piątek, 28 kwietnia 2017

Wspaniałe chustecznikowanie ;)

"Stałem się panem świata żebrząc u drzwi Twoich.
I choćby świat się rozszalał jak spienione morze –
nie podniosę żagli, okręt twojej miłości jest mi kotwicą." 


Skompromituję się dokumentnie tym wyznaniem. To znaczy nie tym, co przed chwilą przeczytałyście, tylko tym, co teraz nastąpi. :) Nawet myślałam, żeby może o tym nie wspominać, jakoś to dyskretnie przemilczeć, ale trudno - obciachu narobię sobie i już. :) Może pamiętacie, bo wspominałam kiedyś, że nie oglądam seriali, żadnych seriali. Tak z definicji. Nie mam czasu ani ochoty. A już takich tasiemcowych, to nawet mowy nie ma! A w życiu! Na głowę bym musiała upaść, żeby tracić czas na takie bzdury. Ale przyszła kryska na Matyska, jak to się mówi, i choć upadku nie przypominam sobie, to jednak jakiś uraz głowy musiał mieć miejsce, bo uległam. Ale muszę wyraźnie zaznaczyć, że się opierałam. ;)


Fabuła, jak to fabuła, przy tylu odcinkach raz lepsza, raz gorsza, a pałacowe intrygi czasem bardziej a czasem mniej głupawe, ale nie przejmuję się tym, bo nie dla akcji ten serial oglądam, lecz dla obrazów! Ta zjawiskowość kolorów, ta plastyczność kadrów! Te zdobienia, stroje, wnętrza - po prostu cudo! Nie dziwię się, że ten turecki serial historyczny o naprawdę niezwykłym, a u nas zupełnie nieznanym, XVI-wiecznym władcy osmańskim - Sulejmanie I, zyskał taką popularność na całym świecie. 


Nie przypominam sobie, abyśmy na lekcjach historii uczyli się o najpotężniejszym i najdłużej panującym sułtanie państwa osmańskiego, które pod jego panowaniem objęło aż trzy kontynenty. Był to człowiek wszechstronny i wyjątkowy -  zreformował prawo, administrację i finanse państwa, rozbudował flotę. Był mecenasem kultury i sztuki, sam również  tworzył biżuterię i pisał poezję pod pseudonimem Muhibbi. Był osobą sprawiedliwą o wysokiej moralności. Po śmierci zyskał przydomek Wielki czy też Wspaniały.


No i oczywiście to, co jest również interesujące w tym serialu, to zderzenie ówczesnej obyczajowości europejskiej z zasadami życia panującymi w muzułmańskim państwie islamskim. Cóż, obca kultura, zupełnie inne zwyczaje i potęga imperium Osmanów ukazane z wielkim rozmachem w superprodukcji "Wspaniałego Stulecia" wpłynęły na sukces serialu.


I teraz przy prasowaniu, zamiast penetrować zakamarki własnej psyche i rozkładać życie na czynniki pierwsze (co zazwyczaj robiłam przy prasowaniu), albo snuć marzenia (co robię przy każdej nadarzającej się okazji), puszczam sobie "kolejsetny" odcinek i szusuję żelazkiem po koszulach niczym padyszach na swym białym koniu po polach bitewnych, albo nałożnice po kamiennych korytarzach seraju. 😁


Wzięło mnie przy okazji na pałacowe chusteczniki. Pierwszy w złocie i turkusach zrobiłam już wcześniej, ten drugi, w srebrzystej zieleni - przedwczoraj. Pięknie się mieni beżowym odcieniem srebra, lecz tego zupełnie nie widać na zdjęciach. Nawet nie wiem, czy widać, że jest zielonkawy. ;) Przy obu chustecznikach pobawiłam się postarzającymi mediami, patynami, metalicznymi farbami i woskami, oraz użyłam kryształków. Uraz głowy zrobił swoje. :))


A na koniec wiersz Muhibbiego.

Co to za dźwięki Sulejmanie ?
Rozpoznasz je, jeśli się zbudzisz i zaczniesz nasłuchiwać?
Ten deszcz.., czyje to łzy? Za kim płyną?
To błyszczące  ciemne niebo - czyją jest twarzą?
Przyjaciela? Wroga?

Wszystkie nasze czyny wzbudzają w naszych sercach drżenie setek werbli.
Jutro, kiedy umrzemy usłyszymy ich dźwięk.
Dziś głupota zatyka nasze uszy.
Zasłania oczy przed prawdą.
Dlatego szamoczemy się w pragnieniu miłości i strachu przed jutrem.

Zapal tę świecę własnej bezmyślności ogniem uczucia
i uwolnij się od własnej ślepoty.
Ten świat jest twoim więzieniem.
Każdy więzień cieszy się, gdy jego lochy popadają w ruinę.
A zatem ciała nasze są lochem dla naszych dusz.
Kiedy śmierć zrujnuje nasze ciała i obróci je w proch,
dusza stanie się wolna i połączy się z Bogiem.

Zmądrzej i nie oczekuj od nikogo wierności w tym lochu zwanym życiem.
Nie istnieje wierność na tym świecie.
Ten świat nie jest miejscem, w którym można żyć.
Nawet poranek tutaj jest kłamstwem,
bo za nim ukrywa się noc.

Pozdrawiam obciachowo ;)
Ewa


piątek, 21 kwietnia 2017

Mija czas

Kwiecień - zupełnie zwariowany miesiąc. I tak już chyba będzie na wieki. A może coś się zmieni za kilkanaście lub kilkadzieścia lat? Na razie tego nie wiem, więc póki co kwiecień mi się jawi niczym trąba powietrzna, albo tornado jakie! Przyjdzie, porwie, zawiruje, zamiesza i pozostawi do ochłonięcia. I tak rok w rok o tej samej porze. Niby jest w tym przewidywalność, lecz na nic się ta wiedza zda, gdy się przed tym nie da uchronić. ;) 


Poza tym kwiecień to taki miesiąc, gdy soki zaczynają szybciej krążyć. Docierają do wszystkich uśpionych przez zimę komórek i zaczyna się chcieć. Tak generalnie chcieć, gdyż budzi się po prostu chcenie. Budzą się nowe idee i pomysły, wychodzą także na powierzchnię pilne sprawy pozimowe. Pobudzone nagle soki uderzają do głowy i człowiek nie wie za co ma się łapać! :))

W konsekwencji znów wypadłam z rytmu blogowego, a już było tak pięknie. Był plan i ja. I razem  radośnie wsiadaliśmy w kolejne posty i odjeżdżaliśmy zgodnie z rozkładem jazdy. A potem mijał czas i plan się rozjechał, a właściwie to ja się spóźniałam. Wciąż pilniejsze sprawy czekały na mnie tam, po drugiej stronie ekranu. I choć Ewa po drugiej stronie ekranu ;) jeszcze nie ochłonęła, to dziś, w ten zimny, wietrzny kwietniowy piątek postanowiła złapać jakiś ekspres na bloga i pomachać z okienka. :)) 

Mija czas, minie kwiecień, chyba złapię rytm? ;)

Pozdrawiam
Ewa


niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielkanocne życzenia

Kochani,

nie było mnie ostatnio, ale porwały mnie wiry życiowe - te przyziemne i te podniebne. :) Ciężko wysupłać mi czas na bloga, ale może w maju będzie lepiej!
Dziś wpadam dosłownie w ostatniej chwili i dosłownie na momencik, aby złożyć Wam świąteczne życzenia. Wiosenne kwiaty na balkonie przystroiły się dziś w śnieżne ozdoby, czyli zaczynamy mieć nową tradycję - na Boże Narodzenie ciepło, na Wielkanoc zima! :)) Ale nic to, ja Wam za to życzę, 

by słoneczna pogoda zawsze gościła w Waszym sercu
by radość była silniejsza niż smutek
a śnieżnobiałe światło promieniało od Was
na wszystkie strony świata!

Weselmy się!


Z pozdrowieniami
Ewa


środa, 22 marca 2017

Jaja sobie robię!

Dosłownie i w przenośni, bo dom zaśmieciłam dokumentnie! Cały stół, towarzyszące mu krzesła i część podłogi. Istne jaja! Da się scrapki wykonać mniej ekspansywnie? No nie wiem. ;) U mnie w każdym razie rozpełzło się na wszystkie strony i dzieciom nie miałam gdzie obiadu podać! :)) Jadły po japońsku przy kawowym stoliku. ;) Ale tak mnie wzięło, tak mnie wzięło, że... tego się nie da opowiedzieć. :)) Po prostu nie wiem, co mi się stało. Chyba jakaś siła wyższa nakazała mi zabrać się za robienie kartek wielkanocnych! Kazała zostawić pranie i sprzątanie i zmusiła do wyciągnięcia wszystkich potencjalnie potrzebnych rzeczy w celu stworzenia kartek! No opętało mnie, jak nic, bo przecież wiecie, że scrapek nie robię. Raz kiedyś się za nie zabrałam i się zniechęciłam. Cóż, nie wszystko jest dla każdego. Aż tu nagle, niespodzianie, przyszła pomroczność jasna i zasiadłam do dłubania.


Zdecydowałam się nie zabierać się za wszystkie style i kolory na raz (jak to ja). Ograniczyłam się do jednej palety barw i tylko w obrębie tych kolorów postanowiłam działać. Zaczęłam znosić jaja. :) Wszystkie wyjdą bardzo podobne, trudno. Ale jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, iż mimo, że stosowałam papiery w dwóch barwach i te same dodatki, każda wyszła inna. Radość sięgnęła zenitu!:)) I muszę się przyznać, że bardzo mi się spodobała taka robota. ;) Teraz czas na inne zestawy kolorystyczne. Ale muszę najpierw posprzątać. ;)

1.

2.
3.
 4.
 5.
 6.
 7.
 8.
 9.
 10.
 11.

Jakby ktoś miał ochotę na takie jajo jako kartkę z życzeniami, czy zawieszkę, bądź też jako dodatek do prezentu świątecznego, to zapraszam do kontaktu mailowego. Koszt 10-12 zł + koszty wysyłki (lub odbiór osobisty).

Pozdrawiam już wiosennie
Ewa


sobota, 18 marca 2017

Skończyć nieskończone

Idę za ciosem. No dobrze - staram się. Co prawda, ostatnio zauważyłam, że tempo nieco zwolniło, ale marzec to dobry czas by przypomnieć sobie pierwotne założenia, bo pierwszy kwartał powoli  się kończy. Uczepiłam się tematu mobilizacji sił i karmiłam się nim cały styczeń, ale przyznam się, że dla mnie to coś więcej niż priorytetowy priorytet i zadanie stojące absolutnie w pierwszej kolejności poza kolejnością. I tak naprawdę nie dotyczy systematyczności, konsekwencji, czy regularności, choć oczywiście z tym jest niezaprzeczalnie związane. Dotyczy zmiany.


Tak, jak pisałam w pierwszym poście, wszelkie postanowienia nie miałyby racji bytu, gdyby nie uświadomiona potrzeba zmiany. Nie ma potrzeby - nie ma postanowień, ani planów, ani marzeń, bo i po co? Potrzeba jest oczywiście stanem subiektywnym, każdy ma inne i każdy je inaczej i gdzie indziej odczuwa. ;) Ale jedno jest wspólne - jeśli tak, jak jest, jest wystarczająco dobrze, jest w nas akceptacja i zrozumienie - zmian nie oczekujemy, bo nie potrzebujemy niczego zmieniać. Lecz gdy coś nam przeszkadza, gdy dostrzegamy coś, co wymaga poprawy, budzi się chęć ulepszenia czegoś w naszym życiu lub w nas samych i zaczynamy to zmieniać. Oczywiście jeśli tylko leży to w zasięgu naszych możliwości i mamy na to wpływ (bo nie zawsze tak bywa).


Tak się szczęśliwie składa, że na kilka rzeczy mam jeszcze wpływ. :) Na tych kilka-dziesiąt rzeczy, na które przymykałam oko i udawałam, że nie dostrzegam. Na tych kilka-set rzeczy, które nie dają spokoju, bo wymagają poprawy/naprawy/wymiany/uzupełnienia, a mimo to trwają spokojnie. Na tych kilka-tysięcy drobiażdżków, z których składa się codzienne życie. W końcu doszłam do wniosku że tak, jak jest, jest niewystarczająco dobrze i poczułam przemożną potrzebę doprowadzenia do finału wszystkich oczekujących na dokończenie przedsięwzięć. Wszak sama je na tę prowizoryczność skazałam. I nie łudzę się wcale, że zajmie mi to chwilkę lub dwie. Tymczasowe odroczenie zamieniło się w stałą niezmienną i nagle zaczęło przeszkadzać. Ów dyskomfort uświadomił potrzebę zmiany, potrzeba zmiany uruchomiła działanie, działanie... wywróciło mój dom (i nie tylko) do góry nogami. :) Ale nie spocznę dopóki nie zadam kresu memu cierpieniu! Muszę skończyć nieskończone! A potem mogę już żyć, czyli tak gdzieś od przyszłego roku. :))


Nie ukrywam, że troszkę się tego nazbierało. Oprócz wielkich remontów domowych kątów, są też średnie naprawy i modernizacje oraz małe rekonstrukcje i renowacje. A co gorsza, także gigantyczne drobiazgi, do których należą między innymi moje wszechrobótki. ;) Ważne jest także dla mnie rozpędzenie zmian w obszarze zdrowia - tego holistycznie pojmowanego. Ale przecież z nikim się nie ścigam, nic mnie nie goni, terminów nie ustalam, choć dwanaście miesięcy niczym dwanaście prac Herkulesa może nie wystarczyć, bo to przedsięwzięcie jest niezwykle rozległe i czasochłonne. I dla mnie bardzo ważne. Zatem krok po kroku kończę to, co skończenia wymaga. Czasem jest to skok, a czasem tiptopek, ale nie ma to znaczenia dopóki posuwam się do przodu. I patrzę jak czas powoli się wchłania w ten jakże upragniony cel. ;) Mam nadzieję, że od czasu do czasu w ramach osobistego cyklu SN - Skończyć Nieskończone, będę mogła także wrzucić coś na bloga. :) Choć zdarza mi się (niestety) zamiast kończyć, zaczynać nowe nieskończone... no taki gen! ;)

Dziękuję za uwagę i jak zawsze pozdrawiam Was gorąco
Miłego weekendu - ostatniego zimowego, bo wiosna już w poniedziałek! Przynajmniej w kalendarzu. :)
Ewa


poniedziałek, 13 marca 2017

Zamarzam

Tak się jakoś wyczerpałam, skurczyłam, osłabłam. Wiem, że na przednówku to nic takiego, szczególnie, że ciągle ziąb na dworze. Ale zimno o tej porze roku zdecydowanie mi nie służy. Więc marznę i pączków jeszcze nie wypuszczam. Czekam. Przewracam się o własne myśli, które plączą mi się pod nogami i próbuję nie zapaść w sen zimowy. Oszczędzam resztki energii, choć chciałabym jak ta róża  rozpostrzeć dwa płatki i na nich jak na skrzydłach wzbić się w niebo.


Nie napiszę dziś zbyt wiele, bo zamarzam. Pokażę kolejny szydełkowy łapacz, który udało mi się skończyć. Zostały jeszcze tylko dwie serwetki z zeszłorocznego zrywu... hm, trzeba będzie zacząć pracować nad nowymi. ;)



Kolor jak zawsze trudny do opisania. Mam słabość do niedefiniowalnych barw. ;) Nawet nie będę się starała! W każdym razie kolor jest przydymiony i zdjęcia u góry oddają prawdę. To na dole robione w domu jest przekłamane, bo wpada w fiolet, a bliżej mu do głębokiego pudrowego różu niż filetu.


To tyle na dziś, może troszkę odtajałam.;)

Pozdrawiam i udanego tygodnia życzę
Ewa


wtorek, 7 marca 2017

Lekcja pogody

Pogoda mnie dziś zaskoczyła. A przecież nie powinna. Marcowe zmiany humoru są dobrze znane, a mimo to stanęłam dziś w oknie nie wierząc w to, co widzę. Słowa znanej piosenki mówią, że życie nas uczy pogody, a mnie się dziś zdało, że jest na odwrót. Czy to przypadkiem nie pogoda uczy nas życia? Jej prztyczki w nos, nagłe zmiany, burze? Wczoraj wiosną pachniała ziemia, wczoraj słyszałam rozwrzeszczany świergot ptasi, wczoraj szłam bez czapki myśli wypuszczając w przyszłość. A dziś jestem znów w zimie. Zrobiłam krok w tył. Dziś znów uświadomiłam sobie swoje miejsce w szeregu. ;) Nie ja tu jestem Panem. Jestem tu uczniem.


Lekcja pogody na dziś: dotrzymuj jej kroku, nie wyprzedzaj i nie ociągaj się. W pełni zaakceptuj to, co przychodzi, bo "życie najbliższe swej istocie smakuje najlepiej".*

Pozdrowienia ze szkolnej ławki
Ewa

*H.D. Thoreau


czwartek, 2 marca 2017

Poleciałam w kulki

Zaskoczyło w lutym moje blogowanie po długim grymaszeniu i znów ze szwungiem publikuję się. ;) Cieszę się z tego ogromnie, ale nie wiem, czy zdołam utrzymać tempo! Tyle różnych spraw w marcowym garncu czeka na mieszanie i wszystko przyspiesza w naturze - i tej przyrodniczej i tej ludzkiej, a ja nie chcę zadyszki dostać na wiosnę. ;)

Polecę dziś sobie w kulki, dosłownie i w przenośni, bo post tym razem nie za obszerny, ale za to o kulkach. Znów wzięłam udział w zabawie szydełkowej i spróbowałam swoich sił w "dzierganiu" na okrągło, ;) czyli w tworzeniu kulek właśnie. Robota nie jest wcale skomplikowana, jak mi się wydawało, i  idzie szybko. Tylko, co tu z taką kulką począć? :)) Z pierwszej, zielonej, zrobiłam zakładkę do książki, bo tych nigdy za wiele. Wykorzystałam 2 koraliki i wcześniejszą serduszkową wiedzę oraz zrobiłam mały chwościk.





Potem zrobiłam kuleczkę bladoróżową i z niej wisiorek dla córci. Woskowany sznureczek, 2 malutkie koraliki i kokardka, i już. ;)




I na koniec zrobiłam 2 kulki w niebieskawych odcieniach, błękitnym i przydymionym denim. I tu miałam zagwozdkę! Początkowo też myślałam o jakimś wisiorku dla siebie, ale ostatecznie zdecydowałam się na bransoletkę. Cud miód to to nie jest, bo to moja pierwsza biżuteria (nazwijmy ją tak szumnie), ale za to wyszła super hipstersko, tak jak lubię. ;))



Kłopot miałam z obfotografowaniem jej na swojej ręce - ręka okazała się za krótka. ;) Ale od czego są lustra?! :))




I co, poleciałam sobie dzisiaj w kulki? ;)

Moje kulkowe szaleństwo zgłaszam do Cyklicznego Szydełka




Pozdrawiam
zakręcona Ewa






sobota, 25 lutego 2017

Tęskniąc za słońcem

Jeszcze dosłownie parę dni temu czuć było wiosnę w powietrzu, już nadzieja na cieplejsze dni zakwitła w sercu, już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, a aż tu wczoraj niespodzianie (no bo jak to tak w lutym?) :) znowu śniegiem poprószyło! Przecież było już biało, mroźno, śnieżnie i prawdziwie zimowo... i to przez całkiem spory czas. Można się było zimą nacieszyć lub mieć jej szczerze dość. No właśnie - już dość! Dość hukania wiatrów północnych, dość zamieci śnieżnych, dość stalowego nieba! Słońca nam trzeba! ;)

W tym roku zima była (prawie) taka jak kiedyś, a przez to wyjątkowa. Prawdą jest, że wszystko się w tym naszym klimacie poprzestawiało, a wraz z nim i nasze podejście do przyrody. Tęsknimy już w styczniu za wiosną, w listopadzie za Bożym Narodzeniem. Pamiętam dobrze z poprzednich lat takie dni lutego prawdziwie wiosenne, gdy szło się brzegiem morza z kurtką pod pachą, a ludzie na plaży opalali się leżąc na zdjętych z siebie ubraniach. Nie chcę mówić, że to nienormalne, ani jak powinno być w lutym, czy w czerwcu, bo nie wiem jak powinno być teraz. Może to, co pamiętamy z czasów naszego dzieciństwa przestało być po prostu normą? Że zima zaczynała się w listopadzie, a luty był najmroźniejszym miesiącem w roku. Że lato było ciepłe, słoneczne, czasem burzowe - tak jak i maj oraz czerwiec. Teraz czerwiec często chłodem powiewa jak kwiecień, a lato bywa nijakie; zimy nie ma wcale, potrzyma tydzień, może dwa, lub przyjdzie na Wielkanoc. Tak zaczyna być dla nas normalnie i coraz rzadziej dziwi.


Ale teraz, na przedwiośniu, gdy zima jeszcze nie raz może postraszyć, najbardziej tęsknimy za słońcem. Brakuje nam jego ciepłych promieni, pod wpływem których budzi się przyroda a w nas radość życia. I nie ma znaczenia czy to szara zima czy pochmurne lato - czekamy z utęsknieniem na słońce o każdej porze roku. Jest ono nam potrzebne. Tęsknota za słońcem jest w życie człowieka wpisana z natury. Ono wciąż jest dla nas niczym Helios, Mitra, egipski Ra czy nasz słowiański Swaróg. Ma coś z boskości. Nigdy nas nie opuszcza, choć odwraca się na jakiś czas od niektórych miejsc na Ziemi.
  
Na przykład taki Spitsbergen - najdalej wysunięta na północ osada ludzka na świecie, gdzie słońce nie pojawia się nad horyzontem już od 26. października. A i te dni poprzedzone są ostatkami pomarańczowego światła, które jest zaledwie odbiciem od szczytów gór. Od tego czasu - tylko ciemność. Noc polarna. I nawet biały śnieg nie pomaga. Spitsbergen obleka się w mrok przez jedną trzecią roku! Światło daje tylko kilka latarni w centrum osad oraz w określonych godzinach księżyc, jeśli akurat nie został zasłonięty przez śnieżyce. I tak bez kropli światła przez cztery długie miesiące non stop. "Na Spitsbergenie łatwo zapomnieć, że świat jest gdzie indziej". Oczywiście to nie jest miejsce do życia dla każdego, a właściwie powinnam napisać, że jest ono dla bardzo, bardzo nielicznych, twardych jednostek, które potrafią przetrwać brak słońca. "W ciemności trzeba sobie samemu wyprodukować energię, zmusić się, żeby było normalnie". "Myśli zwalniają i słuch się wyostrza. Zmysły wariują w taką pogodę. Im dłużej jest ciemno, tym mniej im można zaufać. Na swój sposób robi się wszystko jedno." Wcale nie tak trudno stracić zmysły w takich ciemnościach. Wielu ludzi nie wytrzymywało i po pierwszym przeżytym okresie "bezsłonecznym" wracało do swojego kraju, albo popełniało samobójstwo. Sama się zastanawiałam, czy dałabym radę przeżyć kilka lat w takich warunkach i nie zwariować, gdy wydzielanie serotoniny, popularnie zwanej hormonem szczęścia (ale oprócz dobrego samopoczucia ma też wpływ na wiele innych bardzo ważnych funkcji życiowych) jest bardzo ograniczone z powodu braku słońca. Każdy sam, na swój własny sposób musi stawić czoła ciemności i nie stracić nadziei, że słońce tutaj wróci. Jedynie "zorza daje pewność, że słońce skrywa się gdzieś tam, za górami". Lecz gdy minie styczeń, góry powoli zaczynają się oddzielać od rozgwieżdżonego nieba i promienie słońca można już ujrzeć przez 15 minut dziennie. Wyobrażacie sobie jaka to musi być radość, chwycić choć przez parę chwil kilka promieni słońca?! Zaczyna się wtedy pora niebieska, bo świat wygląda jakby był w poświacie włączonego wieczorem telewizora. A słońce znów całe pojawi się 8. marca. I co Wy na to?

 
Gdy za oknem robi się biało, szaro lub ponuro i tęsknota za słońcem zaczyna dokuczać, wracam myślami do książki Ilony Wiśniewskiej "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen", którą czytałam rok temu o tej porze. To wspaniale napisany reportaż, z pierwszej ręki, o życiu na Spitsbergenie. O życiu jakże innym od naszego. I nie tylko z powodu braku słońca, lecz z powodu szacunku żyjących tam ludzi do naturalnego rytmu, jaki narzuca odwieczne prawo Natury i do pełnej jego akceptacji. Szczerze polecam Wam (najlepiej zimową porą) tę bardzo ciekawie napisaną pozycję, po przeczytaniu której - jestem tego pewna - przestaje się narzekać na naszą zimę i pochmurne dni. I nie tylko na to. I zacznie doceniać, że dla nas słońce wciąż świeci! A tęsknota za nim nie będzie już taka dojmująca. Jakie to szczęście, że my nie musimy czekać do Dnia Kobiet, by je ujrzeć całe tuż nad horyzontem, prawda? ;) I wiosna zbliża się już do nas wyciągając zza stalowej zasłony słoneczny balonik.


Pozdrawiam przedwiosennie
Ewa

P.S. Cytaty oczywiście pochodzą z "Białe"


wtorek, 21 lutego 2017

Herbaciana róża i skrzypce

Dziś króciutko, bez rozpisywania. W tym miesiącu tak się jakoś rozpędziłam, że z rozmachem w trzecie wyzwanie wskoczyłam, a jeszcze się szykuję na czwarte, więc już na pisanie nie wystarczyło czasu. :)) Spodobały mi się tematy, zaiskrzyło i pac. W końcu kto się nie lubi od czasu do czasu pobawić? Na przykład w takiej piaskownicy - Art Piaskownicy. Tak też i ja wzięłam swoje wiaderko i łopatki i w ramach cyklu Techniki, którą w tym miesiącu jest decoupage zaprezentuję chustecznik, którego jeszcze nie pokazywałam, czyli coś w co się zawsze lubiłam bawić. :) Bo przecież nie samym łapaczem człowiek żyje. ;)


Chustecznik ten przeleżał w stanie półsurowym jakiś rok zanim się za niego ponownie zabrałam. Miałam zupełnie inną koncepcję dołu, ale okazało się, że serwetka, którą chciałam wykorzystać jest już nie do dostania, a ta którą posiadam nie wystarczy. Dół pozostał zatem prosty i skromny. I może nawet tak jest lepiej. Całość utrzymana w kolorze przypudrowanej moreli. A góra jak na deku przystało, to elementy wycięte z serwetki, delikatne cieniowania (których chyba nie widać na zdjęciu) oraz pasta strukturalna.




Zgłaszam chustecznik do Art-Piaskownicy na wyzwanie Techniki - decoupage, które trwa jeszcze do piątku.



Miłego tygodnia
Ewa


piątek, 17 lutego 2017

Mistrzowie Zen

"Mieszkałem z kilkoma mistrzami Zen, 
wszyscy byli kotami" 
                                                                                                           Eckhart Tolle


Tak, ja też mieszkam z mistrzami Zen, którzy samym przebywaniem w pozycji medytacyjnej - tak zwanej na kłębek, roztaczają spokój i ukojenie, a mantra wymruczana w ich języku jest najlepszym sposobem przywracającym równowagę. :) Dziś jest Światowy Dzień Kota. Jak się zorientowałam, światowy jest on bardziej z nazwy, gdyż owszem, obchodzony jest w wielu krajach, lecz w różnych terminach. My świętujemy razem z Włochami, gdzie zrodziła się idea ustanowienia takowego święta. Włosi bardzo lubią koty, a te podobno ze wszystkich miast świata upodobały sobie Rzym. ;) Oprócz dzisiejszego Dnia, swoje specjalne święto mają tam również czarne koty (17.11).

Typowy kot - indywidualistka. Robi to, co chce.
A ja uwielbiam jej wąsy!
 
Pomyślałam, że można by dzisiaj coś ciekawego na temat kotów napisać, ale musiałabym się zastanowić co to miałoby być i... może za rok taki post opublikuję. :)) Ale uświadomiłam sobie, że za rok może być różnie. Moje koty są już sędziwe, dobijają dwudziestki (czyli są około osiemdziesiątki licząc w ludzkich latach), jedna jest głucha, drugi chory na cukrzycę, nie wiadomo ile im życia zostało. Koty domowe dożywają 18-20 lat (co prawda rekordzista Guinessa w 2015 roku skończył 26 lat) i wiem, że wiek ten się wydłuża ze względu na większą świadomość właścicieli, bardziej zbilansowaną dietę pupili i ogólnie lepsze warunki życia, to co komu pisane, lub w tym wypadku wymiauczane, pozostaje tajemnicą. Wszystkie moje zwierzęta były długo-, niektóre nawet bardzo-długo-wieczne, stąd dedukuję, że i obecne koty mogą z nami pobyć jeszcze wiele lat! I tego się trzymam. ;)

Pieszczoch nad pieszczochy, zupełnie jak pies!
I jak zawsze niewiniątko!

Niemniej jednak zdecydowałam się dzisiaj napisać chociaż dwa słowa, nawet jakby miały być nieciekawe. ;) Przedwczoraj przed zaśnięciem, gdy się zastanawiałam, co by tu skrobnąć w tym temacie, przyszły mi do głowy powiedzonka związane z kotami. I muszę Wam powiedzieć, że zdumiałam się, bo nie zdawałam sobie sprawy, że istnieje ich aż tyle! To co, wymieniać? A zatem (1) pierwsze koty za płoty: przede wszystkim znane jest to o pechu, gdy (2) czarny kot przebiegnie drogę, albo że (3) w nocy każdy kot czarny. Wiadomo też, że (4) gdy kota nie ma, to myszy harcują. (5) Można spaść (jak kot) na cztery łapy, albo (6) chadzać (jak kot) swoimi ścieżkami. (7) Można żyć z kimś jak pies z kotem lub (8) drzeć z kimś koty. Ewentualnie można także (10) drzeć się jak kot w marcu. Albo (11) latać jak kot z pęcherzem lub też (12) mieć coś lub zrobić, co kot napłakał. (13) Można też się brzydzić czegoś jak kot sadłem i później (14) rzygać jak kot. No i pamiętajcie, żeby nigdy (15) kota w worku nie kupować! Uff, pominęłam jakieś? Nic mi już nie przychodzi do głowy.

Źródło

A przy okazji wspomnę o pewnym dziwnym dla mnie zjawisku - nie wiem dlaczego miłośników kotów i miłośników psów stawia się bardzo często naprzeciw siebie, w opozycji. Albo lubisz koty, albo wolisz psy. Musisz się określić. Dla mnie to kompletne nieporozumienie, coś z tych nonsensów: albo rybki albo akwarium. ;) Ja szczerze kocham i psy i koty i nie potrafię się określić. I wcale nie chcę. Przecież zupełnie inną radość daje pies a inną kot. Ale, jak rozmawiałam o tym ze znajomymi wszyscy stwierdzili zgodnie, że jestem wyjątkiem, gdyż większość ludzi dzieli się jednak na psiarzy i kociarzy. Hmmm, o ile dla mnie różnica między kotem a psem jest oczywista, to już między psiarą a kociarą - niepojęta, ;) bo przecież...

"Aby człowiek miał dobry charakter 
potrzebuje psa, który będzie go uwielbiał 
i kota który będzie go ignorował".

Źródło

Ja niestety nie wyobrażam już sobie życia bez zwierząt. Mimo wszystkich stresów i skoków ciśnienia, o które przyprawiają mnie okresowo moje czworonogi, mimo chęci zamordowania ich z zimną krwią (co też się zdarzało) i retorycznego pytania od czasu do czasu: i na co mi przyszło, to wiem, że bez nich byłoby mi i smutno i pusto. A gdy kiedyś zamieszkam na wsi, będę miała psy i koty, i kury, i pszczoły (własne a nie tylko adoptowane), oraz kozy, a może i nawet owce! A co się będę ograniczać! ;)

I na koniec taki cytacik i dwa kolejne słodziaki, którym nie mogłam się oprzeć:

"Pies przyjdzie na zawołanie,
kot odbierze wiadomość i skontaktuje się z tobą w wolnej chwili."
 
Źródło
Źródło

A jak jest z Wami? Bardzo jestem ciekawa ile z Was woli kot, a ile psy, a ile jest wyjątków? ;) Napiszcie proszę.

Dzisiaj szczególne pozdrowienia ślę tym, którzy mają kota (niekoniecznie chodzi mi o czworonoga) ;)
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...