki. :))) To znaczy, bardzo się starałam, by nie wyszła brzydziej (albowiem z moim bogatym doświadczeniem w tej dziedzinie wszystko jest możliwe), ale nie najlepiej mi to wychodzi. ;) Pocieszam się, że to początki, a i czasu brak na zgłębianie tajników i latanie po tutorialach. Trudno.


Podsumowując dzisiejszy super krótki post: samodzielne tworzenie kartek scrapowych jest zajęciem przyprawiającym mnie o palpitację serca, drżenie rąk, zawroty głowy, zabiera mnie na szczyty euforii i strąca na dno załamania nerwowego. Żadna z blogowych koleżanek nie pisała o takich objawach i nie przestrzegała, ze takie mogą być początki. Zastanawiam się czy powinnam to skonsultować z farmaceutą, czy dać sobie jednak ze scrapkami spokój? Zdrowie psychiczne za cenę scrapowych kartek!

Żegnam się mieszanymi uczuciami co do mojej dzisiejszej hobbistycznej działalności.
Do poczytania następnym razem
Ewa

poniedziałek, 25 listopada 2013

U mnie jesień

Taka jakaś dziwna jestem, że listopad jest dla mnie miesiącem jesiennym. ;) Na innych blogach już od dawna zimowe akcenty, nawet świąteczne dekoracje, a u mnie jesień. I niech trwa, bo to jej czas. Gdy wybrzmi do końca, ustąpi miejsca świątecznym klimatom. A te będą cieszyć swą świeżością we właściwym czasie. Nauczyłam się nie przyspieszać, nie naciskać, nie wyprzedzać. Wszystko ma swój czas. A on nie zakłócany pięknie się wypełnia, płynnie przechodząc kolejne etapy. Zresztą pisałam o tym w zeszłym roku o tej samej porze, więc nie będę się powtarzać.

Za oknem pada. Niebo w kolorze siwego popiołu. Mokre liście przyklejone do ziemi. Srebrne krople deszczu zwisające z barierki balkonu. Coraz więcej gołych drzew. Po prostu jesień w całej rozciągłości. I tak było do wczoraj. Dziś za oknem po raz pierwszy biało. Płatki śniegu, to mniejsze, to większe wirują wesoło. To szybciej, to wolniej sypie się z nieba biały puch. Dzieci piszczą z radości, a  ja myślę: to już koniec jesieni? Tak szybko?

Dlatego na przekór wszystkiemu u mnie nadal jesień. Po prostu z całą premedytacją siedzę sobie w najlepsze w jesieni. I dobrze mi tak. ;) Chociaż jeszcze ten tydzień. ;) A potem pomyślę i o zimie i o Świętach.

I w związku z trwającą u mnie jesienią, ;) mam dla Was dziś typowo jesienny akcent - jeżyny. Zatęskniłam za decoupagem malarskim, a ten jeżynowy motyw idealnie nadaje się do podmalowań i cieniowań. Pobawiłam się troszeczkę i zrobiłam komplet: pudełeczko z chustecznikiem. Trochę romantyczne, trochę rustykalne...





A żeby Wam tę jesień nieco osłodzić, mam też Jeżynową poduszeczkę (inspiracja według przepisu Nigelli). Nie martwcie się kaloriami, wszak w ostatnim poście pisałam co nam masę nadaje - kalorie nie są tu niczemu winne. ;)

Jeżynowa poduszka

200 g jeżyn (mrożonych o tej porze) ;) krótko zmiksować, by nie zrobić musu. Śmietanę kremówkę ubić z 2 łyżkami cukru pudru, wkruszyć 2-3 bezy i wymieszać z jeżynami. Przełożyć do pucharków, udekorować jeżynką (ewentualnie płatkami czekoladowymi dla dzieci, a w wersji dla dorosłych można polać likierem jeżynowym).


Smacznego i cieszcie się jeszcze jesienią, choć lekko białą.
Pozdrawiam
Ewa

środa, 20 listopada 2013

Boska cząsteczka

Powoli muszę odkleić się od ciszy i zakończyć trwanie w dwóch równoległych światach, bo to niezdrowe dla duszy. Zbyt długotrwałe rozdwojenie jaźni, która w końcu nie wie czy może sobie pozwolić na kontemplację pojawiających się myślokształtów i zatopić się w rozważaniach nad naturą wszechrzeczy, czy jednak powinna załadować pralkę i zrobić zupę, by uniknąć niechybnej katastrofy domowej, jest zdecydowanie nie do zniesienia. Takie zderzenie metafizyki ze światem realnym przeżywam cyklicznie nie od dziś (i pewnie nie jedna z Was w większym lub mniejszym stopniu też tego od czasu do czasu doświadcza). ;)

Ale czemu się tu dziwić? Odkąd potwierdzono istnienie boskiej cząsteczki, wszystko stało się jasne. Dla naukowców, rzecz jasna, bo oni często muszą w bardzo skomplikowany sposób udowadniać to, co my - kobiety, wiemy a priori. No bo jak tu się ekscytować potwierdzeniem hipotezy, że wszystko we wszechświecie jest niestabilne? A cóż to za rewelacyjne odkrycie?! Toż to trzeba było w tak skomplikowany sposób potwierdzać niestałość? ;) My i bez bozonu Higgsa wiedziałyśmy, że istnieje nierównowaga we wszechświecie! A co to, nie znałyśmy wcześniej chwiejności, niestałości, rozedrgania? Ach, ci mężczyźni! Zderzacz Hadronów, to my mamy na codzień. I to dopiero jaki wielki! Jedyne co dla nas ważne w tym odkryciu to to, że przynajmniej już wiemy CO odpowiada za nadawanie masy. :))

I tym pocieszającym akcentem żegnam się z Wami. Lecz, aby nie zostawić Was bez obrazka ;) kończę typowo babskim akcentem.



Buziaki
Na wpół odklejona Ewa

czwartek, 14 listopada 2013

Co tu rzec?

Aby usprawiedliwić milczenie. Ponad dwa tygodnie ciszy to zupełnie niepodobne do mnie. To jak cała wieczność. Wstyd mnie ogarniał coraz większy, gdy widziałam, że zaglądacie, że codziennie kilkadziesiąt osób sprawdza czy coś skrobnęłam. A ja nic, nie piszę, nie bywam. Muszę się w końcu odezwać, nie wypada przecież nie napisać choć słowa wyjaśnienia. Ale co tu Wam rzec po takim czasie? Który minął mi jak oka mgnienie. Najlepiej (jak zawsze) prawdę: niemoc mnie ogarnęła, energia wyparowała z dnia na dzień, sen deptał mi po palcach o każdej porze dnia, a w środku pustka taka, że aż wiatr hulał. Sens dnia codziennego wydał się bez sensu, a każda czynność bez znamiona większego znaczenia. I to nie żadna chandra, ani jesienna aura tu zawiniły (bom ja na to niepodatna), ;) tylko moja własna natura.


Ciszy potrzebuję do życia. Jak tlenu, jak pożywienia. Wychowałam się w niej i dobrze się z nią czuję. Gdy za dużo szumu wokół, gdy za długo trwa, coś zaczyna mnie uwierać. Wiadomo, że dom z trojgiem dzieci jest "pełen radości i krzyku". Wiadomo, że mój gen wiecznego ruchu spokoju mi nie daje i każdą minutę zagospodaruje. Wiadomo, że w biegu żyję - takie czasy, takie okoliczności. Wiadomo...

A moja cisza milczy wymownie. I czeka. A im bardziej wymownie milczy, tym bardziej dociera do mnie, że czeka. I wtedy zaczynam jej szukać. Choć na codzień nie zagłuszam jej radiem czy telewizją (której zresztą nie mam), to odnaleźć ją wcale nie jest tak łatwo. Tylko w ciszy usłyszeć można własne myśli. Te najistotniejsze. Bo one, jak gdyby wyjawiały nam najgłębszą tajemnicę, zawsze mówią szeptem. A gdy fale codzienności są wiecznie wzburzone nie usłyszysz ani krwi szumiącej w żyłach, ani własnego oddechu, ani szeptu ciszy.


Nie było mnie, bo ją znalazłam. Wtuliłam się i korzystałam z jej dobrodziejstw. I pilnie słuchałam co szepce...

Dziękuję za Waszą obecność mimo braku mojej i pozdrawiam bardzo serdecznie
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...