piątek, 21 marca 2014

Mały wiosenny misz-masz


"Kto nie umie przy­siąść na pro­gu chwi­li, puszczając całą przeszłość w niepa­mięć,
kto nie jest zdol­ny trwać w miej­scu jak bo­gini zwy­cięstwa, 
nie doz­nając zaw­ro­tu głowy ani lęku, 
ten nig­dy nie do­wie się, czym jest szczęście".  
F. Nietzsche


Dziś mamy ciepły, słoneczny dzień - prawdziwie wiosenny. Choć dowiedziałam się, że wiosna przyszła do nas wczoraj, i że tak będzie przed czasem zaglądać przez najbliższe prawie dziewięćdziesiąt lat! Czyli do końca mych dni i zapewne do końca dni mych dzieci. Dlatego mam od wczoraj problem, co z tą wiedzą zrobić? Czy powinnam czekać na nią uparcie 21.03 i witać "po czasie", choć ona już zawitała wczoraj? Czy jednak przestawić się na powitanie w dniu, w którym do nas faktycznie przychodzi?


Tak czy owak, w tym roku nie miałam wyboru i przywitałam ją dziś. Co prawda już zapowiadają ochłodzenie, ale co się będę martwić na zapas. Dzisiaj to dzisiaj, jutro to jutro. ;)  Wpadłam do domu z zakupami prosto z rynku, patrzę: a tu wiosna na progu siedzi. Ciepło rozsiewa, humor promieniami słońca poprawia. Nie rozbierając się nawet złapałam za sekator, poprzycinałam w namiastce to, czego nie zdążyłam przyciąć jesienią, na balkonach też poograniałam troszkę... i się rozmarzyłam. Że tak ciepło, miło, tak wiosennie. I zamiast roz-pakować siaty, roz-wiesić pranie, roz-ładować zmywarkę, też przysiadłam na progu chwili. Na momencik. I takie szczęście mnie otuliło, że o Bożym świecie zapomniałam. Postanowiłam klapnąć sobie w szczęśliwości swojej przy laptopie i napisać malutki wiosenny misz-masz. Ot tak, dla własnej przyjemności. :))


Propozycję piątkowego obiadu mam - pistacjowy dorsz. Może być też sola lub inna biała ryba o zwartym mięsie. Robi się w mig. Filety dorsza oprószyć solą, "pomoczyć" w rozbełtanym jajku (posolonym i popieprzonym) i obtoczyć w  panierce ze zmiksowanych orzeszków pistacjowych i migdałów. Można usmażyć na patelni lub upiec zawinięte w folię. Ja preferuję drugi sposób, bo dorszowy zapach nie roznosi się tak po domu. ;) I już, gotowe!


Na koniec dwa chusteczniki, które robiłam jeszcze przed Świętami. Nie miałam ich kiedy pokazać, bo ciągle były jakoś nie na temat. A dziś się zgrabnie wpasowały. ;)



No nic, zerkam już na zegarek i zawrotów głowy jednak zaczynam dostawać, jak sobie uprzytomnię co na mnie jeszcze czeka do roboty, a tu już powoli po dzieci trzeba jechać. Ech, żeby mnie szczęście za szybko nie opuściło! Dlatego dziś taki króciutki misz-masz z okazji wiosny. ;)

Pozdrawiam zatem prawdziwie wiosennie
Ewa

środa, 19 marca 2014

Etap drugi

Znów mnie wcięło, ale tyle się ostatnio dzieje - kompleksowe oczyszczanie i jego następstwa, które pojawiły się nagle, acz jak najbardziej spodziewanie (w końcu taka rola oczyszczania) zaczynają kiełkować przynosząc zapowiedź... kompleksowowych zmian. ;)) Niestety nie mogę jeszcze niczego zdradzić, żeby nie zapeszyć. W każdym razie proces oczyszczania przestrzeni trwa nadal (choć koniec już bliski), jak również trwa proces oczyszczania umysłu - ten z kolei do końca się jeszcze nie zbliża i długo się jeszcze zbliżał nie będzie, bo najtrudniej oczyścić ciało eteryczne. ;))) Ale o tym, to kiedy indziej.

Ale skoro pisałam Wam o najprostszym oczyszczaniu, czyli oczyszczaniu marnego ciała cielesnego, to czas spuentować zakończoną kurację. Ogólnie mówiąc jestem pozytywnie zaskoczona efektami, bo omawiane rewelacyjne skutki tej diety brałam z przymrużeniem oka. Po pierwsze schudłam tyle, że... to się nie śniło nawet filozofom. ;) Znów jestem wiotka jak, nomen omen, szczypiorek na wiosnę i bez poduszki na krześle nie wysiedzę (bo za twardo). [Wiecie, że ja do liceum nosiłam w plecaku takiego małego jaśka?! Siedzenie bez niego było gorszą torturą niż klęczenie na grochu.] :)) Po drugie cera się wyraźnie poprawiła i wygładziła, co zauważył nawet mój mąż, a on jakoś ze szczególną atencją od dawna już mi się nie przygląda (a może jednak przygląda, skoro zauważył?). ;) Poza tym nie widać (i nie słychać) również astmy, która pojawiła się znienacka kilka lat temu i od tamtej pory uprzykrzała mi życie. Zaskoczeniem okazał się również wynik badania na przeciwciała tarczycowe - spadły o połowę! Ale co dla mnie najważniejsze - zmęczenie, które towarzyszyło mi permanentnie od lat i było prawdziwą zmorą - zniknęło! Nie wierzyłam, że kiedykolwiek się go pozbędę; myślałam, że codzienne potykanie się o własne nogi, popołudniowe podpieranie się nosem i nadludzki wysiłek wkładany w utrzymywanie podniesionych powiek wieczorową porą, to zadanie do końca mych dni. O, żebyście wiedziały jakie to szczęście być normalnie, zwyczajnie, typowo, standardowo - po prostu tak naturalnie zmęczonym! :)) Obawiam się, że moje szczęście jest dla Was niezrozumiałe, mogę jedynie zapewnić, że jestem niewysłowienie szczęśliwa z tego oto powodu. :)) To dla mnie jak cud, jakby ktoś znów podarował mi pełną dobę do wykorzystania! I dla tego tylko efektu warto  było zabawić się w królika. ;))

Ale żeby nie oszaleć z nadmiaru szczęścia, przechodzę do etapu drugiego, czyli powoli zaczynam przestawiać siebie i resztę domowników na zdrowszą wersję jedzenia. Celowo używam słowa "zdrowsze jedzenie" zamiast "zdrowe", nie tylko z powodów, o których piszę poniżej, ale też ze względu na to, że zawiera ono w sobie chęć poprawy, a nie radykalizm. Rozpoczęłam, a właściwie kontynuuję, eliminację chemicznych dodatków. Zdaję sobie sprawę, że ze szkodliwymi substancjami mamy do czynienia na każdym kroku. Chemia jest praktycznie wszędzie. Dlatego mam pełną świadomość tego, że nawet bardzo się starając, współczesny człowiek całkowicie wykluczyć jej po prostu nie da rady. 

Ale można spróbować ograniczać ich wpływ w kupowanym przez nas jedzeniu. Na tyle na ile pozwalają możliwości - bo trzeba przeznaczyć na to trochę (!) więcej nie tylko czasu, ale i niestety nieco więcej z budżetu domowego. Chociaż czasu zdecydowanie więcej. Bowiem czasu wymaga nie tylko zebranie wiedzy na temat zasad zdrowego żywienia, rozszyfrowania wszystkich mało zrozumiałych i zawiłych symboli i nazw (ukrytych przez "sprytnych" producentów, aby zdezorientować konsumenta), nauczeniu się, które produkty (po żmudnym studiowaniu etykiet i porównywaniu cen w różnych sklepach) można śmiało wkładać do koszyka, a które omijać szerokim łukiem. Czasu wymaga również samo zgromadzenie produktów - wyprawa na rynek czy do sklepów niekoniecznie tych najbliżej domu. A potem nauczenie się przyrządzania zdrowych produktów, nie tylko dań, ale tych wszystkich drobiazgów, z których składa się nasze codzienne jedzenie, jak: własnych przypraw i "bulionówek" z ususzonych przez siebie ziół, własnych batoników i słodkości (by dzieciom zdrowe żywienie nie kojarzyło się tylko z ograniczeniami), własnych wędlin, jogurtów, lodów, chleba... Dlatego nie da się przejść na zdrowsze żywienie z dnia na dzień. To proces wymagający przede wszystkim wysiłku przestawienia się myślowo. Jestem dopiero na początku drogi. Czeka mnie długa przeprawa, zapewne wyboista, ale w moim mniemaniu warta zachodu, bo to droga do polepszenia naszego zdrowia, samopoczucia i życia. 


Pierwszą inwestycją na tej drodze był zakup urządzenia do robienia domowych jogurtów i lodów - bez barwników, aromatów i innych "cudownych" dodatków. Dzieciaki wsuwają jogurty aż im się uszy trzęsą, a oszalały oczywiście na punkcie lodów i najchętniej jadłyby je codziennie. :)) Co tu dużo mówić, są przepyszne!

Tu lody jagodowe i truskawkowe
Jogurt truskawkowy
Zarówno jogurty jak i lody można przygotować bez specjalnej maszyny, wymaga to trochę więcej zachodu i czasu, ale da się. Ja jednak zdecydowałam się na zakup 2w1, bo szkoda mi czasu na podgrzewanie mleka, przelewanie do termosu, i patrzenia na zegarek w przypadku produkcji jogurtu, czy wyciąganie z zamrażarki i mieszanie co godzinę "tworzących" się lodów. Ale jeżeli ktoś może sobie na to pozwolić - ma mniejszą rodzinę, więcej wolnego czasu, czy robi domowe jogurty lub lody rzadko, to myślę, że zakup tej maszyny jest zbędny. Zaraziłam Mamę jogurtowym przemysłem, tak zasmakowały Jej domowe jogurty, że bez maszyny, a przy użyciu termosu obiadowego (ma szeroki wlew i łatwiej jest potem gotowy jogurt z niego wyciągnąć) przygotowuje je sobie sama.

A to moje dzisiejsze śniadanko, w doborowym towarzystwie ;))

Efektami moich dalszych poczynań w tym temacie będę się z Wami dzielić, może kogoś to zainteresuje. Ja w każdym razie zaczynam, wraz z rodziną. Co niestety nie jest wcale takie proste, szczególnie jeśli chodzi o dzieci. Ostatnio zrobiłam kotleciki z ryżu, amarantusa i czerwonej soczewicy. Wyszły pyszne i wszystkim smakowały... oprócz jednej krnąbrnej osóbki, która to z nosem na kwintę oświadczyła, że jeść ich nie będzie, bo jej nie smakują. I tu się nieco zdenerwowałam i pełnym oburzenia głosem powiedziałam do męża:

- Ja wiedziałam, że JEJ się nie da tak łatwo na zdrowe jedzenie przerobić!
Na co delikwentka splótłszy ręce na piersi z całą obrażoną stanowczością odrzekła:
- Mnie na pewno na nic nie przerobicie!

No i masz babo placek! :))) Ale kto powiedział, że będzie lekko?

Pozdrawiam serdecznie
piękna, zdrowa i szczęśliwa
Ewa


wtorek, 4 marca 2014

Mandø i Rømø

Powiew wiosny czuć w powietrzu, lada moment trzeba będzie pomyśleć o wakacjach - który azymut obrać i co tam nas czeka ciekawego? A ja jeszcze nie skończyłam zachwalać Danii, dlatego czas nadrobić zaległości i może skierować czyjś wzrok i plany wakacyjne na północ? ;) Ostatnio pisałam, że zabiorę Was w miejsce, gdzie występuje ciekawe zjawisko przyrodnicze, jedyne w Europie. Zapraszam nad Morze Wattów na dwie z wysp Połnocnofryzyjskich.


Morze Wattowe (po duńsku Vadehavet) właściwie nie jest morzem a wodami przybrzeżnymi na styku zachodniej Danii, Niemiec i Holandii o długości 450 km. Cały obszar należy do unikatowego rezerwatu przyrody i znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. 


Nazwa morza pochodzi od wattów, czyli po naszemu osuchów - szerokich równin odsłanianych w czasie odpływu morza. 


I ta właśnie dobowa cykliczność ruchów morza jest tu niezwykła, bo odbywa się co 6 godzin i 12 minut, a różnica poziomów morza potrafi wynieść nawet 2 metry (w czasie pełni i nowiu)! Oznacza to, że gdy przed wyruszeniem na Mandø nie zasięgniemy informacji na temat godzin przypływów i odpływów, możemy co prawda dotrzeć na wyspę bosą stopą po prawie suchym dnie morza, ale już z niej takową nie wrócić. ;) Będziemy czekać na odpływ odcięci od świata. :))


Powyższe zdjęcia zrobiłam w Mandøbussie (ku przestrodze dla zagubionych w czasie), którym można dotrzeć na wyspę, żeby zaoszczędzić czas i nerwy. :) Bo gdy zaczyna się przypływ, wody przybywa po prostu w oczach! Jeżeli jednak ktoś chce przeznaczyć sobie dzień i przejść "bosą stopą" (a zajmuje to ok. 2 - 2,5 godzin) powinien zabrać kalosze (szczególnie dla dzieci), bo droga przez morze to błotko z przeróżnymi muszlami, więc kłuje w stopy niemiłosiernie. 


Jak już wspomniałam, pierwszą wyspą, którą odwiedziliśmy była maleńka (bo licząca niecałe 7 km2) wyspa Mandø. Wjeżdżając na nią  mijamy łąki marszowe, czyli cenne pastwiska dla owiec rasy wschodniofryzyjskiej, słynących ze znakomitej  jakości mięsa  i mleka.


 Tylko tam występują ostrygojady czerwonodziobe, które udało mi się wypatrzeć.




Na samej wyspie mieliśmy dwie godziny czasu, aby nacieszyć się ciszą i spokojem. Wyjątkowo pilnowaliśmy czasu, bo nikomu nie uśmiechało się czekać kolejnych 6 godzin na odpływ! ;)) Wyspa jest mała, zamieszkana zaledwie przez 40 mieszkańców, jest kameralnie i bardzo spokojnie (jak to w Danii). ;) Znajduje się na niej urokliwie położony stary młyn z 1830 roku, jeszcze starszy kościółek (do którego ze strachu przed czasem nie dotarliśmy) ;) i dziewicze tereny.



Charakterystycznym elementem pejzażu wattowego są drewniane, wysunięte w morze palisady wzmacniające wybrzeże. 



 

Stamtąd, po południu, pojechaliśmy na królową duńskich Wysp Północnofryzyjskich, czyli wyspę Rømø, oddaloną o jakieś 20 minut drogi na południe od Mandø. Jest to największa plaża w Europie (ma 3 km szerokości - a przy solidnym odpływie i więcej!) i jedyna, na którą można wjechać samochodem!


Ciekawy widok prawda? W pierwszej chwili myślałam, że mam przewidzenia. ;)) A to prom płynący na niemiecką wyspę Sylt.

Wiejące wiatry i ubite bezkresne piachy sprzyjają różnym sportom plażowym. :)



Gdy dotarliśmy na wyspę przypływ cały czas przybierał na sile. Dlatego trzeba bardzo uważać, gdzie się parkuje. Nawet, jak nam się wydaje, że stanęliśmy w bezpiecznej odległości od morza... ;)


Wody zabierały plażę z każdą minutą... Ledwo zaparkowaliśmy (zapobiegawczo z dala od linii brzegowej!) i leniwie wysypaliśmy się z samochodu podziwiając widoki bezkresnej plaży, gdy po chwili córuś podniosła alarm, że pod nasze koła podchodzi woda! To było coś wręcz niewiarygodnego! Dwa razy musieliśmy się w popłochu ewakuować.


Dlatego ważne jest, aby nie zapomnieć o pozostawionym samochodzie...


 i zdążyć odjechać na czas...


Choć niektórym nic już nie pomoże... ;)

To i tak jest spory zoom. ;))

Słońce chyli się już ku zachodowi, a długa droga powrotna nas czeka. Czas pożegnać pływy morza, muszle i zamaszystym krokiem wracać na kemping.



Pozdrowienia wakacyjne w środku zimy
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...