poniedziałek, 29 lutego 2016

Witaj 29!

Luty się kończy, ferie już się skończyły i dzieci znów w szkole. Pora wrócić na stare tory. Dzisiejszy dzień jest takim właśnie organizacyjnym przestawieniem się. A po feriach, które z dziką rozkoszą poświęciłam głównie na prace twórcze, muszę wrócić do rzeczywistości i zabrać się z równie dziką furią za doprowadzenie domu do normalności. ;/ No niestety, samo się nie odgruzuje. Niemniej jednak w dzisiejszym wyjątkowym dniu nie mogłam się powstrzymać i musiałam zamieścić post. Taka szansa pojawi się dopiero za cztery lata! Zatem witaj 29! :)))

Dlatego dzisiaj na szybciutko przedstawiam Wam nowy, mały łapacz utrzymany w naturalnej stylistyce. Tylko piórka i surowe drewniane koraliki.


Przy okazji zapraszam Was serdecznie do Szuflady, gdzie znajdziecie wpis o mnie w ramach nowego tegorocznego cyklu: "Wyróżnieni w Szufladzie" - na mnie wypadło jako pierwszą. :)) 

I na koniec żarcik:

Jak reaguje piekarz na komplement?
Odpowiada - Schlebiasz mi. :))

Ostatnie lutowe uściski przesyłam w tym wyjątkowym dwudziestym dziewiątym dniu lutego!
Dobrego tygodnia życzę
Ewa


czwartek, 25 lutego 2016

Balerina

Znów niemal na ostatnią chwilę zgłaszam się do Szuflady na lutowe wyzwanie, którym w tym miesiącu jest "Jezioro łabędzie".


Gdy tylko o nim przeczytałam, od razu w wyobraźni zobaczyłam motyw baletnicy na kluczniku. Dlaczego akurat tam, a nie na pudełeczku, nie pytajcie nawet, bo nie wiem. ;) Wiedziałam, że musi to być szafeczka na klucze i już. Trzeba było ją zamówić i cierpliwie poczekać. Gdy czekałam na ów klucznik,  tak wciągnął mnie temat baletnic, że koncepcje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Muszę Wam powiedzieć, że branie udziału w wyzwaniach, konkursach i tego typu zabawach jest niezwykle inspirujące i pobudzające wyobraźnię. Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo! ;) Ale po kolei...

Na początek mój pierwotny zamysł - klucznik. Muszę się przyznać, że napracowałam się przy nim troszeczkę. Ale za to z efektu jestem bardzo zadowolona. Najpierw skrzyneczkę zabejcowałam i szlifowałam cieniując kolorami odpowiadającymi tłu na motywie. Potem naniosłam reliefy na ramkę i pomalowałam ją oraz uchwyty na blady kolor liliowy. Aby nadać tutu efekt puszystości nałożyłam szpatułką pastę strukturalną i dla spójnego efektu ją również tapowałam odcieniami lila. Na koniec zostało podmalowanie tła i lakierowanie.

I tę pracę zgłaszam na lutowe wyzwanie Szuflady.




Ale jak już wspomniałam, w tak zwanym międzyczasie zrodził się kolejny pomysł realizacji baletowego wyzwania. Bo jak "Jezioro łabędzie" to oczywiście balet, a jak balet, to tutu jest najbardziej charakterystycznym elementem. Zapragnęłam więc zrobić tutu z gorsetem - takie trójwymiarowe... i czekając na przyjście klucznika zabrałam się za lepienie gorsetów! O tak, liczba mnoga jest tutaj na miejscu, bo z rozpędu zrobiłam kilka różnych! :)) Nawet nie przypuszczałam, że kiedykolwiek sięgnę po tego typu prace... Cóż, nigdy nie mów nigdy. ;) Zabawa z lepieniem gorsetów, jak również z ich ozdabianiem jest naprawdę ciekawa. Polubiłam łączenie papieru z materiałami - to coś między rzeźbieniem a szyciem. ;) Dorobiłam jeszcze baletki (też typowy atrybut baletnicy) i w tym miejscu muszę się nisko pokłonić miniaturzystkom. Zawsze podziwiałam piękne i misternie wykonane miniaturowe elementy wyposażenia, ubioru czy innych domowych akcesoriów. Właściwie to podziwiałam zręczność osób wykonujących takie maleńkie przedmioty. Po zrobieniu pary baletek mój podziw sięgnął zenitu. Do zrobienia miniatur potrzeba chyba precyzyjnych, chirurgicznych narzędzi oraz wprawnych paluszków! :)) Moje nienawykłe do tak mikroskopijnych prac okazały się baaaardzo niezgrabne i co chwilę baletki wypadały mi z rąk. Ale w końcu udało się. Gorset powiesiłam na wieszaczku ze spinacza, dodałam kilka dekoracyjnych elementów, w tym koronę, by było wiadomo, że to strój Prima Balleriny. ;) I tak powstała moja pierwsza praca 3D.





W ostatniej sekundzie przed kliknięciem "Opublikuj" zmieniłam zdanie i zdecydowałam na zgłoszenie do Szuflady jednak tej pracy. :)


Ale do stroju baletnicy trzeba było zamówić shadow-boxy... i znów cierpliwie zaczekać. I tak wymyśliłam, że może spróbuję wykonać zwyczajny obrazek z baletnicą. Ale ten pokażę następnym razem, bo nie chcę tak na samiutki koniec zgłaszać się do Szuflady, a poza tym musiałam zamówić latarenkę...ciekawe co też wymyślę w międzyczasie? ;)) Same widzicie, jedno wyzwanie, a ile wersji.

Pozdrawiam Was bardzo ciepło
I dziękuję za Wasze przemiłe komentarze, to najlepszy kop do pracy! :))
Ewa (niestety nie balerina) ;)



piątek, 19 lutego 2016

Ptaszki w lutym

Zaczyna się już powrót zza mórz i oceanów. ;) Poranki bywają tak rozćwierkane, aż trudno mi uwierzyć,  że to to luty. Wszystko wskazuje na to, że po najcieplejszym styczniu, w wieloletniej statystyce odnotujemy również najcieplejszy luty. Klimat się zmienia, widać to gołym okiem.
 
Moje bzy na początku lutego!!!

Mimo zmiennej pogody, pojawiających się z rzadka przymrozków oraz szronu od czasu do czasu, mimo iż czuć w powietrzu jeszcze chłodne powietrze, to wiosnę już słychać i widać. Ale pękające pąki drzew i zielone noski wychylające się z ziemi w pierwszej połowie lutego są zaskoczeniem. Niemniej jednak biorę to całym sercem za dobra monetę i mam nadzieję, że przyroda wie lepiej kiedy przyjdzie wiosna i że zima nie przypomni sobie o nas na Wielkanoc. Bo i tak już przecież bywało.

Dlatego dziś pozwolę sobie pokazać wiosenne ptaszki w różnych rozmiarach i stylach. ;) Pierwsze w pudrowym różu, z reliefami i perełkami.




Drugie malutkie, optymistyczne, słoneczne i lekko rustykalne.

 

Trzecie to pojemnik na CD, ale można użyć na różne różności. :)




A to nie wizyta w zoo, tylko widok z okna .;)


Pozdrawiam, miłego weekendu
Ćwir, ćwir ;)
Ewa


niedziela, 14 lutego 2016

Łapacze miłości



Myślę, że walentynkowe szaleństwo dotyczy głównie młodzieży i młodych zakochanych. Nie należę do żadnej z tych grup, z racji czego nie ekscytuję się tym świętem. Niemniej jednak mam w domu młodą młodzież sztuk jeden i na dodatek trochę zakochaną.;) My rodzice, czyli bardzo stara młodzież, powiedzmy, że z okazji walentynek poszliśmy wczoraj na wieczorny seans "Zjawy". Chociaż równie dobrze mogliśmy pójść we wtorek lub w następną sobotę, ale niech będzie. Moja młoda młodzież pojechała dziś ze swoją sympatią do Sopotu i licho wie kiedy wrócą. ;)) Ale nie o tym miałam pisać, a o drobiazgu jaki z tej okazji wręczył mój syn. Wykorzystałam niecnie dzisiejsze święto, by popróbować czarów. :))

Serce w dwóch odcieniach niebieskiego - ulubionym kolorze N. Subtelnie i delikatnie ;)

Chodzi o łapacze, czy też łowców - snów, marzeń, powodzenia, czyli indiańskie amulety. Pojawiły się one po raz pierwszy w XVII wieku i choć historia ich powstania różni się w zależności od plemienia, to sama idea jest bardzo zbliżona. Powieszone nad łóżkiem miały za zadanie wyłapywać złe sny i myśli, które ze swej natury są wielkie i niezgrabne. Zaplątane w sieć nie potrafiły się już z niej wydostać. A pod wpływem pierwszych promieni słońca padającymi na łapacz znikały jak poranna mgła. Natomiast wszystkie dobre sny są małe i sprytne i z łatwością przeciskają się przez otwory w sieci,  by po sznureczkach i piórkach spłynąć na śpiącego. Tak samo w drugą stronę - senne marzenia i twórcze myśli  powstające w czasie spoczynku, jako leciutkie i delikatne, potrafią przedostać się przez sieć i ulecieć w niebo, by poszukać "w górze" spełnienia. Prawda, że ładne wierzenia?

Miłość schowana w klatce. Kluczyk dołączony. ;)

Ładną stanowią również ozdobę wnętrza, bo dziś w tym celu są tworzone. Rdzenni Indianie wykonywali je z materiałów im dostępnych - okrąg wyplatali z wierzbowych gałązek, sieć - ze zwierzęcych ścięgien, do dekoracji wykorzystywali rzemienie, sznurki oraz kawałki sukna, a także kamyki, patyczki, paciorki i piórka. Jednakże współczesne wersje amuletu, nawet te najbardziej odlotowe czy czysto romantyczne, zachowały swój etniczny charakter i chyba to jest w nich takie pociągające.

W beżach, asymetryczne, duże. Dwa serduszka - jedna całość. ;)

Wspaniale też spędza się czas na oplataniu okręgu i wyplataniu sieci - taka forma wyciszenia bardzo mi się spodobała. Wymyśliłam, że bardzo fajnym prezentem z okazji Walentynek będzie właśnie łapacz miłości. Zrobiłam dla sympatii mojego pierworodnego sercowego łapacza miłości, a potem drugiego, trzeciego i czwartego... I muszę się przyznać, że tak mnie to wciągnęło, że oprócz tych dzisiejszych, już tworzę kolejne, w różnych kolorach, więc niebawem Wam pokażę. Trzymajcie się, bo będę Was teraz zanudzać także łapaczami... oczywiście u mnie muszą to być łapacze marzeń! ;) Ale mam też dla Was inne wytworki, bo oprócz tasiemek i koralików, szaleję również z piłą. ;) Ale o tym, to przy następnej okazji.


Spokojnej niedzieli i udanego tygodnia
U nas już wyczekane ferie!!!

Pozdrawiam
Ewa

PS Zdjęcia wyszły fatalne, robiłam rano, a cały dzień jest mżysto, ponuro i pochmurnie. :(


poniedziałek, 8 lutego 2016

Znów rdzewieję

Nie ma co się dziwić, latka lecą. :) Tu strzyka, tam kłuje.... Oczywiście żartuję sobie, na szczęście jeszcze nic nie strzyka, oprócz pękniętej torebki stawowej w kostce. :) Powinnam napisać, że znów rdzawię.  Ostatnio jestem niczym Królowa Śniegu, o przepraszam raczej Rdzy ;) albo Król Midas - czego się nie dotknę zamieniam w zardzewiałą, nadgryzioną zębem czasu rzecz. Lubię ten efekt chropowatości i rdzawych nacieków.  Powróciłam do mych ukochanych chusteczników i tym razem surowy chłód zardzewiałych przedmiotów przełamałam złocistym błyskami.

Pierwszy chustecznik, bardzo oszczędny jeśli chodzi o zdobienie. Ma jedynie wypukły wzór dookoła oraz metalowy zegar z muszką na wierzchu. Całość traktowana solami patynującymi oraz maźnięta pastą metaliczną w kolorze złota, miedzi i antycznego brązu. Nie bardzo udało mi się to przenikanie kolorów pokazać, ale w zależności od kąta patrzenia, jest on bardziej szary, rdzawy lub złocisty.



Drugi chustecznik jest bejcowany i ma solidnie zardzewiałe zębatki oraz kawałki materiału. Ma też romby z ciemnozielonej połyskliwej masy strukturalnej oraz malutkie jasnozielone kropeczki.

 

 

To tyle na dziś. Zmykam dalej działać. ;)

Pozdrawiam i udanego tygodnia życzę
Ewa

P.S. Już po opublikowaniu posta zajrzałam na listę nowych wpisów i oczom mym ukazało się moje pudełeczko na blogu Szuflady jako praca wyróżniona w styczniu! Taka radość z samego rana w poniedziałek! :))) Bardzo dziękuję za uznanie, to ogromna radość i zapał do dalszej twórczej "pracy". Muszę powiedzieć, że się w ogóle nie spodziewałam (tekst jak z rozdania Oskarów), :) tym bardziej jestem super szczęśliwa. Wygraną wykorzystam z przyjemnością, bo wena twórcza mnie nie opuszcza. :))

 
Pozdrawiam jeszcze raz wszystkich!
Buziaki dla Was
Ewa


czwartek, 4 lutego 2016

Tłusta rozpusta

Raz do roku, taka rozpusta jest bardzo na miejscu. Mało tego, niezjedzenie ani jednego pączka źle wróży. ;) Dieta dietą, ale pączka na szczęście i powodzenie w nowym roku trzeba zjeść. Tym bardziej, że są puszyste i słodko nadziane! Kiedyś pączki były bardziej twarde, wyrabiane z ciasta chlebowego a jadano je na pikantnie - nadzieniem była słonina, boczek lub inne tłuste mięso, okraszone skwarkami i popijane wódeczką. Pewnie smakowały jak pączko-pierogi smażone w głębokim tłuszczu. Muszę dobrze poszukać przepisu na te "średniowieczne" pączki, bo na razie w sieci nic nie znalazłam. A może ktoś jakimś cudem zna? Bo to może być całkiem fajne danie serwowane po zabawie na śniegu... pod warunkiem, że śnieg i mróz jest. ;)



W tym roku wymyśliłam, że zrobię nie okrągłe pączki, lecz w kształcie serduszek. Przepis możecie znaleźć TU. Wstałam dziś wcześniej, żeby zdążyć zrobić je rano i dać dzieciom, jako deser do szkoły - świeżutkie pączki pełne miłości. :))


I na koniec dowcip o pączkach:

Rozmawiają dwa pączki
- Wiesz, zdawałem na Uniwerek.
- Naprawdę?! I co przyjęli cię?
- No coś ty, pączka?

Dziś tak szybko, muszę lecieć....
Miłego pączkowania ;)
Ewa

poniedziałek, 1 lutego 2016

Na drutach



Wzięło mnie. Po trzynastu latach mnie wzięło. Na co? Na druty. Bez ostrzeżenia, nagle, po prostu. Wygrzebałam druty ze strychu, kupiłam włóczkę, zasiadłam w fotelu i zaczęłam dziergać. Co mnie napadło, nie mam pojęcia. Ostatni raz miałam druty w rękach, gdy będąc w ciąży robiłam sweterki dla pierworodnego. Ale teraz w ciąży nie jestem! Zwyczajnie poczułam tak nieodpartą chęć machania drutami, że musiałam ulec. Oczywiście wzbudziło to ogólne rozbawienie oraz poruszenie w domu i to bynajmniej nie wśród kotów (chyba już za stare na takie wygłupy).
- O, to Ty umiesz szyć na drutach? - pytały zainteresowane dzieci. Ech, ta dzisiejsza młodzież, tłumaczyć trzeba różnicę między szyciem, dzierganiem a szydełkowaniem. ;)

A pierwszą rzeczą jaką zrobiłam był kubraczek na... termos. Wiem, jak to brzmi, ale to prawda. ;) Termos już na swym brzuszku troszeczkę stracił na bieli, więc dostał wdzianko idealne na zimowe chłody.

Potem w ruch poszedł sweter dla córci. Miał być wkładany przez głowę, ale przyszła właścicielka zażyczyła sobie rozpinany - proszę bardzo. Bałam się, żeby nie zrobić za ciasnego, bo cała moja robota byłaby na nic, ...no i wyszedł za duży. Na przyszły rok będzie jak znalazł. ;) Nie ma jeszcze guziczków, bo wciąż nie mogę się zdecydować: niebieskie czy różowe?



Gdy spostrzegłam, że ładnie jej w tych kolorach, to do kompletu postanowiłam zrobić mitenki. Po raz pierwszy w życiu użyłam pięciodrutów. O rany, ale to ekwilibrystyka! A jak sobie przypomnę o tym maleńkim otworku na kciuk, to mnie dreszcze przechodzą. Zabawa trochę nie na moje nerwy, ale za to szybko idzie. A robiąc je w myśli przyrzekłam sobie, że nigdy więcej takiej dłubaniny, że to są pierwsze i ostatnie mitenki w moim życiu. Jednak gdy je skończyłam, zaraz mąż stwierdził, że jemu by się takie przydały, żeby mu łapki nie marzły, gdy stuka w klawiaturę. To pomyślałam, że zrobię i dla Mamy (właśnie skończyłam pierwszą), a potem dla siebie, takie trochę hipsterskie. :) No i przy okazji nauczyłam się robić kwiatka na szydełku. Przepis rysunkowy znalazłam w książeczce córki. :) Niestety pokazany był tylko jeden model kwiatka. Na tych kreskach i kropkach nie znam się i nie mogę zrozumieć o co chodzi, ale mam nadzieję, że znajdę kogoś, kto mnie nauczy robić jeszcze inne kwiatki! :)


Ale żeby się już tak zupełnie nie zniechęcić tym kręceniem w kółko drutami, :) to zrobiłam szalik, do kompletu oczywiście, dla dziewczęcia mego. A jak jest szalik to musi być i czapka. :)) I tak poszło. No mówię Wam, pogięło mnie zupełnie z tymi drutami. :) Ten kolor włóczki tak mnie zaczarował, czy co? A następny w kolejce będzie szaliko-golfik, bardzo praktyczny dla dzieci, bo nie trzeba się martwić, że źle zawiążą i będzie im w szyjkę zimno. I dla chłopaków też zrobię.


A skoro już o drutach post, to na koniec mam też inne druty, a właściwie jeden długi drut, na którym przysiadły ptaszki. Ptaszki malowałam ręcznie zachęcona inną praca, na której też szalałam z małym pędzelkiem umoczonym w czarnej farbie, ale o tym innym razem. ;)




Pozdrawiam Was serdecznie
Trzymajcie się prosto jak druty :))
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...