sobota, 30 marca 2013

Radosny czas!

Wpadam, żeby złożyć Wam życzenia. Późno dość, ale jestem ostatnio bardzo zabiegana, a i czas taki bardziej refleksyjny. Nawet do komputera bardzo rzadko siadam! ;) A to już pewny znak, że wolnego czasu  nie mam wcale. Ale myślę o Was - o anonimowych miłych zaglądaczach i o koleżankach blogowych. Nie miałam nawet czasu, aby pozaglądać na inne blogi, a z pewnością jest tam pięknie, kolorowo i świątecznie. Mam nadzieję, że nadrobię zaległości po Świętach, chociaż kwiecień u nas zawsze zakręcony, bo 4 z nas, czyli prawie wszyscy z 5-osobowej rodziny, przyszło na świat właśnie w kwietniu! :)) A i Święta zawsze z którejś strony się pojawiają. W tym roku Święta są pierwsze, więc szykuje się kwietniowy maratonek rodzinny. ;) Ale to dopiero przede mną, teraz mamy wyczekany radosny czas Wielkanocy. Białe Święta przygotowała nam wiosna - od wczoraj sypie śnieg (teraz właśnie też!). Oryginalna panna nam się trafiła w tym roku. Rano obudził mnie dźwięk szuflowania! Dziwny jak na wiosnę i dziwny jak na Święta Wielkiej Nocy. Sankami można by do kościoła jechać. :) Ale nic na to nie poradzimy, nie ma co narzekać, trzeba to przeczekać i już! 

A u mnie większość prac już wykonana. Zostały drobiazgi, z którymi i tak do wieczora będę walczyć. :) Ale jajeczka już wczoraj pomalowane. Oczywiście, tak jak Wam wspominałam, naturalnymi metodami. Zieleń jedynie taka niemrawa wyszła (środkowe jajo), ale co się dziwić, jak za oknem biało. ;) Takie wyszły (wcale nie gorsze od sztucznych barwników, prawda?):



Co roku też robię przepyszne jajka marmurkowe, czyli jajka gotowane w specjalnej mieszance przypraw, czarnej herbaty i sosu sojowego. Wywar wnika poprzez szczelinki w potłuczonych skorupkach i po obraniu nadaje im charakterystyczny wygląd marmuru. Nie tylko barwi je w tym miejscu, ale i dodaje wspaniałego smaku! Mniam! Niestety trochę już późno, żeby podawać przepis. :(


Tu jajeczko, jakie zrobiłam dla Mamy i świąteczny hiacynt w konewce, która wpasuje się kolorystycznie w mój nowy zamysł maminej kuchni. ;) A po przekwitnięciu konewka może służyć jako osłonka na zioła, albo na szczypiorek świeży lub z cebulki, itp.


Z powodu braku odpowiedniej aury za oknem, świąteczno-wiosenny wystrój domu w tym roku taki bardzo zachowawczy. ;) Obowiązkowo tulipanki są, ale reszta... cichutka i spokojna.




Na koniec chciałam Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt -
Aby cud Wielkiej Nocy odmienił nasze serca
i dał wszystkim potrzebującym radość i ukojenie
oraz nadzieję, że codzienna przemiana jest możliwa,
jeśli się tylko wierzy.
Ewa


wtorek, 26 marca 2013

Serowy zawrót głowy

Post dziś taki mało wydajny będzie ;), bo leżę z gorączką. To znaczy w tej chwili akurat gorączki nie mam, ale coś mnie wczoraj podstępnie dopadło i bez ostrzeżenia zaatakowało rozkładając na łopatki. Dziś zaczynam kontaktować i mam nadzieję, że zaraz zapomnę o takim lichym początku tygodnia, bo dzieci już dopytują o malowanie jajek. A jajeczka malujemy naturalnie, a nie sztucznymi barwnikami, więc zawsze zabawy przy tym trochę jest. ;)

Ale na razie podaję w końcu przepis na własnej produkcji ser żółty domowy, bo wiem, że kilka osób na niego czekało. :) Potrzebne będą :

1l mleka
1 kg białego twarogu
1 jajko
100 g masła lub margaryny
1 łyżeczka soli i szczypta pieprzu
1 łyżeczka octu
1 łyżeczka sody

W garnku zagotować delikatnie mleko (tzn. bez szalonego cwałowania w garnku) ;). W międzyczasie twaróg podrobić widelcem, zmniejszyć ogień i wkruszyć przygotowany twaróg do mleka. Moim zdaniem smaczniejszy wychodzi z tłustego mleka i twarogu, ale to kwestia gustu. Na początku cały czas mieszamy zgniatając widelcem grudki, aż twaróg straci "odrębność" i stanie się w miarę jednolitą gumiastą masą podobną do lanych kluseczek. Gotować należy ok. pół godziny (ja niecierpliwa gotowałam 20 min. i nie widziałam różnicy), niestety często (bardzo często) mieszając, aby nie dopuścić do przywarcia twarogu do dna i przypalenia. A jest on bardzo lepki, więc trzeba uważać. Następnie przecedzamy ser na sicie lub ściereczce starając się odcisnąć z niego jak najwięcej płynu i zostawiamy do wystudzenia (można wystawić na balkon, przy obecnych wiosennych ;) temperaturach pójdzie nam szybciej.


W tym czasie rozpuszczamy lekko masełko i gdy przestygnie przelewamy do miski, dodajemy jajko, sól, odrobinę pieprzu ocet i sodę. Ja również dodaję pół łyżeczki kurkumy i szczyptę papryki mielonej. Pierwsze dla koloru, drugie dla smaku  (ale szczerze polecam Wam je dodać, bo smak sera jest o niebo lepszy). Na tym etapie można dodać inne swoje ulubione przyprawy, jeśli chce się mieć ser smakowy, albo np. posiekane oliwki lub suszone pomidory. Teraz zawartość sitka oraz miski przerzucamy do miksera lub malaksera i miksujemy. Gdy używamy miksera tak jak ja, należy to robić małymi partiami, żeby nie przegrzać urządzenia. ;) 


 Zmiksowaną masę przekładamy do garnka i na małym ogniu, albo w kąpieli wodnej dokładnie i energicznie mieszamy. To właściwie jedyny tak pracowity moment w trakcie domowej produkcji. ;) Jak macie u boku silne męskie ramię, to je wykorzystajcie. Jak nie, to też nic się nie przejmujcie - dacie radę (ja z pomocy korzystałam tylko dwa razy)! :) Ser zaczyna się topić i staje się gumowy i lepki. Tak ma być. Gdy, dzięki naszym wysiłkom ;), stanie się jedną gumową masą, to czas na przełożenie do jakiegoś pojemniczka, aby wystygł i zastygł. ;) Po tym czasie mamy piękny i smaczny własny ser gotowy do jedzenia. :))




Na koniec pokażę Wam jeszcze drobiazgi, jakie zrobiłam na urodziny dla bliskiej memu sercu osoby. Małe pudełeczko na babskie drobiazgi, bransoletki, pierścionki, itp. oraz serduszko do pary. Wykorzystałam pastę strukturalną do zrobienia żłobień i efekt wyszedł całkiem zadowalający. Nie mogłam pokazać ich w ostatnim poście, bo a nuż by solenizantka zajrzała i nie byłoby niespodzianki. A że już jest po weekendzie i po wizycie, więc pokazuję dziś. :)



Pozdrawiam Was serdecznie i idę zalegnąć na kanapie, aby odzyskać siły. ;)) Zdrówka życzę i czekam na wiosnę!
Pa
Ewa


piątek, 22 marca 2013

Wokół kuchni

Ostatni mój post trafiony jak kulą w płot. Że niby to ostatnie pomruki zimy, że oj tam, oj tam - my się zimy nie boimy, niech starszy. Tulipany w domu porozstawiałam po kątach, a tu zamieć śnieżna przyszła. Śniegu tyle nawiało, że po wykopaniu tunelu od garażu do domu zaspy sięgały powyżej kolan (a ja bynajmniej do malutkich kobietek nie należę). ;) I co mi przyszło z tych kolorów, jak za oknem regularna zima? A przecież wiosna przyszła do nas wczoraj. Wiosna! Wiosna, ach to ty? A cóż ty w bieli robisz? Kwietne suknie załóż, w nich Tobie najpiękniej do twarzy! Ale czy ona mnie usłyszy?
Kwiaty zwiędły i nie kupuję żadnych. Znów mi nie pasują. Za to humory poprawiam sobie i domownikom koktajlami, placuszkami i naleśnikami z kaszubskimi jagodami wyciągajac z zamrażarki kolejne partie. :) Dobrze, ze chociaż słoneczko czasem zajrzy! ;)


Razem z kwiatkami zwiędły skrzydełka me. Nastroju do myślenia o dekoracjach świąteczno-wiosennych nie mam za grosz. Zresztą nie tylko z powodu aury za oknem. Koniec końców stanęło na tym, że sama musiałam wymalować sobie przedpokój (i tę nieszczęsną 5,5 metrową ścianę), a że dysponuję jedynie czasem do południa - wtedy szkodników nie ma w domu - to zjęło mi to 3 dni! Bo musiałam jeszcze wycekolować wszystkie dziurki po gwoździach i ubytki poczynione przez moje szkodniki na różnym etapie ich ewolucji tudzież czyściłam ściany z dziecięcej radosnej twórczości. Przy okazji malowania zostało dokończone oświetlenie nad schodami, a pod schodami zrobiony schowek (ale o tym innym razem, bo mam w końcu w domu pewną "maszynę", z której baaardzo się cieszę). :))
Na dodatek najstraszy syncio wirusówkę złapał (teraz oczekuję rozsiania wirusa, bo młodsze dzieci coś tam bąkają o niespokojnym brzuszku). ;( Poza tym, w tym tygodniu wypadły jeszcze zajęcia z filozofii, które prowadzę cyklicznie z dziećmi (i do których muszę się też przygotować). I taka dziura w blogowaniu powstała (jak na mnie, to ogromna). ;)

Ale to wcale nie oznacza, że nic innego nie udało mi się przez ten czas zrobić. W końcu 10 dni to szmat czasu! ;) W ramach nie kończącej się historii o wielkich porządkach, padło na kuchnię. Miseczek w szufladzie upchać nie mogłam, no i ... COŚ mnie trafiło! A COŚ mnie na co dzień raczej nie trafia. Generalnie bardzo rzadko mnie trafia, bo jestem z natury bardzo spokojnym człowiekiem. Zęby mam codziennie porządnie wysuszone, tak je wszem i wobec szczerzę. [Przypomniało mi się, jak jeszcze w czasach licealno-studenckich znajomi mówili, że mnie wszędzie odnajdą, bo najpierw słychać perlisty śmiech, następnie na horyzoncie pojawia się "blask" zębowego garnituru, i potem wyłania się właścicielka uzębienia, czyli ja. :))] No i tak mi zostało do dzisiaj (jedynie z tego perlistego śmiechu już wyrosłam). ;) Ale czasem się zdarza, że do miseczek nie potrafię się uśmiechnąć i cierpliwości mi brak. Żebyście wiedziały, ile ja nerwów straciłam przez rzeczy martwe, to byście nie uwierzyły! ;) A to szuflada nie chce się zamknąć, a to kabel od odkurzacza nie chce się zwinąć, a to trzonek odpadnie od miotły. No mówię Wam, nerwy mam kompletnie zszargane! Ale pocieszam się: z dwojga złego lepiej, że ja na te martwe tak się złoszczę, niż na żywe. :))

Wracając do sedna, te nieszczęsne miseczki tak podniosły mi ciśnienie, że nie zastanawiając się długo, zabrałam się od razu za gruntowne porządki w kuchni, chociaż reszta domu tego bardziej wymagała. ;) Jak mi ciśnienie wróciło już do normy, to się okazało, że kuchnia wygląda jak po wybuchu granatu i zrobiło mi się słabo. No nie mówiłam, że te martwe rzeczy mnie wykończą? ;) Ale nie mogłam tego tak już zostawić. Tak więc, mamrocząc pod nosem, czyściłam, wycierałam, segregowałam, układałam. I znów dzięki kopciuszkowej pracy doznałam olśnienia (wcześniej objawienie mnie zastało, gdy sprzątałam łazienkę, ale o tym też przy następnej okazji). Koniecznie potrzebne są etykiety na słoiczki w szufladach, aby od razu po otworzeniu było widać, co w nich jest. Bo kto mi powie, w którym słoiczku jest bułka tarta, a w któym kaszka manna?

Ha! Prawda, że trzeba uruchomić detektywistyczny ogląd rzeczywistości, aby dojść do satysfakcjonujących wniosków? Dlatego stwierdziłam, że koniec z traceniem mego jakże cennego czasu na wyciąganie za każdym razem słoiczka z szuflady, przyglądanie mu się bacznie i zaprzątanie myśli taką zbędną czynnością dedukcyjną (wszak mogę w tym czasie oddawać się niczym niezakłócanym marzeniom). :))
Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wynalazłam na Graphicsfairy pasującą ramkę, doprowadziłam ją do okrągłego kształtu, dodałam opisy, wydrukowałam na przezroczystej folii, wycięłam i nakleiłam na wieczka.

I tak oto prezentują się teraz moje szuflady. Nawiasem mówiąc te słoiczki po kawie bardzo lubię ze względu na kwadratowe boki - idealnie przylegają do siebie w szafkach czy szufladach. A jakie Wy macie patenty na przechowywanie produktów w szafkach?
Od razu wiadomo po co sięgać. Teraz można to robić prawie bezmyślnie ;)
A tu w nieco mniejszych słoiczkach - pochrupywanki dla dzieci
Mam w planie jeszcze takowe etykiety zrobić u Mamy w kuchi, ale póki co, to od Mamy wypożyczyłam na chwilę dwa rustykalne pojemniki, które nie pasują już do koncepcji nowej kuchni. Poszły pod pędzel, a że po mieszaniu kolorów zostało mi nieco farby, to wymyśliłam zawieszkę. I wyszedł taki oto komplet:




Zawieszka dostanie jeszcze drucik (żeby mogła się zwać zawieszką) ;) i jutro zawiozę Mamie z powrotem nowe-stare pojemniki.
A teraz wracam do roboty, bo chcę dziś zrobić ser żółty, aby Wam w końcu podać przepis, a potem lecę znów do szkoły.

Pozdrawiam
Uśmiechnięta Ewa

środa, 13 marca 2013

Ptaszki i motylki

Wiem, że wiele z Was wiosnę zaklina już od stycznia. Choć zima nie jest moją ulubioną porą roku, to daję jej jednak szansę zaistnienia w mojej świadomości (przynajmniej do lutego). ;) Do tego czasu podporządkowuję się bez protestu rytmom Natury i nie umiem się cieszyć wiosennymi kwiatkami, nawet najbardziej kolorowymi, gdy za oknem biało i hula zimowy wiatr. No, taki dziwak jestem. ;) Energii dodać może mi tylko zapach wiosny w powietrzu nagrzanym pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. Czasem zdarza się to już w lutym (pamiętam takie wyjątkowo ciepłe miesiące), a czasem dopiero w kwietniu. Ale nie będę ukrywać, że po ostatniej miłej zapowiedzi wiosny, wyglądam jej z błyskiem w oku. A tu nogą tupnęła zima dając do zrozumienia, że póki co, to ona tu jeszcze rządzi. Przynajmniej do 21.03, potem może już się szarogęsić wiosna, ile wlezie. ;) Zmroziło nas i zasypało dokumentnie, dziś rano termometr wskazywał -7 stopni!, ale ja już się nie boję, bo wiem, że to takie ostatnie podrygi. Dlatego uznałam, że już czas zaprosić ją do domu.

Moje tulipanki też uznały, że nie będą dłużej czekać...

Ostatnio w domu zagościły również ptaszki i motylki, a dzięki cudownemu słońcu również i wiosenne kwiaty. Nareszcie pasuje mi zapach i widok kolorowych kwiatów, choć za oknem nadal leży śnieg. Ptaszki, co prawda nie śpiewają, a przysiadły na słoiczkach, w których w końcu pod ręką mogę trzymać mąkę, cukier i sól, nie sięgając ciągle do szuflady. Bardzo się z nich cieszę, tym bardziej, że kupiłam je po baaardzo rozsądnej cenie. :))





Z kolei motylki przyleciały w prezencie jako ozdobne opaski na osłonki do tea lightów. Jak widzicie były srebrne, ale zapragnęłam, by były nieco bardziej kolorowe (jak to motylki) ;). Wydaje mi się, że takie  wesołe bardziej będą pasować do wiosennych kwiatów..., bo kto powiedział, że nie mogą służyć jako wazoniki?




Poza tym cały czas przetaczam się przez dom (w ramach odgruzowywania) jak huragan, zastawiając po sobie zgliszcza, czyli tymczasowy większy bałagan niż to było zaplanowane. :) Dlatego niczego ciekawego pokazać Wam nie zdołałam. Zaczyna mnie to już przerażać i męczyć, bo zamiast cieszyć się porządkiem, ja go na razie nigdzie nie dostrzegam, a na dodatek wszystko się tak strasznie ślimaczy! No ale cóż, cierp ciało jakżeś chciało... Dlatego w ramach odreagowania stresu zrobiłam sesję zdjęciową nowym słoiczkom (bo już dawno nie skupiałam się szczególnie na zdjęciach)  i przemalowałam motylki. ;) 


Pozdrawiam Was tulipanowo
Ewa

piątek, 8 marca 2013

Wynik Candy

Na wstępie mej przemowy chciałam podziękować wszystkim uczestnikom zabawy. :) Cieszę się, że chustecznik się podobał i okazał się tak pożądany. :) Nie przypuszczałam nawet, że będzie aż takie zainteresowanie z Waszej strony. Dziękuję też nowym osobom za przyłączenie się do grona obserwatorów, które jak pisałam wcześniej, jest tym  milsze, że było zupełnie dobrowolne. Starałam się do wszystkich zajrzeć i w miarę możliwości zostawić komentarz. Nie wszystkie osoby mają blogi publiczne, u niektórych nie znalazłam żadnego linku do strony oprócz profilu. Nie prowadzą bloga? Chociaż wśród moich dawnych  obserwatorów też są takie osoby, które blogi posiadają, a zalinkowania do nich nie ma. :( I nie raz musiałam się naszukać, kto to taki. Do niektórych do tej pory nie dotarłam. Czy ktoś mi wyjaśni dlaczego tak się dzieje? Przy okazji chcę dodać, że jeżeli jest ktoś, kto jest moim obserwatorem od dawna, a ja do niego nigdy nie zajrzałam, to nie ze złej woli, tylko najwidoczniej nie znalazłam bloga tej osoby, dlatego proszę śmiało przy okazji podać mi link, a na pewno odwiedzę. Zresztą zawsze wpadam z rewizytą i póki co daję radę odpowiadać na wszystkie komentarze. :)

Dzięki tej zabawie mogłam pozachwycać się pracami, jakie tworzycie. To wręcz niesamowite, ile kobiet w zaciszu swojego domu własnoręcznie tworzy rzeczy niepowtarzalne i piękne. Jak to dobrze, że dzięki internetowi mają możliwość zaprezentowania swej twórczości innym. Miły komentarz zawsze dodaje skrzydeł, a i często wiary w to co się po cichutku do tej pory robiło. Dziękuję, że do mnie wpadłyście, bo dzięki temu ja mogłam wpaść do Was. :) Dziękuję też wszystkim anonimowym osobom, bo sama z własnego doświadczenia wiem, że nie zawsze ma się odwagę ustawić w kolejce, gdy wokół tyle Blogujących. ;) Dlatego, doszłam do wniosku, że następnym razem muszę bardziej zadbać o osoby anonimowe zwiększając ich szanse na wygraną! ;) Bo ja Wam tak w tajemnicy powiem, że ja cały czas się czuję takim pół-anonimem i najbardziej cieszą mnie komentarze od Was. Tylko nie mówcie tego Blogerkom, dobrze? :))


A teraz nie przedłużając już nudnawej przemowy, ogłaszam wynik mojego pierwszego Candy. Komentarzy zostało umieszczonych 95, ale jedna osoba dodała dopisek, a zatem chętnych było 94. Uroczyście ogłaszam, że maszyna losująca w postaci Mrs. Glosser's Custom Random Number Generation wytypowała swym strzałem w Dniu Kobiet roku Pańskiego 2013 komentarz nr 14!



A pod tym numerem kryje się Kasia z Domu na wygnanku. Nie spodziewałam się, że przyjdzie mi słać mój wyrób aż na Zielone Wyspy, ale dobrze, niech sobie trochę świata chustecznik zobaczy i dzielnie służy na emigracji. :))
Kasiu bardzo Ci gratuluję i mam nadzieję, że prezent Cię ucieszy. Czekam na namiary od Ciebie (aby na Święta był już z Tobą) na maila: blog@marzeniamimalowane.pl

Jakoś mi dziwnie, że 93 osoby los ominął. Następnym razem przygotuję dwie niespodzianki i nagrody pocieszenia, tak aby więcej osób mogło się cieszyć.

A tymczasem wszystkim kobietom życzę udanego dnia i weekendu a uśmiechu każdego dnia (nie tylko od święta). :)) 


Pozdrawiam
Ewa

wtorek, 5 marca 2013

Staram się trzymać w ramach


Nie było mnie ostatnio w ogóle przy komputerze, bo przepadłam we własnej stajni Augiasza. Odgruzowywanie domu i dodatkowe zamieszanie z zalaniem uświadomiło mi smutną prawdę: nie mieszczę się! Tak generalnie się nie mieszczę! W niczym i z niczym. Najmniej chodzi mi o ciuchy, choć i te ostatnimi czasy jakoś podejrzanie się kurczą, ale ja się nie mieszczę we własnym domu! Wzrostem wagi zajmę się później, teraz priorytetowa jest kwestia domu. Taki 300-metrowy może (?) załatwiłby sprawę, ale to nie wchodzi w grę. No kto by to sprzątał? ;))) Niczego nowego nie dobuduję, bo wszystko co można było już zaadaptowałam (łącznie ze strychem i kawałkiem klatki), więc jestem w kropce. Nie miałam wyjścia i musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: za dużo rzeczy, za słabo wykorzystana przestrzeń. Wniosek: należy przeprowadzić rewolucję w domu (przy okazji niewinnego malowania)! ;) O tych domowych szaleństwach napiszę Wam oczywiście, ale dopiero w przyszłym tygodniu, bo ani głowy, ani czasu na to teraz nie mam.

Za to słońce, które tak łaskawie świeci nieprzerwanie już od wielu dni, nie pozwala mi zająć się tylko jedną rzeczą, a każe łapać kilka srok za ogon. Wychodzi na to, że wszystkiemu winne jest słońce i lepiej dla mnie (oraz mego otoczenia ścisłego), aby na parę dni przestało tak się uśmiechać, bo ja sama za sobą nie nadążam. W przypływie owej słonecznej pogody porwałam z domu Mamy kilka ramek na zdjęcia celem spożytkowania na nich słonecznej energii. ;) Mam słabość, obok luster i zegarów, do wszelakich ramek. I dziś chciałam Wam pokazać jak można wykorzystać potencjał starych, plastikowych, albo po prostu brzydkich ramek. Pędzelek i do dzieła.

Oto dwie sosnowe ramki, pożółkłe ze starości i mało atrakcyjne. ;)


W pierwszej ramce było zdjęcie mojej kochanej Babci, do którego Mama sama wycięła kiedyś owalne passe partout. I do niego "dorobiłam" resztę stosując typową metodę shabby chic, czyli "na świeczkę". Najpierw (zawsze po oszlifowaniu ramki) pociemniłam ją brązową farbą akrylową. Ranty i zagłębienia pociągnęłam świecą i na to nałożyłam trzykrotnie farbę Ivory bianco. Po wyschnięciu przeszlifowałam papierem ściernym 120, aby powstały przetarcia nadające ramce sędziwy wygląd. Na koniec wtarłam pastę do złoceń (której na zdjęciu w ogóle nie widać). :(


Drugą ramkę wykonałam metodą nabierania na pędzel kilku kolorów (jak na złość nazwa wypadła mi chwilowo z głowy) - wybrałam brąz i niebieski ze względu na kolorystykę obrazka. Nanosiłam je jednocześnie na malowaną powierzchnię, tak aby płynnie wzajemnie się przenikały. Po wyschnięciu metodą suchego pędzla musnęłam gdzieniegdzie białą farbą. Bardzo lubię tę metodę, bo nadaje szlachetności nawet najbrzydszym powierzchniom. Wybrałam też nowe  piaskowe passe partout (poprzednie było żółte).


Poniższe ramki są  plastikowe i były w kolorze ciemno brązowym. Wraz ze zmianą upodobań, ramki przestały pasować do wnętrza i im też się oberwało. Tym razem musiałam zastosować podkład pod farbę docelową. Powierzchnie plastikowe, metalowe oraz porowate (takie jak cermika) powinno się najpierw zabezpieczyć specjalnym podkładem zwiększającym przyczepność farby. W tym przypadku posiłkowałam się metodą przecierki (często myloną z shabby chic). Na odcień brązu wpadający w fiolet nakładałam kremową farbę zmieszaną z opóźniaczem do farb akrylowych. Podobny efekt można osiągnąć rozcieńczając  farbę lekko wodą (gdyż akryle bardzo szybko wysychają i na poprawkę nie ma czasu). Następnie nadmiar farby wycieramy (stąd nazwa) w niektórych miejscach mocniej, a w niektórych słabiej. Dodatkowo przeszlifowałam całość papierem ściernym, aby na ornamencie i brzegach "dokopać się" do pierwotnego brązu. ;) Zdjęcia wydrukowałam w sepii.


W tej dodatkowo wymieniłam kokardkę (nie przepadam za kokardkami na ramkach) ;) na znany Wam już "francuski" dekor. Teraz muszę jeszcze wyciąć owalne okienka w nowym tle i wybrać inne zdjęcia do monidła, bo poprzednie były zbyt ciepłe w odcieniu.

 


Ta z kolei ramka była turkusowa i oczywiście plastikowa! Została pomalowana na kremowo, a następnie na piaskowy beż i przetarta papierem ściernym, ale bez uprzedniego woskowania świecą. Jak widzicie efekt szlifowania różni się od tego na pierwszym zdjęciu. Bez świecy nie uzyskacie charakterystycznych dla shabby chic "odprysków", "złuszczeń" czy "nadgryzionych" fragmentów. W tym przypadku całość jest starta bardziej równomiernie.


Dostało się nawet super ramce z Almi Decor, która cała była w jednolitym kolorze. Ramka piękna, ale wyglądała według mnie zbyt plastikowo. Dodałam jej zatem nieco więcej trójwymiarowości za pomocą kilku odcieni brązu i ecru. :))


Kolejne ramki są właśnie na stole operacyjnym (w tym jedna znów z Almi Decor). :) Metamorfozy pokażę przy następnej okazji. Mam nadzieję, że dzisiaj po pierwsze przekonałam Was, aby nie wyrzucać starych i brzydkich z pozoru rzeczy, bo można nadać im w prosty sposób nowe piękniejsze życie. ;) A po drugie, mam nadzieję, że przybliżone tu techniki  malowania okażą się dla Was pomocne i ośmielą Was do wiosennych działań! Jeżeli wyjaśnienia są niewystarczające i chciałybyście, abym zamieściła kursik jakiejś metody typu "krok po kroku", to piszcie śmiało w komentarzach.

Tymczasem godzina taka, że muszę lecieć po dzieci, aby zawieźć je na zajęcia dodatkowe.

Do miłego zaglądnięcia...

Wasza napromieniowana pierwszymi promykami, jeszcze zimowego a jakże już wiosennego, słońca... :))
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...