sobota, 24 grudnia 2016

Życzenia

Ja jestem światłością świata
(J8,12)



Wy jesteście światłem świata. 
Nie może się ukryć miasto leżące na górze. 
Ani nie zapalają lampy i nie kładą jej pod korcem, lecz na świeczniku, 
i świeci wszystkim w domu. 
Niech tak świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki 
i oddali chwałę Ojcu waszemu w niebie.  
(Mt5,15-16)


Kochani, z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz nadchodzącego Nowego Roku chciałabym Wam tym razem życzyć oczywiście spokojnych i pełnych radości chwil przy wigilijnym stole, dużo ciepła i miłości nie tylko przy nim, ale przede wszystkim odkrywania w sobie boskiego światła. Niech promieniuje silnym blaskiem dając Wam poczucie spełnienia i niewysłowione szczęście!

Z miłością
 Ewa

wtorek, 22 listopada 2016

Przespane łapacze

Odgrzewam kotlety. Kotlety były zamrożone i niepokazywane, więc właściwie powinnam napisać, że je odmrażam a nie odgrzewam, ale nie bądźmy drobiazgowi. 😉 Jak Wam już wspominałam, mam trochę prac, które przez ostatnie pół roku całkiem dobrze się miały w domowym zaciszu. Dzisiaj chciałam Wam pokazać łapacze, które przespały od czerwca, a inspiracją stał się mój nowy ogrodniczy nabytek...


Nie będę się rozpisywać, bo nie ma o czym. 😉 Po prostu pokażę i już. Większy ma 25 cm średnicy, a mniejszy 18 cm. Jeden idzie bardziej w fiolety, drugi w pąsowe czerwienie. Z racji tego, że była to późna wiosna, znalazły się też kwiaty.

 Większy z gęstą brodą




i mniejszy


I to by było na tyle odmrażania na dziś. 😉

Pozdrawiam

Ewa

środa, 16 listopada 2016

Pismo obrazkowe?

Od pewnego czasu coraz częściej natrafiam na opinie, że podstawą bloga są zdjęcia. Nie ważny jest tekst, a przynajmniej nie tak ważny jak obrazki. Ranga fotografii jest dużo wyższa niż ranga tekstu, bo odwiedzający bloga nie lubią się męczyć czytaniem! Muszę się przyznać, że nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy, bym obejrzała jedynie zdjęcia nie czytając ani słowa. Ale to mnie się nie zdarzyło i wcale nie oznacza, że trend jest inny. Zbyt wiele stron do przejrzenia, zbyt mało czasu - rozumiem, że to wymusza pewne zmiany. Ale sama nie wiem, co sądzić o powrocie do pisma obrazkowego. Zgadzam się, że zdjęcia są ważne, nawet bardzo, ale dla mnie są one nadal uzupełnieniem treści. Nawet jeśli zdjęcia stanowią 90% całości, to są one wciąż dodatkiem do zamieszczanego tekstu a nie odwrotnie.  To, co zawarte w literach i to, co pomiędzy nimi buduje przekaz.


Gdy odwiedzasz czyjś blog już dłuższy czas, wiesz gdzie ta osoba trzyma buty w przedpokoju, jaką ma kanapę i dywan, w jakim wazonie stoją kwiaty na kuchennym parapecie. Wiesz jak wyglądają dzieci, jak pies czy kot, a jak grządki w ogródku. Znasz ulubione miseczki, ramki na ścianie i lampę nad stołem. To wszystko odkrywasz ze zdjęć właśnie. Ale między pojemnikiem na szczoteczki do zębów a wzorem pościeli w sypialni kryje się coś znacznie więcej. Bo nawet, gdy nigdy nie widziałeś żadnej z tych rzeczy, to gdy odwiedzasz czyjś blog już dłuższy czas, wchodzisz w ten świat. Wchodzisz w intymność tej osoby, w jej myśli, pragnienia, w jej wrażliwość i temperament. Nawet gdy pisze na ściśle określony temat i pisze mało, a najmniej o sobie, to i tak z tej niejawności można wydobyć poufne cząstki duszy (bez względu na to ile będzie dodanych zdjęć). Wystarczy wczytać się w to, co pisze. Tylko trzeba chcieć się wczytać. A potem można nacieszyć oczy obrazkami. :)

Pozdrawiam ciepło
Ewa


środa, 9 listopada 2016

Do bani z takimi postanowieniami!

Postanowienia są do bani - ta prawda jest bardzo dobrze znana wszystkim sylwestrowym entuzjastom. Niech mi tu ktoś zaraz rzuci kamieniem (tylko nie w monitor, proszę), kto choć raz w życiu nie poczuł porażki noworocznych ambitnych planów! Ja, jako dojrzała i doświadczona kobieta, od niepamiętnych czasów nie stosuję już strategii ustalania nowo-roczno-życiowego grafiku. W zamierzchłych czasach porzuciłam ten jakże szkodliwy psychicznie zwyczaj i jestem z tego powodu przeszczęśliwa. Tymczasem nie zwróciłam w swej pysze uwagi, że ów "wyprychany" przeze mnie proceder zdarza mi się od czasu do czasu praktykować w innych ramach czasowych, na przykład jako nowotygoniówka lub nowomiesięcznica. Przyznać się muszę, że najczęściej miewam właśnie nowojesienne zamierzenia, chociaż nie powiem, że z nowowiosennymi ustaleniami jestem bez winy. Nie muszę chyba dodawać jak z tymi postanowieniami z innych pór roku wychodzi? Ano podobnie do tych sylwestrowych. Jak tylko wypowiem głośno jakąś moją decyzję, zaraz słyszę za plecami cichy chichot Losu: "ty, słyszałeś co Ewa przed chwilą powiedziała/napisała? Bo nie wytrzymam!" :)) Czy to tylko ja tak mam?


Wiecie już do czego zmierzam? ;) Piszę, choć postanowiłam nie pisać. Eee, do bani z takimi postanowieniami! No jakoś się po prostu nie dało. Jakoś się tęskniło, zżyło, myślało. Poza tym mija już piąty miesiąc resetu i ogarniania rzeczywistości, więc doszłam do wniosku, że chyba już wystarczy! Kobieto, ileż można! Opuść światy równoległe i wracaj, bo tylko tu prowadzisz bloga. :)) To jest twój najlepszy blog we wszechświecie (bo jedyny), więc pisz, co ci tam impulsy elektryczne do paluszków wyślą i... nic nie deklaruj, nic nie planuj, nic nie ustalaj, bo to tylko ułudy. Muszą istnieć. Bez nich nie moglibyśmy funkcjonować. Cudowna Virginia Woolf twierdzi, że "iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." Zatem biorę głęboki oddech wypełniając płuca świeżą, czystą iluzją i wracam! :)

Pozdrawiam lekko oprószona śnieżkiem
Wasza Ewa

środa, 19 października 2016

I dokąd teraz?

Długo mnie nie było, zbyt długo. Poczułam, że muszę się odezwać, że powinnam. Chcę się odezwać, ale nie bardzo wiem, co mam napisać. Trzy miesiące przerwy to naprawdę dużo. Wypada się z rytmu, żeby nie powiedzieć z obiegu. ;) Wiele myślałam o dalszym blogowaniu, nie tylko w ciągu tych ostatnich miesięcy, ale już wcześniej.  A teraz, gdy tak wiele się przez ten ostatni czas u mnie zmieniło, naprawdę nie wiem czy wracać. 



Powiem szczerze: chciałam się dziś pożegnać. Nie chciałam dłużej tak bez żadnego słowa zanikać. Ale jakie tu słowa napisać? Nie znajduję żadnych najwłaściwszych. Cztery lata blogowania to nie jest szczególnie dużo, ale też nie mało. Po dość długim okresie adaptacji, poczułam w końcu przynależność do tej wirtualnej sfery, pewną swobodę przebywania w tym miejscu. Poczułam, że to też jest moje miejsce, mój kawałek podłogi. Na dodatek bardzo polubiłam ten kawałek. ;) Gdy tylko zobaczę na mojej liście "otwarte drzwi", korzystam z zaproszenia z przyjemnością i wpadam na zaprzyjaźnione blogi. I do mnie też wpadają cudowne osoby. Wytworzyła się więź, przynajmniej ja to tak odczuwam, z której ciężko jest zrezygnować. Mam też zaczętych, a mówiąc wprost to rozgrzebanych, kilka postów oraz mnóstwo prac niesfotografowanych jeszcze... szkoda mi tego nie dokończyć. Blog mobilizuje, pozytywnie podkręca do działania, podsuwa nowe pomysły - to dobrze stymuluje szare komórki, bez dwóch zdań, ;) ale...

Z drugiej strony, nie daję rady ogarniać wszystkiego tak, jak bym chciała, być wszędzie tam, gdzie bym chciała być i pisać tyle, ile bym chciała. Blogosfera rządzi się swoimi prawami, a ja nie jestem w stanie ich wszystkich przestrzegać. Głównym przeciwnikiem jest czas. A tego mi teraz baaardzo brakuje. Drugim przeciwnikiem jest tematyka - wciąż nie wiem, czy to o czym piszę rzeczywiście jest tak ważne, by o tym pisać? :) Pasje, zainteresowania, hobby - to wszystko do czego nas ciągnie, by się nauczyć, poznać, czy spróbować jest oczywiście istotną częścią naszej codzienności, to są przyprawy, które nadają jej smak, to dobrze, gdy są. Moich przypraw wciąż przybywa, ale wiem, że to tylko dodatek do głównej potrawy - życia. To nim przede wszystkim mamy się uważnie, bez pośpiechu delektować. Nauczyć się odróżniać i akceptować smaki nawet, gdy natrafimy na kęs mało zjadliwy, co jest normą w tej wyszukanej potrawie :) (ale od czego są przyprawy!). Tylko żeby zaraz o tym pisać?! :)))

Wydarzenia, jakie nastąpiły w moim życiu, manifestują się zmianami, które wciąż oswajam i próbuję się do nich dostosować - stąd moje milczenie. Ale wciąż potrzebny jest mi czas... <3
No i jak tu się pożegnać? I dokąd teraz? 

Kochane Moje, dziękuję za Waszą obecność, za Wasze towarzystwo, za Wasze inspiracje, za dzielenie się cząstką Waszego życia, za to, że jesteście! Dziękuję!!!

Wasza Ewa





sobota, 16 lipca 2016

No to się zawiesiłam!

Dziś coś mnie tknęło i zerknęłam na bloga. O, Matulu, miesiąc cały wisi mój chorobowy post, a wokół lato, wakacje, urlopy, ogrody. Jest sielsko, twórczo i leniwie, ;) jak to o tej porze roku bywa. No nie, przecież moja kotka nie może do jesieni leżeć na niedokończonym pledzie! Muszę/trzeba/powinnam/wypada się odezwać. Mam tyle rozpoczętych postów, tyle tematów, pomysłów - tylko usiąść i dokończyć. Ale nie mogę, a nie chcę się zmuszać, czy pisać na siłę. Tylko posty (jak zresztą każdy tekst) pisane z potrzeby serca maja to "coś", tę energię autora, która potrafi emanować z ekranu komputera, są żywe, plastyczne, bez względu na to czy są radosne, czy smutne. Na pewno wiecie o co mi chodzi i myślę, że się ze mną zgodzicie. 



Dlatego pojawiam się na króciutko, żeby podziękować za Waszą obecność mimo braku mojej i po prostu poinformować o wakacyjnej przerwie w pisaniu. Mam nadzieję, że wrócę rozpędzona jak pendolino z wieloma ciekawymi postowymi wagonikami. ;) A tymczasem znikam w stan zawieszenia. Bo czasami ze wszystkich dostępnych rzeczy, wystarczy człowiekowi tylko... wdech  i wydech. I właśnie tym przez jakiś czas jeszcze się pozajmuję. Wdech, wydech...

Pozdrawiam Was najczulej
Ewa


środa, 15 czerwca 2016

Na chorobowym

 
Jak wiecie w zeszłym tygodniu dzielnie walczyłam z  chorobą i spokojnie zbierałam siły. Z tego odpoczynku wyniknęło nie tylko założenie konta na FB, ;) ale również kilka nowych prac. Bo okazało się, że siedząc w domu "na chorobowym" można siedzieć na tyle ciekawie, że nawet da się to "wrzucić na bloga." :)) Bo czekając sobie na powrót sił fizycznych, zajęłam się niemęczącym zupełnie działaniem. Powiedziałabym, że nawet takim nudnawym, działającym na niektórych domowników nasennie... :)


Zamarzyłam o spróbowaniu wydziergania czegoś większego na grubaśnych drutach bądź też na szydełku wielkości maczugi. Efekt ściegu wykonanego na takich grubych "patykach" bardzo mi się spodobał i chodził za mną już od jakiegoś czasu. Na początek zaopatrzyłam się w tasiemkową włóczkę typu spaghetti (zpagetti)  - to dzianina pochodząca z recyklingu, ok. dziewięćdziesięcioprocentowa wysokiej jakości bawełna z domieszką innych włókien (moja ma 92% bawełny i 8% lycry), cięta w paski. Świetnie nadaje się właśnie do większych prac, takich jak narzuty czy dywany, idealnie  się sprawdzi przy wyrabianiu torebek, plecaków i poduch, ale też podkładki, miseczki, czy jeszcze mniejsze drobiazgi wychodzą super.

Poniżej moje pierwsze miseczki.




Teraz robię narzutę na ikeowski fotel. Wybrałam letnie kolory w dwóch turkusowych odcieniach oraz druty nr 15.



Nie da się z takimi drutami zasiąść i zbyt długo dziergać, bo już po chwili zaczyna boleć cały nadgarstek. Inaczej też się wywija takimi drutami, bo i ciężar robi swoje. Ale powolutku, po kilka rządków z doskoku da się - czekając aż woda na herbatę się zagotuje, świeżo zmyta podłoga wyschnie... Zawsze znajdzie się w ciągu dnia kilka - kilkanaście minut, by przysiąść i posunąć robotę na przód. I tym sposobem jestem już w połowie. Niestety tej "mniejszej" połowie, bo oparcie jest dłuższe. :))



Polubiłam tę włóczkę i na pewno nie będzie to moja ostatnia taka praca. W planie mam zrobić siedziska na taborety, okrągłe pufy dla dzieci, oraz dywanik. I kilka mniejszych prac. Ale póki co, muszę skończyć narzutę i mam nadzieję, że z początkiem wakacji stanie się to faktem. ;)


A tymczasem mam dla Was kilka makaronowych inspiracji znalezionych oczywiście na Pintereście.  Ciekawe czy Was dziś zachęciłam do takich grubaśnych prac? A może już spaghetti znacie i dziergacie? ;)

Źródło

Coś dla milusińskich. ;) Koniecznie muszę taki koszyczek zrobić, bo moja Czarna tak właśnie w kłębuszek się zwija, gdy śpi i z pewnością będzie jej w nim dobrze.




I abażur i biżuteria wyglądają pięknie.



I zupełne maleństwa też da się zrobić, na dodatek są przeurocze, prawda? A podstawki pod jajka, to mnie wręcz rozczuliły. :)



I jak Wam się podobają prace spaghetti?

Pozdrawiam serdecznie
Ewa


sobota, 11 czerwca 2016

Gdzie się w końcu pojawiłam?

Gdy sił nie wystarcza na wszystko, to wszystko nie jest zrobione. I nie ma co rozpaczać, że dni mijają, a robota czeka - że znowu pranie, że prasowanie, sprzątanie, gotowanie... Że się nawarstwi, że za dużo, że znów nie zdążę na czas ze wszystkim, że w przyszłym tygodniu kilka par dodatkowych rąk będzie mi potrzebne, albo najlepiej kilka klonów. Gdy sił nie wystarcza na wszystko, trzeba podjąć kobiecą decyzję i wszystko odsunąć! I zająć się czymś zupełnie niemęczącym. ;)


I tym też w mijającym tygodniu się zajęłam. Siedząc w domu taka bez sił, bez ducha, ;) wymyśliłam nagle, że może już czas bym pojawiła się tam, gdzie do tej pory mnie nie było. Tyle czasu z uporem maniaka broniłam się przed tym miejscem. Może zupełnie niepotrzebnie? Czy ktoś już się domyśla gdzie się w końcu pojawiłam? Ano rozpoczęłam przygodę z Twarzoksiążką. :) Jestem na Facebooku, dokąd zapraszam Was serdecznie. I jednocześnie po raz pierwszy proszę o wsparcie, bo samotnie mi tam na razie. ;) Wiem, że to dopiero pierwszy dzień, sam początek, ale bardzo będę się cieszyła z każdej Waszej wizyty i polubienia. Wesprzyjcie dobrym słowem i czym tam jeszcze można! Już czuję ten dreszczyk emocji, podobny do tego, jaki na początku przygody z blogiem wywoływał każdy komentarz, każdy nowy obserwator, każda nowa cyferka na liczniku wyświetleń! Jeśli lubicie mnie tu, to proszę zalajkujcie mnie też tam. :) Wiem, że mogę na Was liczyć! A ja pomału będę i do Was docierać w tej nowej przestrzeni.


Przy okazji mam pierwsze ważne pytanie: jak wkleić taką fejsbukową ramkę ze swoją stroną, która odsyła na FB? Widzę u Was takie ramki w pasku bocznym i też chciałabym taką wstawić. Czy ktoś mi pomoże? :)

***

U nas już kwitną akacje (jakoś szybko w tym roku, prawda?), a to znak, że wkrótce będą wakacje..., ale przede wszystkim będą placuszki z akacji!!! :)) Czerwca nie mogę się zawsze doczekać właśnie z powodu akacjowych placuszków (oprócz końca roku oczywiście). ;) Moja ukochana Mama przyjechała do mnie w tym tygodniu, po drodze zerwała trochę gałązek i usmażyła najcudowniejsze pod słońcem placki! Dla mnie! :)) [No, z dziećmi też się trochę podzieliłam.] ;)


Placuszków nie sfotografowałam, bo zatraciłam się w radości konsumpcji! :)) Dlatego wstawiam stare zdjęcie z odsyłaczem do przepisu dla chętnych (jest naprawdę prościutki). Bomba! :) Kto nie jadł, ten trąba ;) i musi to koniecznie nadrobić. Tylko jedząc placuszki z akacji można prawdziwie posmakować obietnicy wakacji! ;) Szczerze zachęcam do spróbowania. No i spieszcie się, bo zaraz przekwitną!

KLIK po przepis

Jeśli chodzi o inne czerwcowe jadalne kwiaty, to jest jeszcze pyszny i zdrowy czarny bez, który również już kwitnie. Jeśli macie ochotę zrobić wzmacniający syrop na przeziębienie lub dżem truskawkowy z dodatkiem tych aromatycznych kwiatów, to zapraszam do TEGO POSTA po przepis.




Słonecznego weekendu moi mili
Ewa

wtorek, 7 czerwca 2016

Taki dzień


Tylko taki dzień wstaje, jaki witamy przebudzeni. 
Wiele ich czeka na nasze zaproszenie."
                                                                                                          H.D. Thoreau

Nie ma drugiego takiego miesiąca w roku, w którym zmiany zachodziłyby tak szybko. Tylko w maju może się tak zdarzyć, że zerkając pewnego dnia przez okno, zobaczymy nagle gmatwaninę zieleni. Wczoraj jej jeszcze nie było. Było cicho i przewidywalnie. Wczoraj bzy przygotowywały się do rozkwitu, czosnki powoli rozchylały swój kulisty wachlarz, pączki róż i powojników nieśmiało wyłaniały się z nicości a zieleń nie mogła się zdecydować, w którym odcieniu jej ładniej. Słowo daję, że tak było jeszcze wczoraj.

Wczoraj   i   dziś

Dziś przebudziłam się w czerwcu. Już po maju. Świsnął, błysnął i przeminął, nawet nie wiem kiedy. Zostało po nim jedynie rozbuchane ego roślin...


i bałagan w balkonowej donicy.

 
A chciałam pokazać jak w tym roku machał do mnie z balkonu mój ukochany, delikatny bez,  który swoją wonią zniewala wszystkich gości...


... opowiedzieć o płotku, który mąż nareszcie skończył w tym roku montować wzdłuż całej balustrady (hip, hip, huraaa!) ;)


... i nowym poidełku dla skrzydlatych przyjaciół, których od wiosny z niecierpliwością wypatruję.


Bo czasem tak bywa, że życie śmiga jak wiatr, galopuje, pędzi. Innym razem kula się niemrawo, zwalnia, przystaje. Czasem dorównujesz mu kroku, a czasem nie. Czasem tak właśnie bywa. Ale tak jak mów Thoreau "tylko ten dzień świta, którego jesteśmy świadomi", a ja bardzo chcę być świadoma każdego dnia, który wstaje. W czerwcu pozostało jeszcze wiele dni do zachwytu. Oby nie czekały na zaproszenie. Czego i Wam z całego serca życzę - świadomie witajmy każdy dzień! :)

 


Wysyłam do Was najserdeczniejsze pozdrowienia
Wasza zaptaszkowana Ewa ;)


piątek, 3 czerwca 2016

Serce

Ten post powinnam już wcześniej puścić w świat, ale jak to w życiu bywa - jesteś kowalem swojego losu w takim zakresie, w jakim on ci pozwoli. ;) Ostatni długi weekend majowy miałam spędzić pracowicie. Z tego też powodu wyjeżdżaliśmy w dwa samochody, bo mój bagażnik aż po dach wypełniony był doniczkami z kwiatami, a i tak jedną paletę stokrotek zabrał do siebie mąż, bo już się u mnie nie zmieściły. Jednakże okazało się, że lekkie przeziębienie, z którym wyjeżdżałam, z dnia na dzień przybierało na sile odbierając mi własną. Oczywiście, kto by się przejmował kaszlem parzącym klatkę, świstami i gwizdami przy coraz trudniejszym łapaniu oddechu? No, ja, na przykład, bym się nie przejmowała. Sadziłabym kwiatki, przesadzała krzewy, kosiła trawę i malowała płot... by potem u lekarza dowiedzieć się, że w tak cudownych okolicznościach przyrody raz dwa rozwinęło się u mnie zapalenie oskrzeli schodzące na płuca. :( Tak to jest, gdy rozumu brak. Uzmysłowiłam sobie, że chyba jednak mam w maju poważny z nim kłopot. Kiedyś już pisałam o wędrującym rozumie właśnie w tym miesiącu (TU można sobie przypomnieć, jak ktoś ma ochotę), a to tylko potwierdza, że w maju muszę szczególnie uważać na jego zniknięcia. :)


Ów post nie został napisany, kiedy należało, bo nie miałam na nic siły. Kiedy sił troszkę uzbierałam i chciałam usiąść do laptopika, okazało się, że właśnie został zbezczeszczony przez kota. Nie będę się wgłębiać w szczegóły, powiem tylko, że życie kota wciąż wisi na włosku, bo zamach na laptopik wyczerpał moją cierpliwość! Laptop poszedł wczoraj do naprawy, a wraz z nim wszystkie dokumenty i katalogi zdjęć, i dostęp do poczty. A pisz tu post bez zdjęć, kiedy zdjęcia są akurat ważne. Dlatego korzystając z nieobecności syna, napisałam post na jego komputerze, wgrałam dzisiejsze zdjęcia i po przydługim wstępie ogłaszam co następuje.


Gdy zdobywałam nową umiejętność szydełkową pod okiem koleżanki, miałam okazję bliżej przyjrzeć się też sztuce frywolitkowej, którą również uprawia. Podziwiając z bliska piękne serwetki zakochałam się w tej misternej plątaninie wyglądającej tak szlachetnie w porównaniu z szydełkową robótką (zgłębię tajniki jesienią). ;) Po prostu, co tu dużo mówić, serwetka z wyższych sfer! Dlatego, gdy zobaczyłam u Oli frywolitkowe serduszko, ono mrugnęło do mnie oczkiem i zapragnęłam je mieć. Umówiłyśmy się na wymiankę, ja miałam zrobić chustecznik, a Ola serduszko. Jednakże gdy przyszła paczuszka od Oli wydała mi się podejrzanie wielka, jak na jedno płaskie serduszko. :) Po otworzeniu okazało się, że Ola zapakowała tam... swoje serce! Podarowała mi nie jedno, lecz dwa frywolitkowe serduszka oraz elegancką frywolitkową zakładkę do książki. Ponadto koszyczek z papierowej wikliny, bo Ola jest specjalistką od wyplatania z gazetowych rureczek koszy, tac, podkładek, etc... [Zresztą, kto nie zna Oli, zapraszam na jej bloga PapierOlki, tam, oprócz prac "papierkowych" i frywolitkowych, znaleźć można całe bogactwo artystycznych pasji.] Dostałam także ręcznie robione zapachowe saszetki z lawendą i kartkę. A w tym wszystkim - w każdej niteczce i każdym papierku widziałam jej serce. Olu, dziękuję Ci jeszcze raz! Wiesz, że jestem wzruszona.

Jak tu się nie zakochać?

A tu serduszka w ramkach...
Białe już stoi na moim biurku gotowe do podziwiania...


a zielone pojedzie do drugiego domku, by tam cieszyć moje oczy... 


Jak to dobrze, że przeze mnie wymianka trochę się przedłużyła i jako rekompensatę za czekanie dołożyłam jeszcze coś, bo jak tu się odwdzięczyć za tyle darów prosto z serca?! A o tym, co powędrowało do Oli napiszę w następnym poście, gdy laptop ze zdjęciami wróci już do domku.

Pozdrawiam antybiotykowo
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...