poniedziałek, 20 lipca 2015

Miejsce




Kochani, na ten letni, wakacyjny czas, gdy bywamy w tylu różnych miejscach, przesyłam Wam moją ukochaną lawendową różę wraz z myślą średniowiecznego indyjskiego poety, mistyka i filozofa, byśmy pamiętali, że to jedno najważniejsze miejsce jest zawsze wewnątrz nas.
A ja już od paru dni rozpoczęłam urlop całą rodzinką w komplecie! Zatem znikam, rozpływam się i relaksuję. Puszczam myśli wolno i szukam kwiatów w sobie. :)) Potrzebny jest taki czas...

Wszystkiego dobrego
Ewa


wtorek, 14 lipca 2015

Pudełeczka w róże

Tak jak Wam pisałam ostatnio, wzięło mnie na dekupażowanie. Oj, dawno nic nie robiłam, bardzo dawno! A to nie było czasu, a to chęci, natchnienia i mnóstwa innych wykrętów... I tak zleciał ROK calutki, dacie wiarę? Za to teraz nadrabiam stracony czas i cieszę się przy tym jak dziecko. :)) Dać dziecku dawno nie widzianą zabawkę - ile radości, znacie to? :)) Przede wszystkim pokończyłam rozpoczęte prace. Dziś pokażę pudełeczka, a następnym razem chusteczniki.


Zanim jednak do tego przejdę muszę się przyznać, że długo dojrzewałam do pewnej myśli. Dziś zebrałam się na odwagę. ;) Jak wiecie dłubię sobie czasami przy tych drewienkach, bo lubię, bo sprawia mi to przyjemność, bo się przy tym odprężam, bo taką mam po prostu ochotę. A potem wkładam te prace do wielkiego pudła (lub dwóch, lub trzech) i chowam. I tam sobie leżą aż jakaś koleżanka lub koleżanka koleżanki nie potrzebuje nagle prezentu. ;)) Prace zawsze znajdują nowy dom, ale muszą trochę przedtem "pokartonować" sobie. I dlatego pomyślałam, że skoro prowadzę blog i pokazuję je tutaj, to może komuś się spodobają. Nie ma się co oszukiwać, typem biznesswoman to ja nie jestem, ale obserwując koleżanki blogowe, doszłam do wniosku: a właściwie czemu nie? Może tą drogą szybciej znajdą dom? W końcu to nie wino, nie muszą najpierw leżakować, prawda? :))

Tyle tytułem wstępu, a teraz przechodzę do prezentacji czterech pudełek. Trzy pudełeczka w róże - małe i duże oraz jedno z dziewczynką. ;) Lubię motyw róż, jest bardzo wdzięczny do pracy. Na dwóch z nich wykorzystałam te same retro róże w wiaderku. 

Nr 1 
Jedno z nich jest malutkie, dół cieniowany szarą zielenią ze złotem, góra szaro-różowa. Ozdobione szklącym guziczkiem na metalowej rozecie oraz delikatnymi białymi zawijaskami i kropeczkami. Wykończone lakierem z połyskiem (próbowałam pod różnym kątem robić zdjęcia, aby było widać).




Nr 1
Wymiary: 12,5x12,5x5 cm
Cena 35 zł + 10 zł wysyłka  


Nr 2
Drugie jest większe z czterema przegródkami w środku. Dół i wnętrze wieczka mają nieregularną strukturę w kolorze gołębim, brzegi "obite" tak jak wiaderko. ;)  Ozdobione wstążeczką z różą oraz perełkami. W środku różany guziczek. Wykończone w macie. Pełen romantyzm. ;)



 Nr 2
Wymiary: 16,5x16,5x7,5 cm


Nr 3
Trzecie jest również większe z przegródkami w środku i zamykane na zatrzask. Dół przecierany, by było widać strukturę drewna i postarzony patyną oraz wykończony satynową wstążeczką z materiałową różą. Wieczko cieniowane, patynowane, przecierane i kropkowane; w rogach ozdobne narożniki. Wykończenie: półmat. Jak z babcinej szuflady. ;)



Nr 3
Wymiary: 18x15x8 cm


Nr 4
Ostatnie pudełeczko nie jest różane, ale kwiatki ma. ;) Ma również przegródki w środku na spineczki, gumeczki czy inne dziewczęce skarby. Dół oraz przegródki delikatnie różowe w kremowe kropeczki, widoczna faktura drewna. Całość delikatnie patynowana. Na przedzie ozdobny błyszczący guziczek. Na wieczku oraz wewnątrz wypukłe, błyszczące kwiatki oraz motylki, kropeczki na spódniczce oraz wstążeczki we włosach oraz przy bucikach. Wykończenie: matowe. Dla retro panienki. ;)




  
Nr 4
Wymiary: 16,5x16,5x7,5 cm
Jeśli komuś się coś spodobało i chciałby przygarnąć, to proszę o kontakt na maila.

Uściski Wam ślę gorące, letnie, wakacyjne...
Ewa


środa, 8 lipca 2015

Jeszcze jest czarny bez

Przynajmniej u nas na północy Polski można się jeszcze załapać. ;) Przez tę chłodną wiosnę wszystko w przyrodzie troszkę się przesunęło. Niemniej jednak długo wyczekiwane upały dotarły w końcu do nas, by roztopić nasze mózgi. ;) W każdym razie mój przy takich temperaturach się topił! Dlatego przyszły deszcze i burze, by nas troszkę ostudzić. ;)) A że jeszcze do niedawna trwałam sobie beztrosko w późnowiosennej aurze, to znalazłam w pierwszym wiosennym numerze nowego sielskiego czasopisma "Vita Rustica" prosty przepis na syrop z kwiatów czarnego bzu. Syrop bardzo lubię, bo znajduje wiele zastosowań, chociażby jako polewa do placków, czy naleśników, słodzik do herbaty, czy rozcieńczony z wodą jako lemoniada na upalne, wakacyjne dni, oraz jako składnik babeczek. Chciałam wypróbować ten przepis, bo jest ciut łatwiejszy (chociaż, naprawdę żadna przy nim robota) od tego, według którego robiłam w zeszłym roku. Jeśli ktoś ma ochotę porównać przepis zeszłoroczny, czy też zrobić nalewkę (pycha, polecam!), to odsyłam TU.


Przepis na syrop z kwiatów czarnego bzu

200 g baldachów bzu
pół kilo cukru
800 ml wody
1 cytryna pokrojona w ćwiartki
1 limonka

Kwiatki obcinamy niziutko przy nasadzie, czyli odrzucamy zielone łodyżki. W garnku podgrzewamy wodę z cukrem i gdy się rozpuści wrzucamy bez oraz cytryny (ja nie miałam limonki na stanie, więc dałam po prostu dwie cytryny), mieszamy i odstawiamy do ostudzenia. Potem przykrywamy ściereczką i wstawiamy do lodówki lub spiżarki na 24 godziny do naciągnięcia. Następnie dodajemy (25 g kwasku lub sok z cytryn w celu konserwacji) i przelewamy odcedzony do butelek. W lodówce może stać kilka tygodni, albo można zapasteryzować i wtedy może stać dłużej.



A teraz przepis na babeczki, które znalazłam w niemieckiej gazetce. Zwiększyłam proporcje, bo okazały się tak pyszne, że było ich zdecydowanie za mało. Wciąż jest za mało, więc cały czas udoskonalam, a ich jest wciąż mało! ;)) Zakochałam się w nich, przepadłam dokumentnie i rozpłynęłam w zachwycie! Są jak aksamitny puch! Nie mogę znaleźć lepszego określenia. Wypróbujcie, bo to najprawdziwsze niebo w gębie. ;)

Babeczki z syropem z czarnego bzu

150 g mąki
100 g cukru
cukier waniliowy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 cytryna/limonka
120 g masła
1 jajko
2 łyżki jogurtu naturalnego
4 łyżki syropu z kwiatów czarnego bzu


Opcjonalnie lukier (ja nie przepadam):
80 g cukru pudru
2 łyżki soku z cytryny

Masło roztopić, cytrynę sparzyć, skórkę zetrzeć a sok wycisnąć. Miękkie masło wymieszać z cukrem, solą, skórką z cytryny, jogurtem i syropem i na koniec z jajkiem. Mąkę, proszek do pieczenia i cukier waniliowy wymieszać i połączyć obie "miski". Babeczki piec ok. 15 minut w 180 st. Potem wyjąć i  z trudem pozostawić do ostudzenia. ;) Zrobić lukier mieszając cukier z cytryną i polać spiralnie babeczki. Można przyozdobić pocukrzonymi kwiatuszkami (ja już nie miałam) :)



Pozdrawiam wakacyjnie
Ewa

sobota, 4 lipca 2015

Kto jest szczęśliwy?



Prawda, że proste? Czy ktoś sądzi inaczej? ;))


A jakie macie plany na ten upalny weekend? Korzystajcie z tropików... rozsądnie!
Uściski Ewa


środa, 1 lipca 2015

Jak osiągnąć cel?

Wiadomo jak - iść prosto wyznaczoną drogą, nie rozpraszać się, nie zajmować czym innym, mieć jasną wizję mety. Tak, teoretycznie tak, ale moja wizja mety jest bardzo szeroka. Powiedziałabym nawet, że z tendencją do tycia, w zależności od pomieszczenia, w jakim się akurat znajdę. Bo jeżeli ktoś myśli, że ja już mam wszystko wysprzątane, a teraz to tylko relaks horyzontalny, to jest w mylnym błędzie. ;)) Na hamaku to ja sobie powiszę niedługo, a teraz odpoczywam inaczej. Jakby ktoś po przeczytaniu jednak miał wątpliwości, uspokajam, że naprawdę odpoczywam. Czynnie. :))


Przy podlewaniu kwiatów na tarasie doszłam do wniosku, że jednak za gęsto posadziłam pelargonie. Napchałam je do skrzynki jak pelikan ryb do dzioba i teraz się ulewa. Pelargonii angielskich nie widać spod tych wiszących, więc wytachałam je i wsadziłam do nowych donic razem z czekającą na wsadzenie dalią i inną pelargonią - koleżanką bzów.

Bardzo proszę, czy ktoś dostrzega biało-różowe pelargonie w białej skrzynce?

Gdy przekwitły bzy (w prawym górnym rogu) stwierdziłam, że zamiast małej pelargonii między nimi przydałaby się większa roślina, która wypełni tyły kolorem. W tym celu zakupiłam (już wcześniej) szałwię omszoną. Czekały też na wsadzenie rutewki, ale nie mogłam znaleźć żadnej pasującej donicy aż do piątku. W rutewkach zakochałam się w zeszłym roku i bardzo zapragnęłam je mieć także u siebie na tarasie. Jeszcze nie kwitną, choć już pączulki mają, ale jakby ktoś był ciekawy jakie one są śliczne to zapraszam TU. Tak więc, rachu ciachu i bałagan na tarasie zrobiłam jak ta lala. :) Nie tylko zresztą na tarasie, bo ziemia jakoś się rozniosła i po domu.

Wielce zainteresowane towarzystwo, tylko do pomocy niechętne :)

Jak już jest bałagan, to można zrobić większy, prawda? Idąc tym tropem, zabrałam się za malowanie kratki na pnącza, bo pnącza na tarasie posiadam również. :) Farba okazała się nadzwyczaj cieknąca i mam ci ja teraz szorowanie kafli rozpuszczalnikiem. Ale o kratce i o tym w czym rosną pnącza napiszę, gdy kratka już zawiśnie, a one się będą po niej piąć. ;)


Poza tym wyszlifowałam kolejne deski na płotek balkonowy (w stylu: jestem stary i wiejski). Dziś zaimpregnuję, a jutro zabiorę się za malowanie ostatniego etapu! Hurra! Nie wiedziałam, że ten mój balkon taki dłuugi - desek a desek się napędzluję w tym sezonie, że hej! ;) A dojdą jeszcze podłogowe!


Ale za to teraz mam tak, szałwia zrobiła swoje, a miotła z mopem swoje. :)



I muszę powiedzieć, że mam ci ja również na tarasie agrest, który już czerwienieje, a ściślej mówiąc, to jedna sztuka na razie czerwienieje. :)


Gdy tak malowałam na tarasie wieczorową porą, doszłam do wniosku, że przecież również muszę dokończyć malowanie gabinetu. Pomalowałabym też łazienkę (bo farba już na to tylko czeka), ale mąż musi najpierw obciąć dwa zbyteczne kable wystające ze ściany, dlatego łazienkę sobie darowałam... chwilowo. W związku z tym wczoraj od rana wprowadziłam się z pędzlem do gabinetu. :)


Na "tablicy zrzucania myśli" tata często znajduje różne ważne informacje. ;) Na szczęście dzieci już wiedzą, że nie wolno zmazywać niczego (co wcześniej się zdarzało!), tylko trzeba sprytnie znaleźć sobie wolne miejsce. ;)) Tym razem w chmurce było wyznanie miłości. :)


Sprzątając gabinet po malowaniu wzrok mój wygłodniały padł na kilka rozpoczętych i nieskończonych prac dekupażowych. Tak więc, zrobiłam bałagan na stole w tak zwanym dużym pokoju, bo przy okazji zaczęłam kolejnych pięć rzeczy... ale o tym to już następnym razem.


Jak widać na załączonych obrazkach za porządki jako takie jeszcze się nie zabrałam - nie sprzątnęłam pokoi, nie zrobiłam remanentu w książkach i zeszytach, i w butach, które blokują dostęp do naszego mieszkania, nie poprasowałam, nie podpakowałam dzieci na obóz, nie zgrałam zdjęć (a miejsca już na karcie nie mam)... Ale za to przygotowałam syrop z kwiatów czarnego bzu, zamówiłam podręczniki dla dzieci i uprałam pościel. Czyli coś jednak zgodnie z planem zrobiłam, tylko gdy się wejdzie do domu, to w ogóle tego nie widać. ;) Grunt, że pierwsze dwa dni sobie odpoczęłam. Czynnie. :))

A zatem... do roboty, bo cel przed weekendem trzeba osiągnąć! Szczególnie teraz, gdy nie ma "Czekoladek", muszę korzystać, bo inaczej sprzątanie mniej więcej wygląda tak:  :))

Źródło: Matka po godzinach
Uściski słoneczne dla Was
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...