piątek, 30 listopada 2012

Gdzie ukryć naleweczki?

Tak jak wspomniałam dziś będzie o zapomnianej (przeze mnie) pigwie. Jakiś czas temu nastawiłam naleweczkę z pigwy i ... głowy mojej zajętej już ona nie zaprzątała. Ostatnio ciągle coś było pilniejszego, że odłożyłam nalewkę i wpis o niej na bok i zupełnie zapomniałam! Dopiero gdy zlewałam ją do butelek, olśniło mnie, że przecież nie napisałam o niej postu. A ona tak milcząco rozczarowana stała tyle czasu! ;)

Najpierw dojrzewała sobie cierpliwie na salonowym parapecie ciesząc zmysły ;)

Pigwa (jedyny przedstawiciel rodzaju pigwa) oraz pigwowiec - należące do rodziny różowatych - często są mylone ze sobą, a to odpowiednio: niewielkie drzewa oraz krzewy, których owoce podobne do małych jabłuszek dojrzewają we wrześniu i październiku. Potrzebują ciepła i słońca przez długi czas, czego nasz klimat o tej porze roku raczej nie może zapewnić. Niemniej jednak uprawa się przyjęła i owocują bez zarzutu. Owoce nie nadają się do spożycia prosto z krzaka, bo są twarde i kwaśne, ale idealnie nadają się na wszelakie przetwory, a w szczególności ;) na nalewki. Znalazłam nawet przepis na zupę pigwową, ale niestety po pigwie o tej porze ani śladu. A miałam nadzieję, że taką piękną jesienią jeszcze zastanę pigwę na krzaczku, a tu ...pusto. :( 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że pigwa/pigwowiec ma więcej witaminy C niż cytryna (ale to żadna rewelacja, bo i kiwi i imbir i wiele innych owoców jest bardziej bogate w tę witaminę), więc idealnie zastępuje ją w herbacie. Ma całe bogactwo składników mineralnych oraz komplet witamin z grupy B. Reguluje trawienie, więc jest niezastąpiona na wszelkie kłopoty żołądkowe, działa przeciwwymiotnie i przeciwzapalnie, wzmacnia odporność, obniża ciśnienie i reguluje poziom cholesterolu, a nawet redukuje zmarszczki (stosowana oczywiście zewnętrznie!). :)) Ma piękny cytrynowo-korzenny zapach, dlatego warto ją schować do szuflady, np. z bielizną.

I jak tu jej nie lubić i nie kurować się nią w długie zimowe wieczory? 



Zdjęcia jeszcze słonecznie jesienne ;)

Nalewka pigwowa

Kilogram owoców pigwy lub pigwowca pokroić i oczyścić z nasion, zasypać kilogramem cukru i odstawić na 10 dni. Zlać syrop, połączyć z litrem spirytusu i odstawić na 3 miesiące. Prosta? Bardzo. Pozostałe owoce można ponownie wykorzystać zalewając litrem wódki i zostawiając na co najmniej pół roku (ja oczywiście nie omieszkałam z tego skorzystać i w kwietniu będzie jak znalazł). ;)




A wracając do tytułu dzisiejszego wpisu pokażę Wam przy tej okazji moją tajemną skrytkę na nalewki. ;) Wylicytowany, jakiś czas temu, nakastlik przeszedł błyskawiczną metamorfozę. Pamiętam, że przybył do mnie na kilka dni przed powrotem męża, a że był naprawdę w opłakanym stanie musiałam się szybko wziąć do roboty, aby mąż nie zobaczył co ja za gruchot do domu zaprosiłam. ;) Nawet Mama na moją propozycję, że może chciałaby taki pomocnik do kuchni, skrzywiła się ze wstrętem! Cóż, skoro niemiła księdzu ofiara, to ja to cielątko szorowałam, szlifowałam, sztukowałam, w końcu pomalowałam i nawoskowałam. Dodałam drewniany dekor, nowe półeczki, plecy i szyldy i mam od jakiś 2 tygodni stróża naleweczek! Ot, taki tymczasowy podręczny bareczek. ;) Ale coś czuję, że niedługo oddam go dzieciom we władanie - niech trzymają tam swoje bloki i rysunki, mazaki, farbki, pastele,... bo ciągle mi się gdzieś te akcesoria artystyczne plączą na wierzchu, a wysokie karafki i tak się w nim nie mieszczą. :( 



Przy okazji pokażę Wam, co wczoraj zgarnęłam w Duce za całe 19,90 zł. Zawsze chciałam mieć koronę (nie na głowie oczywiście). :) Wiecie, że jako mała dziewczynka, gdy wszystkie koleżanki chciały być księżniczkami, ja (przewrotna natura już dawała o sobie znać), chciałam być służącą?! :)) Po latach jednak korony się doczekałam. I nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie ozdobić już świątecznie. :)) Taka pierwsza przymiarka na szybko - i tak świecznik adwentowy ozdabiałam, więc hurtem poleciałam. ;)



Wpis znowu mi wyszedł taki upakowany jak .zip i na dodatek na pół jesienny, a na pół zimowy! :)) Wracam do roboty, bo zaraz kolację dzieciom muszę robić. Ech, jak ten czas gna!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do miłego
Ewa

środa, 28 listopada 2012

Imbir, ciasteczka i trup w szafie

Zacznę w odwrotnej kolejności. Tak jak Wam poprzednio pisałam nie wyrabiam się ostatnio na zakrętach - każdy to pewnie teraz odczuwa. ;) A przecież za zakrętem już Święta, na horyzoncie grudzień i ręce pełne roboty. Na dodatek w grudniu będę miała cały tydzień wyjęty z kalendarza! :( Akcenty grudniowe czas szykować, a tu: woreczki adwentowe popłakują w kącie czekając aż je skończę, szyszki do połowy pomalowane, pistoletu na klej nie mogę znaleźć, krzesła skończyć nie mogę, bo po gąbkę tapicerską nie mam się kiedy wybrać! Na dodatek najstarsze dziecię ma niedługo egzamin w szkole muzycznej i skrzypi niemiłosiernie co dzień, szlifując utwory szarpiąc struny i moje nerwy, a dla odmiany najmłodsze dziecię przechodzi właśnie bunt trzylatka i każdy dzień zaczyna się od "nie".

Ameryki nie odkryję jak napiszę, że każdy z nas ma swoje mniejsze lub większe problemy, którymi nie obarcza innych, tylko stara się mimo wszystko nieść radość i optymizm oraz głowę do góry. Nie jestem tu wyjątkiem. I przyznam się Wam dziś, że od lat trzymam trupa w szafie! Trup, jak trup (co Wam będę opisywać), tyle tylko, że udomowiony i nieprzewidywalny. Już sama świadomość, że tam siedzi miła nie jest, a jeszcze kiedy z niej nagle wyjdzie, to tak potrafi zatruć mi życie i odebrać wszelką jego radość, że wszystkiego mi się odechciewa. Trupa pozbyć się na razie nie mogę, więc tak sobie koegzystujemy w raczej wątpliwej symbiozie.

Wtedy szczególnie pomaga mi tropienie moich maleńkich szczęść. Wyłapuję je wszystkie z lupą w ręku zgarniając starannie okruszki codzienności. I choć miałam chwile zwątpienia, czy pisać dalej bloga, to po ostatnich wyróżnieniach i miłych komentarzach, myślę, że jeszcze trochę dam radę! :) Trup, co prawda nadal po domu biega, ale widzę, że coś ostatnio słabnie, więc go niedługo do tej szafy z powrotem zagnam. :0

A tymczasem, zanim popołudniami zamienię się w pełnoetatowego szofera, działam miedzy kuchnią a miotłą, maszyną do szycia a pędzlem, pralką a żelazkiem... Mąż przed wyjazdem przytargał mi znów ogromne ilości jabłek z działki (żebym się zanadto nie nudziła pod jego nieobecność!) i tym razem ruszyła produkcja kompotów.

Pierwsza partia i druga partia
Tarta tatin, ale nie bardzo wyszła, więc będzie poprawka

Dzieci natomiast męczą mnie o ciasteczka - uwielbiają to! Ja zresztą też lubię razem z nimi robić ciasteczka, gorzej gdy już one się w piekarniku grzeją (oczywiście ciasteczka, nie dzieci) :)), a mój wzrok pada na (nazwijmy to) kuchenny nieład artystyczny, czyli porozsypywaną mąkę dookoła i jeszcze dalej, oblepione szafki, stos foremek (wszystkie użyte!) i najlepsza zabawa mojego najmłodszego przychówku, czyli wymieszanie zawartości pojemników z solą i mąką, o czym przekonuję się np. dnia następnego wykorzystując mąkę do panierki (kotlety wychodzą cudownie słone?), czy soli do zupy (powstaje zasmażka?). Jak jeszcze do tego wszystkiego ciasteczka się przypalą (jak to miało miejsce tydzień temu), to już mam pełnię szczęścia! Ale jak odmówić dzieciom ich ukochanego zajęcia? :))

Jesienne ciasteczka imbirowe (wyszły takie sobie)
Ulubione ciasteczka cytrynowe dzieci (te nieprzypalone)
Wczorajsze cynamonowe listki połknięte w 5 minut!


A teraz obiecany już daaaawno przepis na imbir w czekoladzie. Przepis znalazłam w Angorze w dziale "Mirosław Kaliciński gotuje". Potrzebne będzie:

25 dag imbiru
8-10 łyżek cukru
3-5 łyżek wody
1 tabliczka czekolady

Cukier zagotować z wodą aż się rozpuści. Imbir obrać, pokroić w plastry (moim zdaniem lepiej większe niż mniejsze) i wsypać do garnuszka. Obgotować na małym ogniu 7-10 minut aż straci surowość. Syrop zlać, a do ciepłego imbiru dodać posiekaną czekoladę i wymieszać aż do rozpuszczenia się czekolady. Otrzymaną masę wyłożyć w miarę płasko (ok. 1 cm grubości) na papier do pieczenia  i cierpliwie poczekać aż ostygnie i włożyć do lodówki. Potem pokroić w kostkę (gdy imbir pokroicie na mniejsze kawałki) lub odrywać (gdy imbir był w większych kawałkach) i podjadać! :)) Na tak zwane niewyparzone gęby działa idealnie. :))) Przechowywać w chłodnym miejscu, czyli najlepiej w lodówce. ;) A ten mocno ostro-słodki syrop, co nam pozostał po odcedzeniu imbiru, można dodać do kawy (której nie pijam), albo do herbaty (której nie słodzę), albo (potrzeba matką wynalazku!) zrobić imbirowe babeczki! ;) Po prostu do najzwyklejszego przepisu babeczkowego dodać syrop (ja zmniejszyłam trochę tylko porcję cukru i mleka) i już. Te wszystkie ciasteczka imbirowe na sproszkowanym imbirze niech się schowają! Mniam!



Babeczki mają super smak!


Na zakończenie chciałam Wam zwrócić uwagę na mały banerek z kartoflem, który się dziś u mnie pojawił. Jakiś tydzień temu Jagodzianka zamieściła na swoim blogu ten właśnie kartoflany obrazek i wyznała, że od trzech miesięcy nie ogląda telewizji i bardzo jej z tym dobrze. Przypadł mi on do gustu (ten obrazek), gdyż jestem szczęśliwą nieposiadaczką telewizora od półtora roku i też bardzo sobie ten stan chwalę. Telewizor był, ale się zepsuł i od tamtego momentu jakoś nie zatęskniłam za nim tak bardzo, aby kupić nowy teleodbiornik. Zresztą nigdy nie był on w centrum zainteresowania. Wieczorne informacje i tak przechodziły mi koło nosa, bo to była pora szykowania dzieci do spania, filmy zaczynały się, gdy akurat dzieci usypiałam, a późnowieczorne seanse były po prostu nie na moje możliwości (maluchy do tej pory w nocy mamę wołają!). A dzieci oglądały bajki tylko o wybranych porach. Może za jakiś czas, gdy noce będę miała przespane, to i ów nadajnik wróci na salony, ale póki co sensu nie widzę. W końcu nawet Euro 2012 oglądałam przez internet. ;) W każdym razie spytałam Jagodziankę, czy nie udostępniłaby tego znaczka innym, którzy czy to, tak jak ja, telewizora nie mają, czy też mają, ale dla nich telewizor nie stanowi centrum życia rodzinnego. Słowem - dla tych, dla których telewizor w domu nie jest sprzętem numer 1. Dlatego jeśli ktoś popiera ideę, ogólnie mówiąc, ograniczania telewizji na rzecz innych zajęć, to może sobie to kartoflane serduszko ode mnie czy od Jagodzianki ściągnąć. Zachęcam gorąco do propagowania życia bliżej natury (i nie tylko o przyrodę tu chodzi) :)). A może ktoś chciałby jakiś nowy znaczek utworzyć w tym celu?


Na absolutne już zakończenie powiem, że jestem gapa nad gapy! Wiecie o czym zupełnie zapomniałam? O pigwie! Nastawiłam naleweczkę i (mój) słuch o niej zaginął. A zatem następny post będzie o pigwie, żebym jeszcze zdążyła przed grudniem z takim jesiennym wpisem. ;) Pójdę dziś sprawdzić czy jeszcze pigwę na krzaku znajdę i jeśli tak, to zrobię dla Was zupę pigwową. ;))

Pozdrawiam
Ewa

poniedziałek, 26 listopada 2012

Liebster i Sweet


Dziś o wyróżnieniach, które dostałam od dwóch przemiłych osób prowadzących fantastyczne blogi:  Libster blog od Kataliny, która postawiła mnie do raportu już ponad dwa tygodnie temu, każąc odpowiadać publicznie na 11 pytań! oraz Sweet blog od Ani, która okazała się łaskawsza i zadała ich tylko 7! :)) A że ostatni tydzień miałam zupełnie zwariowany, wywiadówki (zawsze w obu szkołach naraz!) i w przedszkolu spotkanie, wizyty urzędowe, zajęcia w szkole, w sobotę teatr z dziećmi, a w domu pobojowisko, to cała reszta (czyli między innymi blog) zeszła na plan dalszy. Po prostu nie wyrabiam na zakrętach :(
Ale już się poprawiam, dziękuję za przemiłe wyróżnienia i do tablicy maszeruję...


Pytania od Kataliny:

1. Trzy ulubione książki?
"Ziele na kraterze" M. Wańkowicza oraz "Alicja w krainie czarów" L. Carroll
2. Gdyby były możliwe podróże w czasie, do której epoki chciałabyś się przenieść? 
Chyba najbardziej mnie ciągnie, tak jak bohatera komedii W. Allena "O północy w Paryżu", do Belle Epoque 
3. Na dworze którego króla chciałabyś być damą - Ludwika XIV (Francja) czy Henryka VIII (Anglia)? 
No oczywiście, że Ludwika - i to nie tylko przez sympatię do "francuszczyzny" ;), ale i ze strachu, że Henryk jeszcze by się we mnie zakochał, a potem ściął mi głowę!
4. Pierwszy zakup po wygraniu miliona w totka?
Dom na wsi z hektaaaaarami ziemi!
5. Czego nie wybaczyłabyś najlepszej przyjaciółce?
Przyjaciółka to z definicji osoba, której nie trzeba niczego wybaczać. Jeśli trzeba, to nie jest przyjaźń.
6. Najdziwniejsza rzecz, jaką nosisz w swojej torebce? 
Poczekaj, zaraz zajrzę.... ale bałagan! Same dziwne rzeczy...
7. Nazwa którego miejsca na świecie przychodzi Ci jako pierwsza do głowy, gdy słyszysz hasło wymarzona podróż? 
Pierwsza myśl, to Ameryka Południowa. Tak sobie marzę...
8. Czy wiesz jakie znaczenie ma Twoje imię?
Oczywiście, z hebrajskiego (albo wcześniej z sumeryjskiego, bo tam pojawia się po raz pierwszy jako Awa) to dająca życie. Ja dałam trzy! ;)
9. Jakiej części garderoby nigdy byś na siebie nie włożyła?
Niewygodnej
10. Masz mieć sesję zdjęciową, jaki suknię wybierasz - z dawnej epoki na krynolinie, czy znanego projektanta?
Pewnie, że na krynolinie, z burzą loków upiętych wysoko na głowie i z talią osy! :))
11. Najbardziej nietrafiony prezent jaki dostałaś? 
Kiedyś dostałam coś, co nie było ani ładne, ani praktyczne i nie bardzo wiedziałam do czego służy. Co z tym zrobić?


A teraz pytania od Ani:

1.Wakacje w górach czy nad morzem?
Mieszkam nad morzem, które kocham, dlatego na wakacje jeżdżę w góry
2. Z rana kawa czy herbata?
Kawy nie pijam w ogóle, więc herbata o każdej porze dnia
3. Dobra książka czy kino?
Zdecydowanie książka
4. Który kolor najbardziej lubisz - napisz dlaczego.
Jeszcze do niedawna brązy i zielenie, ale w moim życiu zaszła zmiana i od tamtej pory w szafie królują petrolowe niebieskości, ale wnętrza mam "biszkoptowe"
5. Zdecydowanie kot czy może pies?
Zdecydowanie nie wiem :) Do niedawna miałam pod tym względem równowagę, teraz mam koty, ale nie umiem się zdecydować, bo zupełnie inny rodzaj radości daje pies a inny kot...
6. Które święta wolisz? Boże Narodzenie czy Wielkanoc?
Przyszło mi napisać o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy! :) Cóż, choć Wielkanoc jest ważniejszym świętem, to jednak Bożego Narodzenia.
7. Ulubione danie wigilijne?
Jak byłam mała, to kolacja wigilijna była dla mnie koszmarem, bo trzeba było wszystkiego choć trochę spróbować (dodam, że byłam niewiarygodnym niejadkiem - nawet słodyczy pod żadną postacią nie jadałam, generalnie nic nie jadłam! :)) a potrawy wigilijne były zupełnie niezjadliwe) ;) Teraz uwielbiam je wszystkie! A słodki kompot z suszonych owoców i fasoli chyba najbardziej

UFF!

Kochani, nie buszuję tak często jak bym chciała po innych blogach, bo najzwyczajniej na świecie czasu mi na to brakuje! I choć chęci szczere mam, aby pozostać troszkę dłużej w czwartym wymiarze, bo pięknych i ciekawych blogów jest bardzo dużo, to na razie ciągle nie mam kiedy. :( Ale wśród tych, które obserwuję jest mnóstwo cudownych blogów, nad którymi teraz poznęcam się! :) Otóż, niczego nie spodziewające się, Bogu ducha winne osoby (u których nie znalazłam w pasku bocznym, ani ostatnimi czasy we wpisach nie widziałam - żadnych wyróżnień, ani informacji, że za takowe serdecznie dziękują) zostaną brutalnie przeze mnie teraz zaatakowane! Za to, że inspirują, roztaczają ciepło, tworzą cudowne rzeczy, robią piękne zdjęcia, i chcą się tym wszystkim dzielić z innymi. Wybierzcie sobie wyróżnienie, które Wam bardziej odpowiada, czy podoba się.
Do odpowiedzi wzywam (i niech no któraś spróbuje się wyłgać!):

i pytania podsuwam (wyrozumiale tylko 6!) ;):

1. Co Tobie daje prowadzenie bloga?
2. Co jest dla Ciebie najcenniejsze?
3. Z czego jesteś najbardziej dumna?
4. Jak sobie radzisz ze smutkiem?
5. Twoje największe marzenie?
6. Jak byś siebie określiła jednym słowem?

Mam nadzieję, że Was troszkę lepiej poznam po udzieleniu odpowiedzi. ;)


Pozdrawiam, a piszącym blogi życzę samych kochających podczytywaczy! ;)
Ewa

P.S.
Alexls, mam nadzieję, że imbir w lodówce nie tupie jeszcze nogą ze złości! Następny post NA PEWNO z przepisem!
E.


piątek, 23 listopada 2012

O miłości inaczej i trochę prezentów

Dziś książka o miłości. Ale najpierw mała uwaga. Nie czytam oczywiście wszystkiego, co mi wpadnie w oczy, czy ręce. Życie me jest zdecydowanie za krótkie, aby tracić czas na miałkie opowieści. ;) Trzeba robić selekcję. Dramatycznie słodkie i romantyczne harlequiny w stylu Daniele Steel zakończone happy endem  mnie nie interesują. Dlatego z założenia nie czytam żadnych romansów, ani nie chodzę na wątpliwe komedie romantyczne (chyba, że Woddiego Allena, czy takie obyczajowo-romantyczne, jak „Lepiej późno niż później” z moim ukochanym J. Nickolsonem). Nie czytam i nie oglądam, bo po prostu nie lubię tego gatunku. 

Ale co zrobić, gdy całe życie ludzkie na miłości się opiera? Miłość nadaje sens życiu i nie ma znaczenia ku komu lub czemu jest ona skierowana. Miłość to przecież perpetuum mobile całego wszechświata, więc jak tu ją szerokim łukiem ominąć? Nie da się. Dlatego wcale nierzadko w ręce wpadnie mi książka, która o miłości tak czy inaczej opowiada. Jeśli już czytam o miłości, to książki, które są dobrze napisane i często o miłości opowiadają inaczej.

Taka też jest książka noblisty Mario Vargasa Llosy „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. To historia miłości peruwiańskiego tłumacza osiadłego w Paryżu do swojej rodaczki, którą los (zgodnie z jej życzeniem) rzucał w różne strony świata. Wyrachowana, cyniczna i żądna bogactwa piękna dziewczyna, która aby osiągnąć cel nie zawaha się popełnić wielu szelmostw i spokojny, kulturalny, dobry chłopak. To na pewno nie jest historia typowej miłości ani typowych zachowań człowieka. Śledzimy prawie całe życie głównego bohatera, w którym od czasu do czasu pojawia się i znika miłość jego życia - niegrzeczna dziewczynka. I tak jak główny bohater nienawidzimy jej powortów i wzruszamy się na przemian. Przy okazji poznajemy trochę w tle, nie znaną nam, historię polityczną Peru.
Kunszt słowa, kompozycja opowieści, lekkość narracji, namacalna szczegółowość opisów sprawiają, że jest to lektura na najwyższym poziomie. Co Nobel, to Nobel! Obkupiona jestem kolejnymi pozycjami Llosy, bo oczarował mnie swoją wrażliwością i wnikliwością.


Miałam Wam dzisiaj podać obiecany przepis na imbir w czekoladzie, ale pojechałam dziś do Weltbildu i chciałam Wam pokazać, co upolowałam. W Weltbildzie jest teraz sporo ładnych rzeczy w promocji i w związku z tym, że czas prezentowy trwa, to pomyślałam sobie, że może coś Wam się tam spodoba, np. jako prezent dla kogoś albo dla siebie (to nie jest żadna reklama sponsorowana!). :) A imbir następnym razem - słowo!

Oto mój dzisiejszy łów:


W tym roku miałam zupełnie inną koncepcję świecznika adwentowego (taki szaliczkowy chciałam zrobić), ale gdy zobaczyłam cenę, która mnie powaliła, to od razu ciach... pod pachę i do domu! :) Oczywiście pędzel już w gotowości i za tydzień pokażę co wyszło.

A te rzeczy zamówiłam już na spokojnie przez internet (w dziale wyprzedaż):

podpórka (ciężka kilogramowa) 10 zł, ramka na moje trzy pociechy: 79 zł i koszyczek na orzeszki: 17 zł


A to wybrana propozycja dla Was - też z zakładki wyprzedaż (oprócz kanki). Ja czerwonych akcentów na Święta nie mam, ale wiem, że wiele osób je lubi. Może z czymś akurat trafiłam. Ceny zaokrągliłam.

Poduszki 2 szt: 34 zł, zegar wiszący: 76 zł, pościel w zależności od rozmiaru: 60-90 zł, zegar z motylem: 34 zł, zegar "budzik": 49, koszyczek ze świeczkami (można wszystko na czynniki pierwsze rozebrać i po swojemu wykorzystać): 39 zł, kanka 9,90 zł, gazetnik: 127 zł.

Wracam do roboty, bo mam jej co niemiara!
Trzymajcie się ciepło,
Ewa

środa, 21 listopada 2012

Pączki pod zimową kołderką


Nie, nie chodzi dziś o kulinarne wyczyny, choć tytuł wielce obiecujący! ;), temat nadal jesienny. Chciałam Wam dzisiaj pokazać moje bezpieczne już pączki i roślinki. W końcu wiadomo, że od 11.11 nie ma żartów, gdyż Marcin może na białym koniu przyjechać, mrozem chuchnąć, a wtedy bye bye ukwiecony balkonie! Nie ma co dłużej ryzykować. Choróbsko trochę mnie w domu przetrzymało, ale jak wyzdrowiałam w te pędy za pędy się zabrałam. ;) Tak że wszystkie doniczkowe bziki i moje dwukolorowe hortensje zeszły do piwnic, pozostałe donice na styropianie stanęły i w jutowe sukienki się przyoblekły. W namiastce ogródka kopczyki z kory pod drzewkami i nad cebulkami porobione, lawenda oraz wrzosy szykowne kołdry z agrowłókniny dostały, hortensje płaszczem otulone w najmodniejszym fasonie wiosny wyczekiwać będą, a ja nareszcie spać mogę już spokojnie. Więc jeśli ktoś z Was cierpi na bezsenność, to z pewnością znak, że roślinki niezabezpieczone przed zimą jeszcze! ;)


Pączki są? Są. Szansa na kwiaty jest? Jest. Szkoda ją zmarnować. ;)



A teraz moja wielka radość, czyli mój ukochany storczyk również poszalał sobie w tym roku i wypuścił.... kto zgadnie ile nowych pędów? Ha, nikt nie zgadnie! Ja liczyłam kilka razy myśląc, że dostałam zeza. ;) 9 pędów!!! Tra la la! Ale mam w tym roku szczęście do "cwitków". :))) No Święta to ja będę miała na pewno białe! :)
A oto dowód, jakby ktoś nie dowierzał:




Dziś tak króciutko, bo zaległości sporo, a obowiązków wcale nie chce być mniej. :(  Ech, doba za krótka!

Pozdrawiam
Do miłego
Ewa

sobota, 17 listopada 2012

Fioletowo kończy się jesień

Tak, to już ostatni kolor a tym samym koniec zabawy w jesień w kolorach tęczy. Przynajmniej w tym roku... Chciałam jeszcze raz podziękować Anne za tak miłe i wyczulające zmysły zajęcie! Dzięki tej zabawie miałam nie tylko oczy i uszy szeroko otwarte na kolory, ale i wiele kolorowych dań! :) A jesień w tym roku była dla nas niezwykle łaskawa. Zresztą nie ma się co dziwić, skoro tłumy paparazzich nie tylko w Polsce, ale i za granicą uganiały się z aparatami, żeby przyłapać panią Jesień w jakieś ciekawej kreacji. ;) Takim zainteresowaniem pani Jesień nie cieszyła się od czasu, gdy była panną Wiosną! Każdemu by trochę woda sodowa uderzyła do głowy od nadmiaru zachwytów, więc teraz już jest jasne dlaczego w drugiej połowie listopada mamy taką całkiem przyjemną aurę, prawda? No, niech no tylko jakiś malkontent się znajdzie, co na jesień w tym roku narzeka! ;)

Postanowiłam sobie, że uwieczniać będę jedynie Naturę, czyli bogactwo jesiennej przyrody. Wiem, że takie samo założenie miała też Alexls z Destination art (moja pierwsza obserwatorka i komentatorka, która dla mnie zawsze już pozostanie nr 1 - bo ja taka sentymentalna jestem) ;), czy ktoś jeszcze, tego nie wiem. I obu nam się udało, choć to wcale takie łatwe nieraz nie było. I w tym miejscu muszę się bez bicia przyznać, że dałam ciała - że tak kolokwialnie powiem - z fioletową jesienią. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. To znaczy natura jest, a jakże!, tylko, że gdy był czas przebogaty w fiolety, to ja zamiast robić zdjęcia, uganiałam się za pomarańczem, czy zielenią i teraz mam. To znaczy nie mam... zbyt wiele do zaoferowania. A trzeba było się zabezpieczyć! Kiście winogron "obfocić", naręcza chryzantem uwiecznić. I co? Nie powiem brzydko co, bo Wy dobrze wiecie co!

Tak więc dzisiaj Pani Jesień w pośpiechu ubierana. Część garderoby w praniu, część pognieciona, część już spakowana na przyszły rok - słowem nie było zbyt wiele ciuszków do pokazania, oj nie. Zatem proszę zobaczyć jak to jest, gdy się zostawia kompletowanie garderoby na ostatnia chwilę! Oto efekt. Aż zdziwiłam się, że fiolet niejedno ma imię...;)


Dla przypomnienia pokażę także, jaka to była w tym roku ta moja jesień.



Ale żeby zadość uczynić memu gapiostwu strasznemu, i żeby tak jednak jakoś bardziej fioletowo się dzisiaj zrobiło, to pokażę Wam tak na koniec jeszcze, mały fioletowy akcencik. W końcu wpis miał być dzisiaj fioletowy. :)) A ze śliwkami coś trzeba było zrobić. ;))

Dzisiejsze ciasto drożdżowe...

 i wczorajsze babeczki

Do miłego
Ewa

środa, 14 listopada 2012

Czy to już Święta?

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić pewną refleksją na temat czasu oczekiwania na Święta. Na pewno zauważyłyście, że mamy już w sklepach "magiczny" czas przedświąteczny. Ledwo minie 1. listopada a już bombardowani jesteśmy nastrojem świątecznym, amerykańskimi kolędami, ozdobami choinkowymi, itp. Chryzantemy i znicze nie zdążą jeszcze zniknąć z półek sklepowych a melancholia z naszych dusz, a już nas pchają w objęcia rumianego starszego pana w czerwonym ubraniu. Każdy człowiek żyjący w gospodarce wolnorynkowej wie, że reklama dźwignią handlu. Każda zaradna gospodyni wie także, że nie można zostawiać przygotowań do Świąt (prezentów, kulinariów, dekoracji...) na ostatnią chwilę. Ale to komercyjne szaleństwo bardzo mnie razi i żałuję że tak wiele ludzi jemu ulega.


Jadąc wieczorami samochodem często widuję w domach już w pierwszych dniach grudnia choinki. Zgadzam się, że tradycja ubierania choinki w dzień Wigilii jest kłopotliwa - jest przy tym trochę śmiecenia i zamieszania, dlatego sama od niedawna zaniechałam owych działań w ten i tak pełen roboty, szczególny dzień i choinkę ubieramy dzień, dwa lub kilka przed. Jaka wtedy jest radość dzieci z wyczekanej przyjemności i świadomość, że Święta już za kilkadziesiąt godzin! Wszak dopiero w Wigilię Święta się zaczynają! Gdyby stała od 2 czy 3 tygodni, czy dzieci rozumiałyby, że Świąt jeszcze nie ma? Jej widok spowszedniałby i dorosłym a w Święta nie byłby już tak wyjątkowy dla nikogo. A dzieci straciłyby już zupełnie rozeznanie, jak to jest z tymi Świętami. Są już, czy jeszcze nie ma, zaczynają się, czy kończą. Skoro już ósmego listopada muszą w sklepach przy kasach stać choinki przystrojone w bombki, to chociaż my zachowujmy zdrowy rozsądek.


Nie minie jeszcze stary rok a już leżą wyrzucone choinki - w końcu stały cały miesiąc. Następstwem tego zjawiska jest to, że zaraz po Nowym Roku wyczekujemy niecierpliwie wiosny. Zamiast cieszyć się Świętami, widokiem Panny Zielonej w naszym domu oraz karnawałem już nas gna w stronę króliczków wielkanocnych. Czy to nie lekka paranoja? A może człowiek jest jednak heideggerowskim bytem ku przyszłości? Czy ludzka obecna egzystencja rzeczywiście nigdy nie sprowadza się do teraźniejszości? Czy człowiek zawsze musi nakierowywać swoje myśli i plany na coś co dopiero nastąpi. Może nie umiemy po prostu cieszyć się chwilą obecną? Gdzie się podziała akcpetacja teraźniejszości?


U nas pierwszy akcent świąteczny pojawia się 1. grudnia wraz z kalendarzem adwentowym (co roku jest inny i często przygotowywany wspólnie z dziećmi). Drugim krokiem pojawienie się świec adwentowych, które odliczają 4 niedziele do Świąt. Trzecim są Mikołajki - wyczyszczone buty i listy zostawione w nich dla Mikołaja. Od tego czasu zaczyna się u nas czas przygotowania do Świąt, wspólne tworzenie ozdób i dekoracji (oczywiście za te wymagające więcej czasu zabieram się sama wcześniej), pieczenie ciasteczek i wyczekiwanie... Nie potrzebujemy na to aż dwóch miesięcy. Cztery tygodnie Adwentu w zupełności wystarczą, aby przygotować domy i serca na dzień Bożego Narodzenia.

Choć myślę o Świętach coraz częściej, wiem, że jeszcze jest listopad i że mamy jesień. Cieszę się stanem przejściowym. Nie daję się wciągnąć w komercyjny amok. Mam kasztany i suche liście, kubek ciepłej herbaty z cytryną, jesienne ciasteczka i imbir w czekoladzie. ;) I tak jest mi dobrze. Nie poganiam, nie naciskam. Przyjdzie właściwy czas. Słucham leniwego szumu deszczu, który niedługo zamieni się w bezszelestny śnieg.
Wiem, że Święta tuż tuż, ale jeszcze nie teraz...



Pozdrawiam ciepło
Ewa

P. S.
Przepis na imbir w czekoladzie podam przy najbliższej okazji - pycha!
E.

niedziela, 11 listopada 2012

Rzuć biszkoptem o podłogę oraz Entliczek-pentliczek cz. II

Pisząc ostatni post o jabłuszkach celowo nie zamieszczałam przepisów na ciasta. Po pierwsze, aby Was nimi nie zanudzać (wyszedłby baaardzo długi i chyba w związku z tym niestrawny post). Po drugie dlatego, że nie byłam pewna, czy rzeczywiście przepisy Was zainteresują - w końcu jest tyle fantastycznych stron kulinarnych, a i na innych blogach też często przepisy goszczą. Ale skoro zainteresowanie takowe było tudzież prośby o podanie przepisów, nie pozostaje mi nic innego jak naprawić błąd. ;) Dlatego dziś post dla zainteresowanych. ;)

Ciasto nr 1 - szarlotka z orzechami


Zagniatamy ciasto na jednolitą masę z poniższych składników:

400 g mąki krupczatki
4 żółtka
kostka margaryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 szkl. cukru pudru

Wygniatamy nim blachę (małą część zawinąć w folię i schować na chwilę do zamrażalnika - będzie na kruszonkę). Na to rozrzucić potarte jabłuszka i posiekane orzechy włoskie, obsypać  cynamonem. Następnie ubić pianę z pozostałych białek razem z dodatkową połową szklanki cukru i wyłożyć na ciasto, a na wierzch pokruszyć resztę schłodzonego ciasta. Piec ok. 50 min.


Ciasto nr 2 - szarlotka z obgotowanymi jabłkami


Do tego ciasta wykorzystałam nowy przepis na ciasto kruche, które się robi z gorących składników (dla niewtajemniczonych pisałam o nim w poście Na żółto, do którego odsyłam po przepis). Szarlotkę zrobiłam z dwóch ciast. Jedno stanowiło podstawę, drugie wierzch. Pomiędzy dałam jabłka pokrojone na małe kawałeczki, które wraz z odrobiną cukru i cukrem waniliowym, rodzynkami oraz cynamonem obgotowałam chwilę w garnuszku, aby zmiękły, ale się nie rozpadły. Piekłam ok. pół godziny. Po przestygnięciu posypałam cukrem pudrem. Koniec!

Mała uwaga praktyczna. Pierwszym ciastem wylepiam formę i wraz z folią do pieczenia zdejmuję z blachy czy formy do tarty. Drugie wylepiam i zostawiam jako bazę, na nie kładę jabłka i przykrywam pierwszym ciastem (po prostu odwracam folię do góry nogami i delikatnie ją ściągam). Jak widzicie na zdjęciach, gdzieś się zawsze ta  kołderka podrze nieco przy zdejmowaniu folii (stąd te pęknięcia), ale nam na szczęście zupełnie takie "niedociągnięcia" nie przeszkadzają. ;)

Ciasto nr 3 - jabłecznik na biszkopcie z migdałami


Składniki łatwe do zapamiętania:

szklanka mąki
szklanka cukru
5 jaj
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtka ubijam z cukrem, dodaję powoli mąkę z proszkiem, a na koniec ubite na sztywno białka. Nie wiem, czy znacie tajniki dobrego biszkoptu, ale w razie czego napiszę kilka uwag (1. białka miesza się z ciastem po pierwsze bardzo delikatnie, a po drugie drewnianą łyżką! W żadnym wypadku metalową końcówką miksera).
Przelewam ciasto do formy (2. nie smarujemy boków, aby ciasto nie przywarło, bo przy stygnięciu tylko środek się zapada, a boki trwają przyklejone do formy!)  i wrzucam na nie pokrojone jabłka. Koniec filozofii. Piekę ok. 35 min. Posypuję płatkami migdałowymi (mogą być zrumieniane na patelni)
Aaa, no i ważna uwaga: 3. nie stresujemy biszkoptu i nie wyjmujemy go od razu po upieczeniu z piekarnika, tylko zawsze zostawiamy przy uchylonych drzwiczkach, aby ostygł.

Ten przepis na biszkopt jest moim od lat sprawdzonym, najlepszym i najprostszym ciastem. To moje ciasto wytrych! ;) Jako baza do tortów, rolad, przekładańców, z owocami i kremami - słowem: mój wierny giermek. :) Stosując się do powyższych zasad w 98% wyrasta takie właśnie wysokie (tych 2% klapniętych wersji jeszcze nie rozgryzłam, może mąka inna, albo jajka za zimne, albo pogoda nie taka...) :)) Ale teraz wiem jak uzyskać efekt podobno zawsze w stu procentach zadowalający.

Trafiłam na przepis na stronie Moje wypieki (zresztą właściwie identyczny z moim - tylko bez proszku do pieczenia, tę rolę pełnią białka z dodatkiem mąki ziemniaczanej, czyli szklankę mąki dzielimy na 3/4 zwykłej i 1/4 ziemniaczanej i w odwrotnej kolejności dodaje się składniki), w którym jest rada, że po upieczeniu należy rzucić biszkoptem o podłogę z wysokości ok. pół metra! Wyobrażacie sobie minę domowników, kiedy wyciągając ciasto z piekarnika mówicie teatralnie, że dosyć macie tego kieratu domowego, tego niedocenianego zajęcia, jakim są prace domowe, etc... i łuup ciastem o podłogę! :))) Chwila konsternacji - bezcenna. :)  Potem oczywiście znów ciasto wędruje do piekarnika, aby spokojnie ostygło. Dlaczego rzucać? Nie podano. 

Dowód, że ciasto wylądowało na podłodze.
Chociaż chyba z mojego przepisu wychodzi jednak wyższe...

Więc ja, nie byłabym sobą, gdybym - zanim rzucę biednym ciastem o podłogę - nie dowiedziała się czegoś więcej. Przecież nie będę rzucać ciastem, jak nie wiem dlaczego! Otóż biszkopt (ten udany) jest ciastem puszystym, a to za sprawą pęcherzyków powietrza, w których znajduje się para wodna. Gdy ciasto stygnie, para wodna skrapla się, zmniejszając swą objętość i "ściągając" ciasto w dół. I nieraz zamieniając "puszka" w gniota. ;) Rzucając biedakiem o podłogę powodujemy, że ciasto się rozszczelnia a bańki powietrzne po prostu pękają lub uciekają. Rezultat: biszkopt nie opada. I oto nam chodzi.

Dzisiaj z malinami (moimi oczywiście) :) , bitą śmietaną i polewą... Rozpusta?
W końcu jak cała rodzina chora, to trzeba sobie jakoś humor poprawić. :))


Co nam szkodzi rzucić biszkoptem o podłogę, prawda?
Pozdrawiam
Ewa

czwartek, 8 listopada 2012

Entliczek-pentliczek, czyli szarlotka contra jabłecznik




W związku z tym, że od dłuższego czasu jestem obdarowywana ekologicznymi jabłkami - a to z działki Teściowej, a to z działki rodziców koleżanki, a to z wiejskiej jabłonki pani Kasi... - działam w kuchni jabłkowo na wszystkie chyba możliwe sposoby. Czuję się jak ten Entliczek-pentliczek, czyli robaczek z wiersza Brzechwy, któremu znudziło się jeść jabłka z dziada pradziada i udał się do miasta, aby zjeść befsztyczek. "A w karcie okropność - przyznacie to sami: jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami, duszone są jabłka, pieczone są jabłka. I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!" U mnie bardzo podobnie: były kompoty i placuszki, musy do naleśników i słodkie pierożki, pieczone jabłka z miodem i chipsy jabłkowe. No i oczywiście jabłeczniki.



A gdy tak piekłam te jabłeczniki, to przypomniało mi się, jak kiedyś trafiłam przypadkiem na jakieś forum, gdzie trwała dyskusja na temat szarlotki, a dokładnie czy szarlotka to jabłecznik. Ubawiłam się po pachy czytając autorytarne argumenty i kontrargumenty przyznające lub odbierające biednej szarlotce prawo do bycia jabłecznikiem. Główna teza głosiła, że szarlotka to ciasto z różnymi owocami (w tym też jabłkami) i nie wolno stawiać znaku równości między jabłecznikiem a szarlotką, bo to zupełnie co innego.



A zatem, jak to jest z tą Bogu ducha winną szarlotką? Bo to, że jabłecznik to ciasto tylko z jabłkami, jak sama nazwa wskazuje, nie trzeba nikomu udowadniać, ale brzmiąca z francuska szarlotka? Czy zamawiając szarlotkę w restauracji czy cukierni, przyszło Wam kiedykolwiek do głowy, że możecie dostać ciasto z wiśniami. Czy przed złożeniem zamówienia upewniacie się: „a z czym jest szarlotka”? Oczywiście, że nie.



I choć nie ma ona jednoznacznej definicji (bo pierwotnie dopuszczała również inne owoce, takie jak gruszki, brzoskwinie, morele), to słownik PWN podaje, że jest to jednak kruche ciasto z jabłkami. I tu mamy ukrytą jedyną różnicę między jabłecznikiem a szarlotką. Otóż szarlotką nazwiemy wyłącznie kruche lub półkruche ciasto z jabłkami, a jabłecznik może być na biszkopcie, na cieście drożdżowym, czy francuskim. 



Ciast z jabłkami jest bardzo wiele. Może też być tarta jabłkowa  - też na kruchym cieście (ale i cytrynowa, morelowa, etc); może być strudel z jabłkami  - też kruche, wielowarstwowe ciasto (ale i np. z wiśniami); może być strucla jabłkowa  - podłużne zawijane ciasto drożdżowe (ale i serowa, makowa). 



Mój skromny apel na dziś: nie komplikujmy tego, co proste, zaufajmy intuicji i pozwólmy szarlotce pozostać szarlotką! :))

Pozdrawiam
Ewa

środa, 7 listopada 2012

Gałki, ach te gałki!

Człek by je garściami brał! Czyli konkretnie ja, bo jestem absolutną fanką "niestandardowych" uchwytów. Jakie one potrafią zdziałać cuda! Najzwyklejszą szafkę zmienią w ciekawy mebel. Dlatego jestem nałogową zmieniaczką uchwytów. Żaden mebel u mnie w domu nie ma uchwytu, z którym został zakupiony. ;) Prędzej czy później ten niepozorny niby element zostanie wymieniony na bardziej oryginalny. A że ostatnio trochę zaszalałam z gałkami, to Wam je zaprezentuję w dzisiejszym nieco wnętrzarskim poście. Zobaczcie same, ile zależy od tego niepozornego maleństwa.

Na początek pokój Rodzyneczki i szara szafa (po spotkaniu z woskiem wybielającym, ale o tym przy innej okazji) i "nowe" uchwyty pomalowane na biało. Uchwyty te to nic innego jak autentyczne starocie wyłuskane na Allegro. Te oryginalne - niczego sobie - powędrowały do innej szafy (o której też przy tej samej innej okazji). ;)

Przed                                                                        Po

Łóżko, które dostało ceramiczne duże gałki w paseczki, które kolorem pasują do obwódek namalowanych wokół okien. Znalezione gdzie? Na Allegro, wiadomo.



Oraz mały kolaż wnętrza, z akcentem na uchwyty.



A teraz sypialnia i szafa garderobiana z tymczasowo wykorzystanymi uchwytami z łóżka Panny wielce małoletniej oraz już z docelowymi gałkami w odcieniu antic white i cappuccino. ;) Gałeczki pochodzą ze sklepu Casabianca.pl, w którym, moim zdaniem, jest całkiem duży wybór ciekawych i niesztampowych uchwytów.

Przed                                                                       Po

Szafeczki nocne jakiś czas temu kupione też na Allegro już oczyszczone, więc przy ich metamorfozie ominął mnie żmudny proces szlifowania! Długo szukałam odpowiednich uchwytów, cudowałam, zmieniałam, aż w końcu mnie olśniło, że te oryginalne są jednak najlepsze, tylko trzeba je pobielić i lekko spatynować. :)

Przed                                                                       Po


 Komoda z Ikei
Przed                                                                              Po



I w tym miejscu mam prośbę do Was. Brakuje mi 4 gałek tego typu do dolnego rzędu komody. Jak widzicie kwiaty różnią się nieco (były kupowane w różnych miejscach - jeden rodzaj w sklepie Bellmaison.pl a drugi na Allegro) i szukam cały czas jeszcze innych w tym samym stylu. Muszę chyba eBay przetrzepać. :) Niestety nie mogę na nic takiego trafić, stąd moja prośba. Może Wam gdzieś podobne gałki wpadły w oko, dajcie znać, gdy się natkniecie przez przypadek na takie kwiaty, bo pilnie poszukuję takowych! Z góry dziękuję za wszelkie tropy. Poniżej pokazuję zbliżenie tych "flowerków", abście wiedziały o co mi chodzi.




I szybki look kolażowy.




Łazienka z jedną jedyną szafką na kosmetyki. Gałki też ze sklepu Casabianca.

Przed                                                                               Po

Podgląd:


No to zagałkowałam Was dzisiaj na całego tymi bzdurkami! Ale co, nie lepiej z nowymi? :))

Pozdrawiam
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...