sobota, 28 czerwca 2014

Uff, puff i wakacje

Dożyłam. Co było zresztą do przewidzenia. ;) I chociaż wolałabym, aby znów nie kończyło się na uff i puff, to i tak się cieszę, że nie postradałam zmysłów i dotarłam do upragnionego końca roku szkolnego. :) A taką miałam nadzieję, że w tym roku czerwiec mnie nie pokona. Mało tego, postanowiłam sobie, że w tym roku w wakacje wkroczę śpiewająco. No i wkroczyłam śpiewając za Stanisławą Celińską: Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej i padłam nosem w poduszkę. :))


Maraton zakończeń roku był tym razem wyjątkowo dla mnie długi. Najstarsze dziecię uroczystość miało na 10.00, średnie na 12.00 - część oficjalna trwała półtorej (!) godziny (nie rozumiem jak można tak męczyć takie małe dzieci - sama myślałam, że się potnę), po nim dosłownie biegłam, mało butów nie pogubiłam, do najmłodszego na 14.00 prosząc telefonicznie, by poczekali na mnie chwilkę, a na 16.00 jeszcze w szkole muzycznej. Maraton jakich mało... ech, szkoda gadać. Na dodatek wieczorem czekały na dzieci dodatkowe atrakcyjne wydarzenia, których nie można było odmówić. Dlatego mąż poszedł z młodszymi na Festyn rodzinny z okazji rozpoczęcia wakacji, a który odbywał się na polance w otaczającym nasz dom lesie, a ja najstarsze dziecko zawiozłam do kolegi na nocne namiotowe powitanie wakacji. Tam od kilku godzin czekała na niego niecierpliwie paczka przyjaciół. [Jakby nie patrzeć, pierwsze dziecko mi się "starzeje"! I powiem Wam, że to dziwne uczucie.] I gdy ja już od dawna smacznie spałam, rodzice kolegi zabrali ich o północy na podchody z latarkami i kompasem. Ale mieli frajdę!


A dziś rano zakupy, prasowanie, pakowanie, odbiór syna, obiad i... a sio mi stąd! :)) Nie będę Wam zdradzać, jak wygląda mój dom po przebogatym w wydarzenia czerwcu. Może by się nawet zakwalifikował do programu Perfekcyjnej Pani Domu. :)) W każdym razie widok jest raczej dołujący. Dlatego postanowiłam, że na wakacje zawiezie dzieci mąż i spędzi z nimi weekend, bym mogła sobie odpocząć sprzątając, piorąc, prasując i generalnie przywracając dawny wygląd domu. :) 



Właśnie pojechali. Tak więc wakacje oficjalnie rozpoczęte. Niestety widok domu tak mnie zdołował, nagła cisza tak rozbroiła, a zmęczenie tak obezwładniło, że poczułam odpływ sił. Nalałam sobie lampkę wina, położyłam w łóżeczku, otworzyłam laptopik i piszę. ;) Niestety nie napisałam zbyt wiele, nawet nie wiem czy z sensem, a muszę już kończyć, bo oczy mi się coraz bardziej kleją. Dziś jak nic pójdę spać przed kurami. :) A do wtorku chyba zdążę posprzątać? 

I na zakończenie hit tego lata! Nie wiem z jakich ziaren zrobione jest to nakrycie głowy, ale trzeba przyznać, że dość awangardowe. :))


Pozdrawiam Was serdecznie, uff!
I puff.
Ewa

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Z białych kwiatów czarnego bzu

Parę dni temu koleżanka postawiła mnie do pionu pytając czy ja już przestałam gotować, bo coś mało ostatnio kulinarnie u mnie na blogu. :)) Rzeczywiście, tak mnie pochłonęła działka i domowe atrakcje związane z dziećmi, że do kuchni wpadałam jak po ogień, a o robieniu zdjęć nawet nie myślałam. Ale że miałam asa w rękawie w postaci kwiatów czarnego bzu, to dzielnie się wybroniłam. Dlatego dziś mała dawka kulinariów, dla wszystkich, którzy się stęsknili za kuchennymi wpisami. ;)



A dziś w roli głównej kwitnący czarny bez. Jeden krzew a kilka wariacji na temat tych niezwykle słodko-pyłkowo pachnących kwiatów. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam ten zapach. Mąż nie podziela mego zachwytu, jemu pachnie ziołowo, ;) ale ja go lubię. W całym domu pachnie teraz słodkim pyłkiem, mniam. Kwiatów nie myję, by nie tracić cennego pyłku. Nie należy również trzepać kwiatami, ;) z tego samego powodu. Nie gadam już, tylko na początek serwuję moją ulubioną naleweczkę.


Nalewka z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
50 baldachów czarnego bzu
2 cytryny
2 limonki
1 l spirytusu

Z wody i cukru przygotowujemy syrop, czyli zagotwujemy razem. Gdy syrop stygnie, układamy baldachy w słoju przekładając plasterkami z 2 cytryn (wyszorowanymi i bez pestek). Zalewamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 7-10 dni. Przez ten czas mieszamy codziennie drewnianą łyżką, aby nie dopuścić do fermentacji. Następnie sok przecedzamy przez sito, zalewamy spirytusem i dodajemy sok z 2 limonek. Słój zamykamy i stawiamy w ciemnym miejscu na miesiąc. Ale nie zapominamy o nim, bo trzeba co kilka dni energicznie nim potrząsać. Na koniec filtrujemy przez gazę, rozlewamy do butelek i odstawiamy na 3 tygodnie. Po tym czasie możemy się już delektować "bzową" naleweczką. :)



I za jednym zamachem robimy syrop, bo sposób przygotowania jest identyczny jak przy nalewce (tyle, że alkoholu nie dajemy). ;)

Syrop z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
ok. 30 baldachów czarnego bzu
1 cytryna

Wodę i cukier zagotowujemy, wyciskamy sok z cytryny i zalewamy kwiaty, które najlepiej poobcinać najkrócej jak się da. Odstawiamy na 3 dni, mieszając codziennie. Po tym czasie przecedzamy, zagotowujemy i gorący wlewamy do butelki. Możemy zapasteryzować. Idealny do placuszków, jako dodatek do lemoniady w upalne dni lub do herbatki w zimowe. :)



Alkohole i syropy odstawiamy na bok i zabieramy się za pyszny aromatyczny dżem. Zwykły dżem truskawkowy w połączeniu z kwiatami czarnego bzu staje się... niezwykły. ;) Wierzcie, że to połączenie intryguje i nadaje anielskiego smaku i wyrafinowania (jeśli tak się mogę wyrazić). ;)) I ten aromat!

Dżem truskawkowy z kwiatami czarnego bzu

1,5 kg truskawek
350-400g cukru
6 baldachów kwiatów czarnego bzu
sok z 1 cytryny
cukier żelujący (pektyna)


Truskawki myjemy, kroimy na mniejsze kawałeczki i wrzucamy do garnka. Zasypujemy cukrem i czekamy, aż puszczą sok (ja w tym czasie obcinam kwiatuszki bezpośrednio nad garnkiem). Dodajemy sok z cytryny i kwiatuszki czarnego bzu (bez zielonych ogonków) i zagotowujemy ostrożnie mieszając. Najlepiej oskubać same kwiatki. Choć to trochę kopciuszkowa robota, opłaci się. Jeżeli nie mamy jednak ochoty bawić się w obcinanie samych kwiatków, można zawinąć je w gazę i tak zagotować, wyrzucając potem zawiniątko. Zostawiamy do ostudzenia (czyli najlepiej zasypać po południu, zagotować wieczorkiem i pójść spać). Rano dodać cukier żelujący, wymieszać i ponownie zagotować, delikatnie mieszając. Jeżeli konsystencja już zgęsniała (czyli taki gęstszy kompaot) można przelać do wyparzonych słoiczków i odstawić go góry dnem, jeżeli jest jeszcze zbyt płynna - odstawić do ostygnięcia i znów zagotować.



Żeby temat wyczerpać już maksymalnie, z kwiatów czarnego bzu można zrobić również bukiet. ;) Ślicznie zastępuje gipsówkę, a z czerwonymi różami wygląda wyśmienicie.



A parę dni temu przeczytałam u Zielonej Asi, że Ona kwiaty czarnego bzu suszy i zimą robi z nich i liści lipy napar, gdy przeziębienie puka do drzwi. Bardzo dobry i bardzo mało ;) pracochłonny pomysł. Suszę więc i ja!


Na koniec nie może zabraknąć moich ulubieńców. Padało ostatnio troszkę, stąd deszczowe ptaków rozmowy...
Ciekawe czy już otwarte?
Trzeba sprawdzić
Chłopaki, towar rzucili!


Pozdrawiam smakowicie, miłego pichcenia ;)
Ewa


sobota, 21 czerwca 2014

Z wizytą u Pana Andersena

Jak obiecałam przeniesiemy się już na Fionię, kolejną dużą wyspę, nazywaną przez Andersena Zielonym Ogrodem Danii. Opuściwszy różnorodną i malowniczą Jutlandię, kierując się na kemping w Nyborgu, po drodze zwiedziliśmy stolicę Fionii - Odense, miasto Artura Andersena.


Aby zwiedzić ciekawe miejsca w Odense, trzeba mieć plan miasta, bo są one dość rozstrzelone. Ale spokojnym spacerkiem można je wszystkie obejść. My zaczęliśmy od szukania domu, w którym 2 kwietnia 1805 roku urodził się najpopularniejszy duński bajkopisarz. Domu małego, ukrytego na końcu malowniczej starej uliczki i tak niepozornego, że stojąc przed nim z mapą próbowaliśmy zlokalizować, gdzie on jest. :))






Obecnie mieści się w nim biblioteka i archiwum dotyczące twórczości Andersena oraz muzeum biograficzne - kilka zachowanych sprzętów z dzieciństwa, rzeczy osobistych, notatek, słynny cylinder. Jest też drugie muzeum poświęcone pisarzowi - można tam zobaczyć zdjęcia pisarza i jego rodziny, rysunki i szkice, rękopisy, oraz książki przetłumaczone na ponad 150 języków.

Duch Andersena jest w Odense obecny na każdym kroku...
jego podobizny
zabawna sygnalizacja świetlna, która przedstawia chrakterystyczną postać w cylindrze...
znaki informacyjne zakończone głową Brzydkiego Kaczątka
Ołowiany żołnierzyk bez jednej nogi
 (Niestety Calineczki nie udało nam się odnaleźć)
urokliwy zameczek, w którym w okresie letnim wystawiane są inscenizacje jego baśni.

Oczywiście Odense to nie tylko "Andersen", to także piękne, stare miasto założone w 988 roku. Nad nim góruje smukła gotycka katedra św. Kanuta - patrona Danii zbudowana w 1300 roku. Nosi nazwę po królu Danii - Kanucie IV (Knud IV) zamordowanym w 1086 r. w kościele, na miejscu którego wznosi się dziś ta wspaniała katedra. Po tym mordzie Kanut został ogłoszony świętym. Jego szczątki znajdują się w krypcie pod ziemią  (tak jak i kilku innych władców Danii), które można oglądać. Od wprowadzenia w Danii w VI wieku reformacji, katedra jest oczywiście protestancka, lecz pierwszy kościół był katolicki.



Wnętrze jest przepiękne ze strzelistą nawą główną.
Ambona z bogatą snycerką

Ogromne wrażenie robi ołtarz, złocony tryptyk - jeden z narodowych skarbów Danii. Wyrzeźbiony w I połowie XVI wieku zawiera ponad 300 figur. W centralnej części znajduje się Chrystus ukrzyżowany, poniżej Matka Boska z Dzieciątkiem, a nad - Koronacja Maryi w Niebie. Boczne skrzydła przedstawiają sceny z życia Jezusa.




 Po przeciwnej stronie ołtarza - oczywiście organy.


Na tyłach katedry znajduje się park i ogród klasztorny, w którym stoi pomnik Artura Andersena. Jest  on zacisznym miejscem odpoczynku, można na trawie urządzić piknik lub odpocząć na ławeczce...




W centrum miasta znajduje się Ratusz z 1881 r. wzorowany na ratuszu z Sieny.


Na placu przed ratuszem leży Oceania - prezent dla miasta od Miejskiej Fundacji Artystycznej. Fantastyczne miejsce wspinaczki dla dzieci i punkt sporu dorosłych o to czy to kobieta czy mężczyzna. Hmm, dla mnie rzecz oczywista - atrybuty kobiece są, męskich brak, a że "kaloryfer" na brzuchu taki muskularny... A co to, kobieta już nie może ćwiczyć na siłowni? ;)

Kobiece smukłe dłonie, kobiece rysy twarzy... Nie rozumiem o co tyle szumu? :)
Toż to kobieta jak się patrzy!

I tym akcentem kończę wędrówkę po Odense. "Podróżować to żyć" jak mawiał Andersen, więc jeśli przeżyliście tę podróż ze mną, to zapraszam na ciąg dalszy opowieści o Fionii. ;)

Pozdrawiam serdecznie
Ewa



środa, 18 czerwca 2014

Z powrotem do Danii

Wakacje tuż, tuż, a ja jeszcze nie skończyłam snuć subiektywnej opowieści o wakacjach sprzed roku. Zupełnie niespodziewanie wzięło mnie na wspominki z wyjazdu do Danii i wtedy uświadomiłam sobie, że przecież nie opisałam jeszcze wszystkich odwiedzanych przez nas zakątków. A może kogoś Danią zainteresowałam lub dopiero teraz zainteresuję i zechce ją odwiedzić i chciałby czegoś się jeszcze dowiedzieć. Tak czy owak postanowiłam dokończyć poprzedni wątek wakacyjny, jeszcze przed nadchodzącym latem, by z czystą kartą móc prowadzić aktualny pamiętnik wakacyjny. ;)


Przed opuszczeniem Jutlandii i udaniem się na kolejną wyspę, chciałam Wam polecić króciutko jeszcze kilka ciekawych miejsc. Dlatego dziś będzie więcej zdjęć niż mojego gadania. :)) O Legolandzie rozpisywać się nie będę, bo akurat tego miejsca reklamować nie trzeba. Ale jakby ktoś miał wątpliwości, czy warto tam zajrzeć, to na 100% warto. I to bez względu na to ile macie lat, czy macie dzieci czy też nie - to miejsce jest po prostu dla każdego. I zaręczam, że będziecie się tam bawić jak dzieci! Jeżeli mogę coś doradzić, to po pierwsze proponuję zakupić bilet wstępu przez internet na stronie www.legoland.dk Bilet kupuje się na konkretny dzień, lecz mimo obaw o pogodę, warto zaryzykować, bo to olbrzymia oszczędność pieniędzy i czasu, który zyskujemy omijając kolejki do kasy. Po drugie zostawić sobie zwiedzanie Minilandu na ostatnią godzinę przed zamknięciem. Legoland jest czynny do 21.00, ale wszystkie kolejki i inne atrakcje mobilne są czynne do 20.00, dlatego tę ostatnią godzinę warto przeznaczyć na spokojny spacer po parku miniatur, który zresztą jest tuż przy wejściu/wyjściu. A zatem dosłownie kilka zdjęć z Legolandu, aby Was nie zmęczyć.


Na Półwyspie Jutlandzkim znajdują się też dwa największe ZOO typu Safiari Park, jedno w środkowej części Jutlandii - Givskud Zoo, drugie na północy - Aalaborg Zoo. Do obu z nich wjeżdża się samochodem i przez jego okno przygląda się zwierzętom, często oddalonym zaledwie o kilka kroków. Są miejsca, w których można wysiąść z samochodu i takie, w których jest to absolutnie zabronione. W rewirach zwierząt szczególnie niebezpiecznych jak lwy czy tygrysy zabronione jest nawet otwieranie okien. Trudno jednoznacznie wybrać "lepsze" zoo, ale myślę, że które byście nie wybrali - nie będziecie żałować. To niezwykła przygoda robiąca wrażenie nie tylko na dzieciach. ;) Szczególnie kiedy wielki struś próbuje rozbujać Wasz niemały zielony samochód, a Wy w tym czasie cieszycie się, że w porę zdążyliście zamknąć wszystkie szyby! :)) Albo kiedy wielbłąd zdecyduje się odpocząć na przedniej masce (tym razem na szczęście nie naszej). :)

Żeby była jasność, to nie o tym strusiu mówię, tamten to Emu - wyższy od naszego samochodu :)
Z takim lepiej nie zadzierać
Halo, królu Julianie!
Tego spojrzenia prosto w oczy nie zapomnę...
Nie wiem, czy wszystkim tak długo się przyglądał...

Jeśli zechcecie wypuścić się na północ Danii, to muszę wspomnieć przy okazji o wyjątkowym miejscu. Koniecznie odwiedzcie Skagen na przylądeku Grenen - tam zobaczycie, jak łączą się dwa morza: Morze Północne z Morzem Bałtyckim. Zjawisko krzyżowania się fal i niesamowite widoki z wysokich wydm warte są wyprawy do najdalej na północ wysuniętego miejsca Danii. Niestety ładnych parę lat temu (gdy zwiedzaliśmy północną Danię z naszym pierworodnym i jedynym wóczas dzieckiem) ;) zdjęcia robiłam marnym aparatem, więc rewelacyjne nie są. Wybrałam zatem tylko jedno na zachętę. 


Miało być krótko i słowem wstępu na Fionię a taki zdjęciowy i wcale nie krótki pościk wyszedł. Zatem, żeby nie wydłużać postu niemiłosiernie, to w następnym odcinku zaproszę Was na Fionię. :)

Pozdrawiam wspomnieniowo
Ewa



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...