Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nalewki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nalewki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 lipca 2014

Potrzebne konsultacje?

Niedzielę calutką przebimbałam. A co, w końcu nie często się zdarza, że nikogo nie ma w domu, tylko ja sama! I głównie delektowałam się niczym niezmąconym leżeniem. Ale widać jeden dzień leżenia mi wystarczy, bo już dnia następnego zaraz po otwarciu oczu miałam plan działania - przemalować pokój córci. Tak naprawdę, to na początek tylko dwie ściany, ale te ściany od jakiegoś czasu nie dawały mi spokoju. Wiadomo, że gdy dzieci nie ma w domu, to robota idzie dwa razy szybciej. Wiadomo również, że gdy męża nie ma w domu, to nie ma niepotrzebnego gadania, więc nad czym tu się zastanawiać? Trzeba to wykorzystać.
Wróbelek
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zaczynam mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie kwalifikuje się do leczenia? Albo przynajmniej nie wymaga konsultacji? Sama nie wiem...  W każdym razie pobiegłam do garażu po cekol i nim pierwszy kur zapiał miałam już załatane wszystkie dziury. :) Teraz mogłam spokojnie zająć się ogarnianiem domu. A gdy mąż wrócił, ucałowałam, wyrwałam w locie kluczyki i oznajmiłam, że lecę po farbę. Zdziwienie szybko ustąpiło przerażeniu. Co znowu wymyśliłaś? Nic wielkiego, tylko kontakty odczep od ściany! Gdy już znikałam za drzwiami usłyszałam mamrotanie, że strach mnie zostawiać samą w domu dłużej niż dobę. Oj, tam zaraz strach, przecież to tylko drobna zmiana. Wiem, że zdarzało mi się na przykład przestawić ścianę pod nieobecność męża, albo dobudować filar, więc może i strach uzasadniony. :)) Ale tym razem, to naprawdę kosmetyka, takie preludium do całościowego malowania. W końcu co to są dwie ściany?

Na dobrą sprawę, to pokazywać nie mam co - ściana jaka jest każdy wie. Róż z największych ścian zastąpił stonowany szaro-błękitny kolor o nazwie Dryfujące kry (swoją drogą ciekawa jestem kto wymyśla takie nazwy dla kolorów, np. Stalowa symfonia albo Fale księżyca? Głupie, prawda?). Zrobiło się jaśniej, czyściej i bardziej przestronnie. Przy okazji zamieniłam miejscami szafę (do której zamówiłam jednak siatkę kurniczą) z komodą, a co najważniejsze znalazłam w końcu biurko. I krzesło do tego biurka. :) Co prawda i tak wszystkie dzieci odrabiają lekcje na dole przy głównym stole, ale szkolne dziecko swoje biurko musi mieć. Szczególnie, gdy to dziecko uwielbia rysować, malować, wycinać, kleić... Twórczy bałagan nareszcie będzie robić w swoim pokoju. :) Mebelki zamówię po powrocie. Ale się cieszę! :) I pomyśleć, że gdyby nie to malowanie, nie miałabym tyle radości. Ale mężczyźni tego nie zrozumieją. ;))
Sikorka

Jeśli myślicie, że pojadę sobie a Was bez roboty zostawię, to się grubo mylicie. :) Po drodze z Castoramy, zahaczyłam wczoraj o działkę po czerwone porzeczki i wróciłam z pełną miednicą! Tak obrodziły, że aż oczy się śmiały. Szkoda, żeby się zmarnowało, a za dwa tygodnie na pewno do niczego by się już nie nadawały. Zrobiłam wczoraj nalewkę a dzisiaj ciasto i jeszcze zostało sporo. Zabieram więc ze sobą robotę na wieś i tam przygotuję syrop. Skubanie porzeczek pod gruszą będzie znacznie przyjemniejsze niż w domu. A zatem, do roboty, Kochane!

Nalewka na czerwonych porzeczkach

Pół kilo oczyszczonych porzeczek wrzucamy do słoja i tłuczemy (oczywiście porzeczki nie słój). ;)) Zalewamy gorącym syropem (litr wody + pół kilo cukru) i 700 ml spirytusu. Dodajemy 120 g rodzynków, kawałek laski cynamonu i 1 gwiazdka anyżku i 3 goździki. Mieszamy, zamykamy, odstawiamy w ciepłe miejsce i zapominamy na pół roku. Potem filtrujemy i rozlewamy do butelek. Na Sylwestra jak znalazł. :)


Kolorowy zwrót głowy

Przepis znalazłam w gazetce o tematyce ogrodniczej ;) i nieco zmodyfikowałam.

125 g mąki +60 g mąki ziemniaczanej
proszek do pieczenia
150 g masła
100 g cukru
50g zmielonych migdałów
3 jajka
cytryna

Sypkie produkty mieszamy, ścieramy skórkę z cytryny i wyciskamy sok, dodajemy jajka i masło i zagniatamy ciasto. Pieczemy 20 min. w 200 st. W międzyczasie mieszamy razem:

3 łyżki mleka
3 łyżki cukru
3 łyżki budyniu
ekstrakt waniliowy (może być cukier waniliowy)

i wsypujemy do gotującego się mleka (250 ml) mieszając. Zdejmujemy z ognia i wlewamy 100 ml ajerkoniaku mieszając. W przepisie było podane, aby na ciasto wyłożyć owoce, a potem  i zalać masą, ale stwierdzam, że lepiej będzie, gdy zrobimy na odwrót i ja tak następnym razem postapię. Chodzi tylko o stronę wizualną, bo w smaku niczym się nie będzie różniło, a owocki i tak się przykleją. :) Wysypujemy czerwone i czarne porzeczki, jagody, truskawki i/albo maliny - ważne, żeby było kolorowo, posypujemy płatkami migdałowymi (których niestety nie miałam, a szkoda). Smacznego!

Typowo lipcowe ciasto :)

No tak, powinnam już dojeżdżać na miejsce. Ale nie mam czym, bo samochód nadal siedzi u mechanika, więc czekam i piszę i zaraz wyjdę z siebie. :( Na dodatek lipiec się rozpłakał. Nie lij descu, nie lij! A tu leje, masz ci los! Dlatego przy okazji i z okazji pierwszego dnia lipca życzę wszystkim, wbrew temu co za oknem, słonecznych wakacji. Howgh!

Pozdrawiam
Ewa

P.S.1
Pod moją nieobecność opublikuje się dla Was kolejny wpis o Danii.

P.S.2
Dom niestety jest średnio ogarnięty. ;)
E.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Z białych kwiatów czarnego bzu

Parę dni temu koleżanka postawiła mnie do pionu pytając czy ja już przestałam gotować, bo coś mało ostatnio kulinarnie u mnie na blogu. :)) Rzeczywiście, tak mnie pochłonęła działka i domowe atrakcje związane z dziećmi, że do kuchni wpadałam jak po ogień, a o robieniu zdjęć nawet nie myślałam. Ale że miałam asa w rękawie w postaci kwiatów czarnego bzu, to dzielnie się wybroniłam. Dlatego dziś mała dawka kulinariów, dla wszystkich, którzy się stęsknili za kuchennymi wpisami. ;)



A dziś w roli głównej kwitnący czarny bez. Jeden krzew a kilka wariacji na temat tych niezwykle słodko-pyłkowo pachnących kwiatów. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam ten zapach. Mąż nie podziela mego zachwytu, jemu pachnie ziołowo, ;) ale ja go lubię. W całym domu pachnie teraz słodkim pyłkiem, mniam. Kwiatów nie myję, by nie tracić cennego pyłku. Nie należy również trzepać kwiatami, ;) z tego samego powodu. Nie gadam już, tylko na początek serwuję moją ulubioną naleweczkę.


Nalewka z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
50 baldachów czarnego bzu
2 cytryny
2 limonki
1 l spirytusu

Z wody i cukru przygotowujemy syrop, czyli zagotwujemy razem. Gdy syrop stygnie, układamy baldachy w słoju przekładając plasterkami z 2 cytryn (wyszorowanymi i bez pestek). Zalewamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 7-10 dni. Przez ten czas mieszamy codziennie drewnianą łyżką, aby nie dopuścić do fermentacji. Następnie sok przecedzamy przez sito, zalewamy spirytusem i dodajemy sok z 2 limonek. Słój zamykamy i stawiamy w ciemnym miejscu na miesiąc. Ale nie zapominamy o nim, bo trzeba co kilka dni energicznie nim potrząsać. Na koniec filtrujemy przez gazę, rozlewamy do butelek i odstawiamy na 3 tygodnie. Po tym czasie możemy się już delektować "bzową" naleweczką. :)



I za jednym zamachem robimy syrop, bo sposób przygotowania jest identyczny jak przy nalewce (tyle, że alkoholu nie dajemy). ;)

Syrop z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
ok. 30 baldachów czarnego bzu
1 cytryna

Wodę i cukier zagotowujemy, wyciskamy sok z cytryny i zalewamy kwiaty, które najlepiej poobcinać najkrócej jak się da. Odstawiamy na 3 dni, mieszając codziennie. Po tym czasie przecedzamy, zagotowujemy i gorący wlewamy do butelki. Możemy zapasteryzować. Idealny do placuszków, jako dodatek do lemoniady w upalne dni lub do herbatki w zimowe. :)



Alkohole i syropy odstawiamy na bok i zabieramy się za pyszny aromatyczny dżem. Zwykły dżem truskawkowy w połączeniu z kwiatami czarnego bzu staje się... niezwykły. ;) Wierzcie, że to połączenie intryguje i nadaje anielskiego smaku i wyrafinowania (jeśli tak się mogę wyrazić). ;)) I ten aromat!

Dżem truskawkowy z kwiatami czarnego bzu

1,5 kg truskawek
350-400g cukru
6 baldachów kwiatów czarnego bzu
sok z 1 cytryny
cukier żelujący (pektyna)


Truskawki myjemy, kroimy na mniejsze kawałeczki i wrzucamy do garnka. Zasypujemy cukrem i czekamy, aż puszczą sok (ja w tym czasie obcinam kwiatuszki bezpośrednio nad garnkiem). Dodajemy sok z cytryny i kwiatuszki czarnego bzu (bez zielonych ogonków) i zagotowujemy ostrożnie mieszając. Najlepiej oskubać same kwiatki. Choć to trochę kopciuszkowa robota, opłaci się. Jeżeli nie mamy jednak ochoty bawić się w obcinanie samych kwiatków, można zawinąć je w gazę i tak zagotować, wyrzucając potem zawiniątko. Zostawiamy do ostudzenia (czyli najlepiej zasypać po południu, zagotować wieczorkiem i pójść spać). Rano dodać cukier żelujący, wymieszać i ponownie zagotować, delikatnie mieszając. Jeżeli konsystencja już zgęstniała (czyli taki gęstszy kompot) można przelać do wyparzonych słoiczków i odstawić go góry dnem, jeżeli jest jeszcze zbyt płynna - odstawić do ostygnięcia i znów zagotować.



Żeby temat wyczerpać już maksymalnie, z kwiatów czarnego bzu można zrobić również bukiet. ;) Ślicznie zastępuje gipsówkę, a z czerwonymi różami wygląda wyśmienicie.



A parę dni temu przeczytałam u Zielonej Asi, że Ona kwiaty czarnego bzu suszy i zimą robi z nich i liści lipy napar, gdy przeziębienie puka do drzwi. Bardzo dobry i bardzo mało ;) pracochłonny pomysł. Suszę więc i ja!


Na koniec nie może zabraknąć moich ulubieńców. Padało ostatnio troszkę, stąd deszczowe ptaków rozmowy...
Ciekawe czy już otwarte?
Trzeba sprawdzić
Chłopaki, towar rzucili!


Pozdrawiam smakowicie, miłego pichcenia ;)
Ewa


czwartek, 21 lutego 2013

Jestem, choć mnie nie ma

Jeśli czytacie ten post, to znaczy, że wszystko poszło jak trzeba i post opublikował się pod moją nieobecność. Wy czytacie, a ja wędruję po górach. Mam taką nadzieję, bo najmłodsza pociecha pojechała z katarem i kaszlem, i albo tam go zgubi, albo my będziemy zgubieni! Dlatego mąż, jako domowy zielarz i piewca "alternatywnych", czyli naturalnych metod leczenia, przygotował na wyjazd wyciągi i napary, a ja wzięłam w słoiczek z moją nieśmiertelną miksturkę. :) Zobaczymy kto kogo pokona! Trzymajcie kciuki, bo inaczej urlop się nie uda.

Ale żebyście się nie nudziły, gdy mnie nie ma, przygotowałam dla Was proste i smaczne zadanie: zrobić nalewkę pomarańczową. :) Teraz pomarańcze są najsłodsze, dlatego to dobry czas na taką właśnie naleweczkę. Skoro sama zdążyłam jeszcze szybko przed wyjazdem ją nastawić, to i Wy dacie radę. ;)

Nalewka pomarańczowa

6 słodkich pomarańczy (z pępkiem), porządnie sparzyć i wyszorować szczoteczką. Skórki obrać i usunąć albedo (czyli białą "podszewkę") za pomocą łyżki (tak najłatwiej) i wrzucić pokrojone do słoja. Wycisnąć sok z 1 pomarańczy oraz można dodać kilka goździków, ale ja nie miałam. Wlać nie cały 1 l syropu zrobionego z wody i cukru (jak pomarańcze są naprawdę słodkie, to cukru dać niewiele), oraz 1 l spirytusu. Zamknąć i odstawić na 2 tygodnie. Po tym czasie przefiltrować, przelać do butelki i zakorkować. Degustować można już po kilku dniach. ;)


Po drugie, już dawno nie było nic na temat postów literackich. Nie znaczy to, że od listopada nic nie przeczytałam. Co prawda, z wiadomych Wam przyczyn, druga połowa grudnia i pierwsza stycznia wypadły mi zupełnie z czytania, ale 8 pozycji czeka już na recenzje, a ja nie mogę usiąść i w spokoju napisać, bo ciągle coś innego mam do roboty. A to też niestety wymaga chwili namysłu. Niedługo nazbiera mi się tyle, że po prostu nie dam rady.
Tak, jak pisałam wcześniej, polecać Wam będę te lektury, które moim zdaniem warto przeczytać, bo coś po przeczytaniu zostawiają - czegoś uczą, bawią, zachwycają, relaksują, lub są po prostu świetnie i ciekawie napisane. W recenzję dwóch książek tej samej autorki nie będę się wgłębiać, tylko króciutko zasygnalizuję.

Magdalena Witkowska niewątpliwie ma lekkie pióro i łatwość pisania, ale nie jest to literatura z najwyższej półki. Przeczytałam kiedyś w jakieś gazecie opinię autorki na temat pisarstwa - uważa ona, że skoro każdy na codzień ma mnóstwo różnych problemów, dlatego książki nie powinny przygnębiać czytelnika, lecz odprężyć i poprawić humor. Nie jestem pewna jaki poziom wrażliwości i rozwoju osiągnęłoby społeczeństwo, gdyby czytało tylko książki lekkie, łatwe i przyjemne, ale nie twierdzę, że takie nie są potrzebne. Jeżeli ktoś chce się jedynie zrelaksować to "Milaczek" jest taką właśnie pozycją na jeden kęs. To niewielka książeczka napisana z humorem, trochę w stylu Chmielewskiej (choć to nie kryminał), trochę w stylu "Bridget Jones". Bardzo pogodna i baaaardzo lekka, ot taka na chwilę odprężenia.

Druga książka tej autorki to "Opowieść niewiernej" poruszająca problem wielu współczesnych małżeństw - samotność we dwoje. Mąż egoista, myślący głównie o sobie i swojej pracy, podejmujący autorytarne decyzje za dwoje uważając je dla obojga najlepsze. Dodatkowo budujący dom na drugim końcu Polski, więc nieobecny ciałem i duchem oraz zmęczony. Ona, z miłości godząca się na taki układ, z czasem z poczuciem odrzucenia i niespełnienia, coraz bardziej zagubiona w życiu i nieudanym małżeństwie. Temat ciekawy, na czasie i istotny, lecz moim zdaniem potraktowany przez autorkę trochę powierzchownie. Rysy charakterologiczne zbyt jednoznaczne, a sama zdrada, do której dochodzi z jej strony, nieuzasadniona psychologicznie. Mimo to książkę dobrze się czyta. Choć uważam, że gdyby autorka w problem wniknęła głębiej, książa mogłaby być naprawdę ważną pozycją w polskiej literaturze współczesnej.

Dwie już mi odpadły, jedną dziś polecę i zostanie tylko 5. ;) Mam dziś dla Was propozycję, którą przeczytałam całkiem niedawno. Wychodzi na to, że rozpocznę recenzje od ostatnio przeczytanych i zacznę się cofać. :))

 Tytuł tej książki wydał mi się na tyle dziwaczny, że nie zachęcił mnie wcale do czytania - pewnie książka jest równie dziwaczna jak ten tytuł, pomyślałam. Opis: "brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników" też nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, bo ostrożnie podchodzę do tego, co zachwyca miliony i co znajduje się na listach bestsellerów. Jednakże książka Jonasa Jonassona "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" okazała się wyśmienitą, mistrzowską lekturą. Owszem, książka jest nieco dziwaczna, a to za sprawą absurdalnie nieprawdopodobnej wręcz fabuły i humoru miejscami czarnego, miejscami jak z Monty Pythona. Mnie to akurat odpowiada. ;) Napisana jest świetnym językiem, z wartką akcją, kreśloną z przymrużeniem oka. Zabawne losy stuleniego głównego bohatera, mającego niemały (jak się okazuje!) wpływ na losy całego świata, przypomina nieco naszego Franka Dolasa z "Jak rozpętałem II wojnę światową". Główny bohater, prosty Allan Karlsson, miał zdolność znajdowania się (zupełnie przez przypadek) w centrum ważnych wydarzeń i przez to wpływał na bieg historii. W końcu pił z prezydentem Trumanem i generałem Franco, śpiewał ze Stalinem i tulił na kolanach małego Kim Dzong Ila.
Akcja zaczyna się od ucieczki jubilata przez tytułowe okno Domu Starców, w samych kapciach, na chwilę przed wielkim przyjęciem organizowanym z okazji jego setnych urodzin. Na dodatek na dworcu kradnie walizkę, która okazuje się własnością organizacji przestępczej. Na kolejnych stronach mamy już konsekwencje ucieczki i kradzieży przeplatane opisem jego wcześniejszego barwnego stuletniego życia. Czyta się jednym tchem i z uśmiechem. Polecam.

Po trzecie, na zakończenie pokażę Wam dwie ręczne robótki. :) Pudełeczko na kolczyki, które zrobiłam sobie przygotowując Candy. Jeszcze w fazie przejściowej, jak to u mnie zwykle bywa. ;) Mam zamiar wyścielić dół, aby kolczyki "na śrubkę" miały miękkie lądowanie (bo te wiszące nie mają na co narzekać). ;) Ozdobione adekwatnym do pomieszczenia napisem. ;) Oczywiście, gdy pudełko było już nawoskowane stwierdziłam, że naniosę napis - mądrala ze mnie! Do tej pory napisy nanosiłam na powierzchnie malowane, a nie woskowane, więc miałam mały kłopot. Na szczęście zwróciłam się o pomoc do najbardziej kompetentnej osoby w tej materii. Agatko, jestem Ci wdzięczna za radę! :)) Musiałam sobie trochę extra poszlifować - taka robota głupiego, ale się udało.
 Na razie tak się prezentuje na łazienkowej półce:


Listownik z kolei zrobiłam w styczniu na urodziny mojej dobrej koleżanki. Chciałam, aby był lekko "starawy" i w ciemnym brązie, aby pasował do stylowego sekretarzyka oraz foteli i kanapy. Starałam się, aby ornament kwiatowy był jak najbardziej zbliżony do motywu na poduchach. ;) Technikę zastosowałam mieszaną - bejca i farby akrylowe oraz złocenia, których nie widać na zdjęciu. Relief oczywiście wypukły z pasty strukturalnej. Mam nadzieję, że się podobał i że się przyda na ważne notatki.


Na tym kończę dzisiejsze paplanie o tym i o owym. ;)
Do miłego po powrocie
Ewa

piątek, 30 listopada 2012

Gdzie ukryć naleweczki?

Tak jak wspomniałam dziś będzie o zapomnianej (przeze mnie) pigwie. Jakiś czas temu nastawiłam naleweczkę z pigwy i ... głowy mojej zajętej już ona nie zaprzątała. Ostatnio ciągle coś było pilniejszego, że odłożyłam nalewkę i wpis o niej na bok i zupełnie zapomniałam! Dopiero gdy zlewałam ją do butelek, olśniło mnie, że przecież nie napisałam o niej postu. A ona tak milcząco rozczarowana stała tyle czasu! ;)

Najpierw dojrzewała sobie cierpliwie na salonowym parapecie ciesząc zmysły ;)

Pigwa (jedyny przedstawiciel rodzaju pigwa) oraz pigwowiec - należące do rodziny różowatych - często są mylone ze sobą, a to odpowiednio: niewielkie drzewa oraz krzewy, których owoce podobne do małych jabłuszek dojrzewają we wrześniu i październiku. Potrzebują ciepła i słońca przez długi czas, czego nasz klimat o tej porze roku raczej nie może zapewnić. Niemniej jednak uprawa się przyjęła i owocują bez zarzutu. Owoce nie nadają się do spożycia prosto z krzaka, bo są twarde i kwaśne, ale idealnie nadają się na wszelakie przetwory, a w szczególności ;) na nalewki. Znalazłam nawet przepis na zupę pigwową, ale niestety po pigwie o tej porze ani śladu. A miałam nadzieję, że taką piękną jesienią jeszcze zastanę pigwę na krzaczku, a tu ...pusto. :( 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że pigwa/pigwowiec ma więcej witaminy C niż cytryna (ale to żadna rewelacja, bo i kiwi i imbir i wiele innych owoców jest bardziej bogate w tę witaminę), więc idealnie zastępuje ją w herbacie. Ma całe bogactwo składników mineralnych oraz komplet witamin z grupy B. Reguluje trawienie, więc jest niezastąpiona na wszelkie kłopoty żołądkowe, działa przeciwwymiotnie i przeciwzapalnie, wzmacnia odporność, obniża ciśnienie i reguluje poziom cholesterolu, a nawet redukuje zmarszczki (stosowana oczywiście zewnętrznie!). :)) Ma piękny cytrynowo-korzenny zapach, dlatego warto ją schować do szuflady, np. z bielizną.

I jak tu jej nie lubić i nie kurować się nią w długie zimowe wieczory? 



Zdjęcia jeszcze słonecznie jesienne ;)


Nalewka pigwowa

Kilogram owoców pigwy lub pigwowca pokroić i oczyścić z nasion, zasypać kilogramem cukru i odstawić na 10 dni. Zlać syrop, połączyć z litrem spirytusu i odstawić na 3 miesiące. Prosta? Bardzo. Pozostałe owoce można ponownie wykorzystać zalewając litrem wódki i zostawiając na co najmniej pół roku (ja oczywiście nie omieszkałam z tego skorzystać i w kwietniu będzie jak znalazł). ;)




A wracając do tytułu dzisiejszego wpisu pokażę Wam przy tej okazji moją tajemną skrytkę na nalewki. ;) Wylicytowany, jakiś czas temu, nakastlik przeszedł błyskawiczną metamorfozę. Pamiętam, że przybył do mnie na kilka dni przed powrotem męża, a że był naprawdę w opłakanym stanie musiałam się szybko wziąć do roboty, aby mąż nie zobaczył co ja za gruchot do domu zaprosiłam. ;) Nawet Mama na moją propozycję, że może chciałaby taki pomocnik do kuchni, skrzywiła się ze wstrętem! Cóż, skoro niemiła księdzu ofiara, to ja to cielątko szorowałam, szlifowałam, sztukowałam, w końcu pomalowałam i nawoskowałam. Dodałam drewniany dekor, nowe półeczki, plecy i szyldy i mam od jakiś 2 tygodni stróża naleweczek! Ot, taki tymczasowy podręczny bareczek. ;) Ale coś czuję, że niedługo oddam go dzieciom we władanie - niech trzymają tam swoje bloki i rysunki, mazaki, farbki, pastele,... bo ciągle mi się gdzieś te akcesoria artystyczne plączą na wierzchu, a wysokie karafki i tak się w nim nie mieszczą. :( 



Przy okazji pokażę Wam, co wczoraj zgarnęłam w Duce za całe 19,90 zł. Zawsze chciałam mieć koronę (nie na głowie oczywiście). :) Wiecie, że jako mała dziewczynka, gdy wszystkie koleżanki chciały być księżniczkami, ja (przewrotna natura już dawała o sobie znać), chciałam być służącą?! :)) Po latach jednak korony się doczekałam. I nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie ozdobić już świątecznie. :)) Taka pierwsza przymiarka na szybko - i tak świecznik adwentowy ozdabiałam, więc hurtem poleciałam. ;)



Wpis znowu mi wyszedł taki upakowany jak .zip i na dodatek na pół jesienny, a na pół zimowy! :)) Wracam do roboty, bo zaraz kolację dzieciom muszę robić. Ech, jak ten czas gna!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do miłego
Ewa

wtorek, 25 września 2012

Rydze, koźlaki i maślaki


Jeśli myślicie, że weekend na wsi upłynął mi wyłącznie na leżeniu z książką przed kominkiem, to się grubo mylicie! Kochana pani Kasia (przyjaciółka mojej Mamy, do której jeżdżę na wieś) – mój wzór gościnności – jest namiętną grzybiarką. Nie przepuści ani jednej nóżce do tego stopnia, że w piątek już od 5 rano szalała po okolicznych lasach! A to, co zastałam po przyjeździe przeszło moje najśmielsze wyobrażenia! Nie uwierzycie, ile taka drobna osoba może nazbierać grzybów do południa! Porwałam to, co się jeszcze dało sfotografować, aby uwiecznić te piękne dary lasu, bo reszta była już w trakcie przerobu.


Tak więc nie było rady, trzeba było zakasać rękawy i do roboty! Cały dzień upłynął na czyszczeniu, krojeniu, suszeniu, gotowaniu, marynowaniu, mrożeniu i smażeniu. A ile przy tym było śmiechu! Bowiem trzeba było przy okazji posprawdzać, czy letnie naleweczki są wystarczająco idealne w smaku. ;) Inaczej można by się było załamać przy oporządzaniu taaakiej ilości grzybów. Tak więc robota szła bezboleśnie, a śmiech trzech bab niósł się po pobliskich polach i łąkach!


Rudy, rudy, rudy, rudy rydz... skończył w marynacie :), ale taż na patelni


Następnego dnia sama, z koszykiem i psem za towarzysza, ruszyłam w zagajniki i przytargałam cały kosz maślaków, 1 rydza :( i 2 koźlaki. :(

Tytułowy rydzyk, koźlaczek i maślaczek
oraz prawdziwek i zielonka


Skoro dzisiejszy post jest taki "zagrzybiały", to pokażę Wam jeszcze, co ostatnim razem ze wsi przywiozłam - trochę złotych kurek. Mało ich w tym roku jakoś było, ale sezon kurkowy zaliczony. Nie wiem w jakich kulinarnych konfiguracjach lubicie jeść kurki, ale dla mnie numerem 1 jest tarta z kurkami. Palce lizać!




A na zakończenie, co by grzybki łatwiej było trawić ;), przepis na super łatwą, super smaczną i co najważniejsze od razu gotową do spożycia

nalewkę aptekarską

Bierzemy: 
  ok. 1,5 kg cytryn
1 kg cukru
1 l 3,2% mleka
1 l spirytusu

Cytryny obieramy ze skórki i albedo (tak, aby po obraniu ważyły kilogram); kroimy na plasterki usuwając pestki. Dla aromatu możemy dodać trochę sparzonej, cienkiej skórki, ale nie jest to konieczne. Wrzucamy do słoja, zasypujemy cukrem, merdamy, zalewamy mlekiem, merdamy, i na koniec spirytusem. Odstawiamy na ok. 10 dni starając się codziennie (a nawet kilka razy dziennie) zamieszać. Powstała (ze zmieszania płynów o różnej gęstości i ciężarze) emulsja będzie się rozwarstwiać - nie przejmujcie się tym, to normalne, tylko merdajcie chochlą w słoju przynajmniej raz dziennie. Potem odsączamy bardzo dokładnie (co trwa dosyć długo – ok. 2 dni, dlatego dobrze jest to robić w weekend, gdy jesteśmy w domu) i od razu degustujemy. Co ciekawe, po przefiltrowaniu naleweczka jest przezroczysta o delikatnie żółtym odcieniu. A ten biały „alkoholowy krem” pozostały z odsączania proponuję dodać do sernika, albo tarty cytrynowej (wersja wyłącznie dla dorosłych!). :))




Pozdrawiam

zgrzybiała ;))
Ewa


czwartek, 20 września 2012

Zamalinowałam się


Albo raczej: zamelinowałam się w kuchni z malinami! :) A wszystko za sprawą dobrze spędzonego weekendu z przyjaciółmi, bowiem od nich się właśnie dowiedziałam, że mam plantację malin niemalże pod własnym nosem. Myślałam, że maliny już mi przeszły w tym roku koło nosa, a tu okazuje się, że nie dość, że są, to jeszcze świeże i tak blisko! Popędziłam więc czym prędzej na tę plantację malin (i jeżyn!) i przywiozłam maliny na syropy (które u nas idą jak woda) i  na likierek damski, a co? Słuchajcie, jaki obłędny zapach mają maliny dopiero co zebrane i to w takiej ilości! Aż się w głowie kręci. Świeżutkie, prosto z krzaka "zrywali przybyłe tej nocy maliny"... pracownicy na akord, ;) a ja je łaps i do domu. Kochani, cały samochód wypełniony był ich słodkim aromatem i od razu myślami zwędrowałam do  malinowego chruśniaka Leśmiana i wyobrażałam sobie jak tam cudownie "duszno było od malin".  I tak oto, w lekko poetyckim ;)) nastroju zabrałam się za ich przerób. I tak oto od poniedziałku bez przerwy "malinuję się"!



"Na sam przód" zabrałam się oczywiście za:

Francuski likier malinowy damski

Kilogram malin rozetrzeć na miazgę z 1,5 kg cukru i odstawić na 2 dni. Następnie zalać 1 litrem spirytusu, dobrze wymieszać i zostawić na dobę. Potem przefiltrować, przelać do butelek i odstawić na 3 miesiące, aby się przegryzł. Voila! Prosty przepis, prawda?


Do naleweczki pasują babeczki ;))

Produkcja syropu też musi być prosta i ekspresowa, bo przy mojej licznej trzódce i ich zajęciach popołudniowych nie mam wcale czasu, aby bawić się w rasowego kucharza (a żałuję!). Choć bardzo lubię kucharzyć, to na co dzień nie mogę sobie czasowo pozwolić na przygotowywanie wymyślnych potraw - ma być szybko, zdrowo i smacznie. I muszę powiedzieć, że jestem już chyba specjalistką od tego typu potraw. A w jesienne wieczory, albo zimową porą, taki aromatyczny i uodparniający soczek to dopiero jest radość!
A z pozostałych malin i fixu powstały oczywiście dżemiki. Jutro na obiad będą naleśniki - kto zgadnie z czym? :)))


A skoro maliny tak licznie zawędrowały pod mój dach, to zrobiłam jeszcze lekko zmodyfikowany przeze mnie „Zapomniany deser" Nigelli. Pracy przy nim tyle co nic (a jakżeby inaczej?), ;) a jest to naprawdę fajne, puszyste i lekkie jak piórko ciacho. Ale przestrzegam, że po zjedzeniu może przybyć kilogram. :) Najlepiej zrobić go z myślą o dniu następnym, czyli wieczorem tuż przed pójściem spać. 

8 białek i 0,5 łyżeczki soli ubijamy na sztywną pianę. Stopniowo dodajemy 320 g cukru, 1 łyżeczkę proszku do pieczenia i 1 łyżeczkę ekstraktu waniliowego. Rozprowadzamy na natłuszczonej blasze (moim zdaniem najlepiej prostokątnej) i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 220ºC. Natychmiast piekarnik wyłączamy (nie zaglądamy do środka!) i idziemy spać. Następnego dnia dekorujemy bitą śmietaną wymieszaną z pokruszonymi bezami (ja zawsze biorę śmietanę 30% i ubijam z łyżką cukru pudru). Rozsypujemy przeróżne owoce, jakie lubimy, np. maliny, truskawki, jagody (rewelacyjne jest z wiśniami, ale mogą też być jeżyny, brzoskwinie – w zależności od "dojrzałości" lata) i gotowe. 




A co zrobić z 8 żółtkami?! Dodać 3 całe jajka i zrobić baaardzo słoneczną jajecznicę na sobotnie lub niedzielne śniadanie (oczywiście to nie jest porcja dla singla - chociaż, kto wie? :)) - ale dla 5-osobowej rodziny jak najbardziej). 


Smacznego!

Wracam do roboty, bo jutro rano jadę na cały weekend na wieś, a dom muszę przygotować na nieobecność Matki Polki ;) (szkolne dziecko w tę sobotę odrabia 2.11.). No i muszę jeszcze koniecznie dzisiaj posadzić cebulki tulipanów, bo właśnie do dzisiaj jest dobry czas na sadzenie.

Do zobaczenia po weekendzie
Ewa

piątek, 14 września 2012

Ognista woda kochać lubić pić


Być raz wielcy trzej wodzowie
Oni mieć wielkie zdrowie
I ognista woda kochać lubić pić
Oni mieć zawsze humor
I bez przerwy robić rumor
Oni jak bawoły dzikie potem wyć


Znacie tę piosenkę o wodzu Manitou? Ja też kochać lubić pić ognista woda, a dokładnie naleweczki, tyle tylko, że jak bawół potem nie wyć. :) Bo naleweczkami człowiek się przecież raczy, a ja uwielbiam nalewki wszelkiej maści – niezastąpiony dodatek do ciast i dobrego towarzystwa. Przez ostatnie kilka lat nie zrobiłam ich jednakże zbyt wiele. Wykluczona z grona degustujących z powodu karmienia, a potem zbyt zmęczona, żeby się nimi delektować (dosłownie kilka łyków działało na mnie silnie usypiająco), stwierdziłam, że poczekam z domową produkcją na lepsze czasy. A jest co robić - owocowe, ziołowe, korzenne, likiery, etc.  Dlatego wszem i wobec ogłaszam, że rozpoczynam niekończący się sezon nalewkowy! A będzie się działo! Oj, będzie!





Dziś nadal w odcieniach fioletu, ale daleko od subtelnego wrzosu,  tym razem mroczna jeżyna. Owoc sierpniowy, już się powoli kończy, ale jeszcze zdążyłam nastawić z niego naleweczkę. 
Odsłona pierwsza, jedna z moich ulubionych:

Jeżynówka


Bierzemy kilogram dojrzałych, przebranych jeżyn i po umyciu i osuszeniu wkładamy do słoja przesypując cukrem (w zależności czy są słodkie czy lekko kwaskowe od 750 g do 1 kg). Słój zakręcamy i odstawiamy na 10 dni potrząsając nim w międzyczasie. Następnie wlewamy 250 ml spirytusu i znów  odstawiamy na 10 dni od czasu do czasu potrząsając słojem. Potem zaprawę zlewamy do drugiego słoja, a jeżyny rozgniatamy i zalewamy 0,5 l  czystej wódki i odstawiamy na tydzień. Po tym czasie łączymy oba alkohole, mieszamy i w razie potrzeby możemy jeszcze dosłodzić miodem rozpuszczonym w małej ilości ciepłej wody (tak się zdarza, gdy jeżyny są kwaśne i kilogram cukru nie wystarczy). Przefiltrowane rozlewamy do butelek i ...odstawiamy na 6 miesięcy w chłodne, ciemne miejsce.

Pracy nie jest znowu tak dużo, tylko na efekty trzeba poczekać, ale zapewniam Was, że cierpliwość się opłaci. Nalewka jest przepyszna! A gdy tak będziecie czekać, aż naleweczka "dojdzie", nie narzekajcie, że to tyle trwa (niektóre odstawia się przecież na rok lub dwa), tylko sobie pomyślcie, że w szlacheckiej Polsce przygotowywano naleweczkę na chrzciny dziecka, a podawano do stołu... na jego weselu! No, to się nazywa cierpliwość!



Pozdrawiam fioletowo

Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...