czwartek, 28 stycznia 2016

W kolorze sepii


Znów wróciłam do prac ręcznych. Zabrałam się za dokończenie pozostawionych w pół pudełeczek i chusteczników, wymyślam nowe, testuję techniki, czyli jednym słowem mam totalny groch z kapustą! Ręce nie nadążają za głową. A tu, masz ci los, na blogu Szuflady pojawiło się pierwsze w tym roku wyzwanie styczniowe i... od razu mi się spodobało. Brałam kiedyś udział w zabawie wyzwaniowej organizowanej przez Szufladę, ale że prace wykonywałam baaardzo nieregularnie, to później nie było okazji. Tym razem postanowiłam, że znów spróbuję szczęścia, bo głowę mi rozsadzi. :)  Już jestem ciekawa jakie wyzwanie będzie ogłoszone w lutym? ;)

Zachęca ono, by spojrzeć na świat jak na starą fotografię i wykonać pracę w kolorach sepii. Moim zdaniem to idealne wyzwanie na Nowy Rok. Stary rok za nami, coś się skończyło, coś minęło bezpowrotnie. Za jakiś czas wspomnienia odlecą jak wyblakłe motyle, resztę spowije mgła, pokryje patyna - ot, czas niestrudzenie robi swoje. I z tymi myślami zabrałam się za robotę. Wykonałam pudełeczko (może na zdjęcia?) - dół bejcowany i "owiany mgłą", góra z zegarem, jako symbolem czasu i motylami - ulatującymi chwilami. Oczywiście patyna musiała ugryźć wieczko, a satynowa wstążeczka i stara koronka dopełniły klimatu. Arszeniku niestety nie miałam. ;)) Zatem niemal w ostatniej chwili z tym oto pudełeczkiem staję do konkursu w Szufladzie:



 


A gdyby tak mieć czas po swojej stronie? ;)


Na koniec chciałam pokazać, jak bardzo może zmęczyć się dziecko odrabianiem lekcji. Jak widać, nawet taki mały człowieczek nie ma lekko! :))


Pozdrawiam z nutką brunatnego brązu ;)
Ewa


poniedziałek, 25 stycznia 2016

Pośnieżyło



Popadało, poprószyło i było jak w bajce. Cały tydzień mroźno i przeważnie słonecznie. I to tyle szczęścia, bo już idzie odwilż. Zapowiadają nawet 10 stopni na plusie oraz deszcze, i to przez następne dwa tygodnie, czyli chlapa i plucha przed nami. Ferie zimowe mamy jako ostatni, więc nadzieja na zmianę aury jest jeszcze silna. O 9.00 były 2 stopnie, białe poduchy i malownicze czapy na roślinach zniknęły, a tak pięknie wyglądały. Nie wiele udało mi się popstrykać, bo przecież zima, skoro przyszła, to powinna zostać na dłużej.


Ale za to mam choć troszkę zimy z sobotniego wyjazdu. Zdjęciowa historyjka...

Białe niteczki brzozy na tle sosen wyglądały zjawiskowo
 Zajęcze ślady i pączki bzu

 Igiełki, igiełki, igiełki...
 
 W tych saniach się zakochałam


Miłego tygodnia
Ewa


środa, 20 stycznia 2016

O "bzdetach"

Wczoraj wieczorkiem na blogu pewnej osóbki przeczytałam, że możne ona pisać jedynie o bzdetach i w związku z tym nie wie czy w ogóle pisać. ;) I tak sobie od razu pomyślałam, że przecież większość blogów jest o bzdetach. Proszę się nie obruszać, mój jak najbardziej też! Bo czymże jest bzdet? To drobiazg, mało istotna rzecz, nic o wielkiej wadze. A nasze życie to jeden wielki worek z bzdetami, pomiędzy którymi jest kilka naprawdę istotnych rzeczy. Całej reszcie drobiazgów my nadajemy sens i wagę, bo tego potrzebujemy.

Człowiek uzmysławia sobie, jak niewielkie ma znaczenie większość naszych czynności wypełniających codzienne życie, na przykład gdy zachoruje, gdy trafi do szpitala. Wtedy na wszystko potrafimy spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. A gdy wyzdrowieje, cieszy się, że znów może zająć się bzdetami. Cieszy się, że może wybrać kolor farby do pokoju, nową parę kubeczków w kwiatki, powiesić zdjęcie z wakacji, upiec ciasto. I chociaż dobrze wie, że to nie są najistotniejsze rzeczy w życiu, to dobrze, że są.

Nie najistotniejsze, ale najbardziej liczne, bo z nich składa się nasze życie. I całe szczęście, że właśnie z nich. Wyobrażacie sobie jak trudne byłoby ono, gdyby wypełnione było przede wszystkim zajęciami o wielkiej wadze i gdybyśmy cały czas zajmowali się tylko arcyważnymi sprawami o doniosłym znaczeniu. Ile by nam pięknych chwil ukrytych w bzdetach umknęło?!

Dlatego dziś wyjęłam z worka kilka zeszłorocznych bzdetów, a co! :)
Tę walizeczkę robiłam już jakiś czas temu dla dziewczynki na plastyczne przybory, ale nie wiem czemu nie prezentowałam jej jeszcze. Są tu różne rodzaje wypukłości - w narożnikach i na kwiatach bzów oraz cieniowania.

 

I oczywiście chusteczniki - pierwszy w stylu retro, drugi... sama nie wiem, i trzeci rustykalny.




Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo się cieszę z mojego worka pełnego bzdetów. ;)

Pozdrawiam ciepło
Ewa


czwartek, 14 stycznia 2016

Z archiwum deku

Porządkując z grubsza pliki zdjęciowe, natrafiłam na archiwum swoich pierwszych prac, nazwijmy je dekupażowe, choć nie są one stricte takie, ale nie o definicję przecież chodzi. ;) A chodzi o to, że wiele się zmieniło przez te lata w sposobie dekorowania, w używanych dodatkach i narzędziach. Powiedziałabym, że teraz jest tak bardziej na bogato, mieszają się techniki, są transfery, pasty, konturówki, trójwymiarowe ozdoby - tekturowe, metalowe, z tworzyw. Wykorzystuje się elementy scrapbookingowe, mix media, embossing i inne magicznie brzmiące preparaty. ;) Słowem - wszystkie chwyty dozwolone, by było jak najpiękniej. ;) I bardzo dobrze, bo chodzi o radość tworzenia, a im więcej możliwości, tym bardziej różnorodne wychodzą prace. Pod warunkiem, że się te wszystkie tajniki z różnych dziedzin zna. Ano właśnie... czas na dokształcenie. :)

Dzisiaj pokażę Wam kilka odnalezionych w czeluściach komputera przedmiotów, czyli jak to było, gdy żyły dinozaury. ;)  Jakość zdjęć muzealna, za co przepraszam. A zatem, decoupage saute. :))

Chustecznik, a jakże, już wtedy mnie do nich ciągnęło. ;)


 Pudełeczka w modnym kiedyś klimacie prowansalskim :)





I jeszcze zakładki.


O, i takie wspominki mi dziś wyszły, ale mam dla Was też nowsze prace, które pokażę niebawem, bo wena znów wróciła. Mam mnóstwo pomysłów, gorzej z czasem, bo dzieci z bolącymi brzuchami i głowami siedzą na zmianę w domu zamiast w szkole. Ale od czego jest dyscyplina? ;)

Na zakończenie mam dla Was zagadkę (zasypuje mnie nimi ostatnio mój pierworodny):

- Jak nazywa się 16 kobiet o imieniu Ewa?
- F16 :)

Miłego weekendu, w końcu czwartek to już mały piątek, a piątek to weekendu początek!
Ewa


poniedziałek, 11 stycznia 2016

Czym pachnie dyscyplina?

Kiedyś pachniała skórą i wisiała nad łóżkiem dziecięcym ku przestrodze. Dziś, choć nie kojarzy się już z rzemiennymi pasami, to jednak słowo dyscyplina wciąż wywołuje pewien dyskomfort psychiczny. ;) Ach ten rygor, to podporządkowanie się, subordynacja i rutyna. Ileż wymaga ona od nas wysiłku, by poddać się i jej ulec! Podświadomie wiemy, że jest ważna, ale tak trudno w niej wytrwać. Myślę, że trud wkładany w wypracowanie samodyscypliny jest wprost proporcjonalny do niechęci jaką odczuwamy wobec karności.


Niestety prawda jest taka, że bez tego, nomen omen, bicza, jaki sami próbujemy na siebie ukręcić, niewiele nam się uda. Bo dyscyplina to nic innego jak uporządkowanie sposobu działania i konsekwentne zmierzanie w wybranym kierunku. To umiejętność podjęcia decyzji, wytyczenie trasy i ustalenia tempa. Stajemy się aktywni, nadajemy rytm i staramy się go utrzymać. Ale z tym jest największy problem! Bo jesteśmy zmęczeni, bo pada, bo nastrój nie ten, bo nam się po prostu z tego czy innego powodu nie chce. W tym momencie powinniśmy szybciutko powiesić nad łóżkiem kańczug. ;) Albo spojrzeć z innej perspektywy.


Dyscyplina pomaga realizować cele, osiągać sukcesy, rozwijać talenty, pokonywać własne słabości. To oczywiste. To właśnie dzięki dyscyplinie możemy być z siebie dumni, że daliśmy radę, chociaż po drodze tyle czekało pułapek. Jesteśmy szczęśliwi. To czemu wciąż nie udaje się zdyscyplinować? ;) A gdyby spojrzeć na dyscyplinę jako na wyraz miłości do siebie, to czy wtedy nie zmieni się nasze podejście do niej? Jeśli siebie kocham, to chcę dla siebie jak najlepiej. Troszczę się o siebie i wspieram. Także w wytrwaniu na wybranej przez siebie drodze. A w tej wędrówce, zwłaszcza gdy horyzont jest wciąż daleko, dyscyplina jest niezastąpionym kompanem. I co, czy nie pachnie tu trochę miłością?


Skończyła się laba świąteczno-noworoczno-trzejkrólowa,. ;) Ferie dopiero za miesiąc. A zatem od dzisiaj czas zabrać się porządnie do roboty. I samodyscyplinę pod rękę. Bo już wiem, że pachnie ona miłością. Co nie wyklucza, że miłość nie może mieć zapachu skórzanego rzemienia. ;)) A jak u Was z dyscypliną?

Uściski ślę
Ewa

wtorek, 5 stycznia 2016

Punkt


Na początek chciałabym Wam bardzo, ale to bardzo podziękować za Waszą obecność. Za to, że jesteście, że zaglądacie.  Za wszystkie komentarze i życzenia świąteczne. Że mimo mojego skąpego pojawiania się, Wy wciąż o mnie pamiętacie. Bo co tu będę owijać w bawełnę - w zeszłym roku zaniedbałam się blogowo, a prawdę mówiąc to nie "się" tylko Was. I tak mi z tym niedobrze, bo przecież blog istnieje tylko dzięki Wam. Gdyby nie Wy, to mnie by tu nie było. A teraz okazuje się, że mnie nie ma, a Wy mimo to cały czas jesteście.  Dziękuję!


Średnio trzy posty na miesiąc, to szału nie ma. Statystycznie niby może być, ale w rzeczywistości, w ostatnim kwartale nie było nawet trzech wpisów. Tak łatwo można się odzwyczaić. Tak szybko odwyknąć.  Prawie zapomnieć... Aż w końcu zatęsknić. Ot tak, po prostu. A może to jednak Nowy Rok - ten pseudo początek, to umowne przejście, i owa fikcyjna zmiana z nim związana tak wpłynął? Może potrzebny jest ludziom taki cykliczny punkt - przekroczenie Mety i kolejny Start? Można zerknąć za siebie i zobaczyć, jaki kawał drogi już za nami! Albo zauważyć, że choć minął rok, wciąż stoję w tym samym miejscu. Można sobie na nowo wytyczyć trasę i tempo. Albo z rozpostartymi ramionami powiedzieć: kieruj, dokądkolwiek mnie zabierzesz, będzie dobrze.


Podsumowania, rozliczenia, bilanse - nie każdy się na tym zna, nie każdy lubi. Plany, marzenia, projekty, idee - ma je każdy, mniejsze lub większe. A wraz z nowym rokiem, często zaglądają nam głębiej w oczy, pukają do serca. Wykorzystują ten właściwie nic nie znaczący punkt w czasie, by roztańczyć naszą duszę marzeniami. Już zaczęliśmy następny Start, pięć pierwszych kroków w nieprzenikniony 2016. To podobno czas przebudzenia się nowych idei i dobry rok na odważną zmianę kierunków działania. Rok wojowniczego Marsa. Trzeba będzie stoczyć bój? Może ten największy z samym sobą? Nic łatwo nie przychodzi, a do odważnych świat należy. Mars odważnym sprzyja i pomaga w osiąganiu celów.  Taka kosmiczna pomoc w realizacji planów może się przydać. Macie plany na ten rok? Może warto mieć. Ja cosik sobie do wojowania umyśliłam. Mam nadzieję, ze nie polegnę w walce. I postanowiłam, że będę regularnie dla Was pisać. ...O matko, ogłosiłam to! ;))


Pozdrawiam Was ciepło w ten mroźny czas, a ponieważ wciąż nie mogę wgrywać zdjęć, znalazłam kilka mroźnych fotek na Pintereście.

Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...