Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 czerwca 2017

Zimowe ptaszki w środku lata

Bardzo dziwnie tworzy się świąteczne kartki, gdy za oknem gorąco, słońce przygrzewa i słychać brzęczenie owadów. A tu trzeba z letniej aury przenieść się w ten magiczny czas, w atmosferę iście zimową. Już wcześniej u dziewczyn skrapujących obił mi się o oczy pomysł na tworzenie bożonarodzeniowych kartek przez cały rok tak, by gdy nadejdzie ten zwariowany świąteczny czas, karteczek na tę okoliczność mieć już dość i nie denerwować się, że jeszcze trzeba życzenia na czymś napisać. ;) Dla takiej zakręconej osoby jak ja, to pomysł wręcz idealny. ;)

NINJA ;)

Powiem szczerze, że u Uli K. z Kulskowa skusił mnie ptaszek, bo je uwielbiam. Zawsze i wszędzie. A w zimowej odsłonie są, moim zdaniem, takie wzruszające. Na czerwcowej kartce, według wytycznych Uli miał znaleźć się ptaszek - takie było jedyne zalecenie. Wybrałam obrazek i pasujące papiery w kolorze zimowego nieba, kilka dodatków i powstała taka trochę mroźna kartka:



Z kolei w "Świętach na okrągło" u Inki z Klonowej trafiłam na inne niż zazwyczaj wyzwanie. Inka nie podała żadnej inspiracji czy  podpowiedzi, tylko składniki na stworzenie kartki. ;) Nie było łatwo, to mało powiedziane. Już myślałam, że się poddam i zacznę od przyszłego miesiąca, bo nic mi nie wychodziło, ale że mania kartkowania mnie dusiła, to nie miałam wyjścia. ;)


Wytyczne:
  • 3 różne papiery (plus baza) - to było do zrobienia.
  • 3 prostokąty różnej wielkości (mogą być kwadraty) - nie wiem dlaczego, ale strasznie trudno było mi upakować te 3 figury i kółko poniżej.
  • 3 półperełki (bądź zamiennie guziki, cekiny itp) - u mnie drewniany guziczek, b perełki do tego tylu nie pasują
  • 1 koło serwetka (papierowa, wykrojnikowa, materiałowa, wycięta z wzoru np. pieczątki) - nie bardzo wiedziałam, na co się zdecydować i jak to połączyć z tymi prostokątami ;)
  • 1 napis - w miarę szybko się zdecydowałam (bo nie miałam za dużego wyboru) ;)
  • 1 wstążka (tasiemka, koronka zamiennie) - u mnie sznurek, mam nadzieję, że też się liczy ;)

W rezultacie wyszło takie oto lekko rustykalne coś:



Zatem do Inki na Święta na okrągło zgłaszam tę karteczkę:




Z kolei do Uli na Kartki - Boże Narodzenie zgłaszam obie karteczki, gdyż obie są z ptaszkami.




Pozdrawiam dziewczyny i żegnam się z Wami ptaszkiem, który zaglądał do mnie przez okno z balkonowego winobluszczu - pewnie był  bardzo ciekaw, jak mi wyszły kartki! ;)
 

Uściski przesyłam
Ewa


wtorek, 7 czerwca 2016

Taki dzień


"Tylko taki dzień wstaje, jaki witamy przebudzeni. 

Wiele ich czeka na nasze zaproszenie."

                                                                                                          H.D. Thoreau


Nie ma drugiego takiego miesiąca w roku, w którym zmiany zachodziłyby tak szybko. Tylko w maju może się tak zdarzyć, że zerkając pewnego dnia przez okno, zobaczymy nagle gmatwaninę zieleni. Wczoraj jej jeszcze nie było. Było cicho i przewidywalnie. Wczoraj bzy przygotowywały się do rozkwitu, czosnki powoli rozchylały swój kulisty wachlarz, pączki róż i powojników nieśmiało wyłaniały się z nicości a zieleń nie mogła się zdecydować, w którym odcieniu jej ładniej. Słowo daję, że tak było jeszcze wczoraj.

Ptaszki
Wczoraj   i   dziś
Ptaszek

Dziś przebudziłam się w czerwcu. Już po maju. Świsnął, błysnął i przeminął, nawet nie wiem kiedy. Zostało po nim jedynie rozbuchane ego roślin...


i bałagan w balkonowej donicy.

 
A chciałam pokazać jak w tym roku machał do mnie z balkonu mój ukochany, delikatny bez,  który swoją wonią zniewala wszystkich gości...


... opowiedzieć o płotku, który mąż nareszcie skończył w tym roku montować wzdłuż całej balustrady (hip, hip, huraaa!) ;)

ptaszek na płotku

... i nowym poidełku dla skrzydlatych przyjaciół, których od wiosny z niecierpliwością wypatruję.

wróbelki

Bo czasem tak bywa, że życie śmiga jak wiatr, galopuje, pędzi. Innym razem kula się niemrawo, zwalnia, przystaje. Czasem dorównujesz mu kroku, a czasem nie. Czasem tak właśnie bywa. Ale tak jak mów Thoreau "tylko ten dzień świta, którego jesteśmy świadomi", a ja bardzo chcę być świadoma każdego dnia, który wstaje. W czerwcu pozostało jeszcze wiele dni do zachwytu. Oby nie czekały na zaproszenie. Czego i Wam z całego serca życzę - świadomie witajmy każdy dzień! :)

 wróbelki


Wysyłam do Was najserdeczniejsze pozdrowienia
Wasza zaptaszkowana Ewa ;)


czwartek, 11 czerwca 2015

O poranku

O wiosennym poranku, kiedy cisza kładzie się do snu, lubię wsłuchać się w szelest sypanych ziaren do karmnika. Trzy pełne garści, nic wielkiego - niemy znak miłości dla skrzydlatych przyjaciół. One odwdzięczają się odwiedzając mnie przez cały dzień. I to one, swoimi ćwierknięciami, wzywają rano słońce. A słońce zna język ptaków.



Chwilę później, kiedy siedzę na wprost okna, lubię patrzeć, jak pierwsze promienie słońca figlarnie wślizgują się na balkon. Wspinają się lekko po krzaku bzu splatając sobą jego gałęzie i tworząc na drewnianym płotku koronkową mereżkę światła. 


Zaglądają między liście winobluszczu, skaczą po kwiatach, kładą się na pąkach lawendowej róży. Budzą dzwonki i stokrotki, głaszczą kocie myśli. Śledzę pilnie ich wędrówkę, ich zabawę, a może pracę? A potem nagle znikają zabierając ze sobą cienie. Nie wiadomo jak, ani gdzie. Jedna chwila nieuwagi i już ich nie ma. Wypełniły sobą dzień i zniknęły, zostawiając po sobie jasne echo.


Dziś o poranku pomyślałam sobie, że gdyby Bóg dał mi wybór, pod jaką postacią chcę wrócić na Ziemię - mogłabym być światłem. Byłabym jednym z miliardów promieni, tak jak teraz jestem jednym z miliardów ludzi. Miałabym świetliste zadanie do wypełnienia każdego dnia, o którym bym nic nie wiedziała. Zupełnie jak teraz. Ale będąc promieniem, wiedza ta do niczego nie byłaby mi potrzebna. Za to rozumiałabym szum drzew i wiedziała o czym śpiewają ptaki. Mogłabym przeniknąć ciszę i zajrzeć w głąb morza. Mogłabym biec między gwiazdami aż na skraj wszechświata, albo malować piegi na dziecięcej buzi. W czasie tej wiecznej, niekończącej się wędrówki, zawsze mogłabym zatrzymać się na chwilę, by odpocząć na najwyższych szczytach gór, albo pokołysać się na najmniejszych źdźbłach traw. Tkałabym kilimy ze światłocieni oraz senne marzenia na rozgrzanej plaży. Umiałabym pewnie także poparzyć, spalić lasy, wysuszyć źródła, ale również rozgrzać ludzkie serca oraz nasiona uśpione w glebie, by pękły odsłaniając to, co najcenniejsze.
Tak, mogłabym być światłem o poranku... 


Wszystkiego dobrego na nowy dzień
Ewa



środa, 20 maja 2015

A maj już się kończy

Między wdechem a wydechem nie ma nic. Istnieje wymiar, chwila, moment, w którym nie ma nic prócz oczekiwania. Pomiędzy ostatnim, głębokim i mroźnym wdechem zimy a pełnym słodkich zapachów wydechem lata jest maj. Tak jak zmierzch nie jest nocą, ani brzask - dniem, tak maj nie jest jeszcze pełnią obfitości. Jest jej zmysłową zapowiedzią. Jest pragnieniem. To właśnie maj zaczyna nabrzmiewać kolorami, odurzającymi zapachami, kształtami, z których każdy może wybrać swój ukochany.


Lecz maj w tym roku jakiś taki nie w sosie, chwiejny, zmienny, płaczliwy, jakby nieobecny. Gdyby nie obfitość soczysto zielonych liści drzew, gdyby nie żółte piany rzepaku wzdłuż dróg, nie fiolety, róże i niebieskości bzów myślałabym, że nie przyszedł wcale. Ja wciąż na bezdechu pozostawałam w wymiarze wyczekiwania. Blog niedługo zaniknie w sposób naturalny. Nie miałam siły go reanimować, bo sama wymagam reanimacji. Czuję się jak matrioszka, ta najprawdziwsza, najmniejsza, ostatnia schowana pod dźwiękoszczelnymi warstwami coraz większych wersji nie-mnie. A maj już się kończy...

Kończy się kwitnącymi bzami na moim balkonie znów zaglądającymi radośnie do domu.


Kończy się odwiedzinami ptaszków, na które bardzo lubię patrzeć.  Tak, jak zeszłej wiosny, w maju, rozpoczęły sezon ziarenkowy i za oknem pojawił się tak długo przeze mnie wyczekiwany ruch. ;)



Kochane, do życia przywrócił mnie nowy ogrodniczy post Kasieńki i tak się ożywiłam, że złapałam za aparat i laptop i tym sposobem powróciłam. ;) Zdjęcia nie najlepsze, bo pochmurno, deszczowo, wieczorowo i szyby nieumyte, ale majowo jest. ;) I tak sobie pomyślałam, że to chyba miłość? Do ogrodu, przyrody, kwiatów, zapachu ziemi. Bo tylko miłość potrafi zdziałać cuda. Okazuje się, że wystarczy o tym poczytać, pooglądać i radość ogrodnika przechodzi na czytającego. ;))


Pozdrawiam już na pierwszym majowym wdechu
Ewa

wtorek, 1 lipca 2014

Potrzebne konsultacje?

Niedzielę calutką przebimbałam. A co, w końcu nie często się zdarza, że nikogo nie ma w domu, tylko ja sama! I głównie delektowałam się niczym niezmąconym leżeniem. Ale widać jeden dzień leżenia mi wystarczy, bo już dnia następnego zaraz po otwarciu oczu miałam plan działania - przemalować pokój córci. Tak naprawdę, to na początek tylko dwie ściany, ale te ściany od jakiegoś czasu nie dawały mi spokoju. Wiadomo, że gdy dzieci nie ma w domu, to robota idzie dwa razy szybciej. Wiadomo również, że gdy męża nie ma w domu, to nie ma niepotrzebnego gadania, więc nad czym tu się zastanawiać? Trzeba to wykorzystać.
Wróbelek
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zaczynam mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie kwalifikuje się do leczenia? Albo przynajmniej nie wymaga konsultacji? Sama nie wiem...  W każdym razie pobiegłam do garażu po cekol i nim pierwszy kur zapiał miałam już załatane wszystkie dziury. :) Teraz mogłam spokojnie zająć się ogarnianiem domu. A gdy mąż wrócił, ucałowałam, wyrwałam w locie kluczyki i oznajmiłam, że lecę po farbę. Zdziwienie szybko ustąpiło przerażeniu. Co znowu wymyśliłaś? Nic wielkiego, tylko kontakty odczep od ściany! Gdy już znikałam za drzwiami usłyszałam mamrotanie, że strach mnie zostawiać samą w domu dłużej niż dobę. Oj, tam zaraz strach, przecież to tylko drobna zmiana. Wiem, że zdarzało mi się na przykład przestawić ścianę pod nieobecność męża, albo dobudować filar, więc może i strach uzasadniony. :)) Ale tym razem, to naprawdę kosmetyka, takie preludium do całościowego malowania. W końcu co to są dwie ściany?

Na dobrą sprawę, to pokazywać nie mam co - ściana jaka jest każdy wie. Róż z największych ścian zastąpił stonowany szaro-błękitny kolor o nazwie Dryfujące kry (swoją drogą ciekawa jestem kto wymyśla takie nazwy dla kolorów, np. Stalowa symfonia albo Fale księżyca? Głupie, prawda?). Zrobiło się jaśniej, czyściej i bardziej przestronnie. Przy okazji zamieniłam miejscami szafę (do której zamówiłam jednak siatkę kurniczą) z komodą, a co najważniejsze znalazłam w końcu biurko. I krzesło do tego biurka. :) Co prawda i tak wszystkie dzieci odrabiają lekcje na dole przy głównym stole, ale szkolne dziecko swoje biurko musi mieć. Szczególnie, gdy to dziecko uwielbia rysować, malować, wycinać, kleić... Twórczy bałagan nareszcie będzie robić w swoim pokoju. :) Mebelki zamówię po powrocie. Ale się cieszę! :) I pomyśleć, że gdyby nie to malowanie, nie miałabym tyle radości. Ale mężczyźni tego nie zrozumieją. ;))
Sikorka

Jeśli myślicie, że pojadę sobie a Was bez roboty zostawię, to się grubo mylicie. :) Po drodze z Castoramy, zahaczyłam wczoraj o działkę po czerwone porzeczki i wróciłam z pełną miednicą! Tak obrodziły, że aż oczy się śmiały. Szkoda, żeby się zmarnowało, a za dwa tygodnie na pewno do niczego by się już nie nadawały. Zrobiłam wczoraj nalewkę a dzisiaj ciasto i jeszcze zostało sporo. Zabieram więc ze sobą robotę na wieś i tam przygotuję syrop. Skubanie porzeczek pod gruszą będzie znacznie przyjemniejsze niż w domu. A zatem, do roboty, Kochane!

Nalewka na czerwonych porzeczkach

Pół kilo oczyszczonych porzeczek wrzucamy do słoja i tłuczemy (oczywiście porzeczki nie słój). ;)) Zalewamy gorącym syropem (litr wody + pół kilo cukru) i 700 ml spirytusu. Dodajemy 120 g rodzynków, kawałek laski cynamonu i 1 gwiazdka anyżku i 3 goździki. Mieszamy, zamykamy, odstawiamy w ciepłe miejsce i zapominamy na pół roku. Potem filtrujemy i rozlewamy do butelek. Na Sylwestra jak znalazł. :)


Kolorowy zwrót głowy

Przepis znalazłam w gazetce o tematyce ogrodniczej ;) i nieco zmodyfikowałam.

125 g mąki +60 g mąki ziemniaczanej
proszek do pieczenia
150 g masła
100 g cukru
50g zmielonych migdałów
3 jajka
cytryna

Sypkie produkty mieszamy, ścieramy skórkę z cytryny i wyciskamy sok, dodajemy jajka i masło i zagniatamy ciasto. Pieczemy 20 min. w 200 st. W międzyczasie mieszamy razem:

3 łyżki mleka
3 łyżki cukru
3 łyżki budyniu
ekstrakt waniliowy (może być cukier waniliowy)

i wsypujemy do gotującego się mleka (250 ml) mieszając. Zdejmujemy z ognia i wlewamy 100 ml ajerkoniaku mieszając. W przepisie było podane, aby na ciasto wyłożyć owoce, a potem  i zalać masą, ale stwierdzam, że lepiej będzie, gdy zrobimy na odwrót i ja tak następnym razem postapię. Chodzi tylko o stronę wizualną, bo w smaku niczym się nie będzie różniło, a owocki i tak się przykleją. :) Wysypujemy czerwone i czarne porzeczki, jagody, truskawki i/albo maliny - ważne, żeby było kolorowo, posypujemy płatkami migdałowymi (których niestety nie miałam, a szkoda). Smacznego!

Typowo lipcowe ciasto :)

No tak, powinnam już dojeżdżać na miejsce. Ale nie mam czym, bo samochód nadal siedzi u mechanika, więc czekam i piszę i zaraz wyjdę z siebie. :( Na dodatek lipiec się rozpłakał. Nie lij descu, nie lij! A tu leje, masz ci los! Dlatego przy okazji i z okazji pierwszego dnia lipca życzę wszystkim, wbrew temu co za oknem, słonecznych wakacji. Howgh!

Pozdrawiam
Ewa

P.S.1
Pod moją nieobecność opublikuje się dla Was kolejny wpis o Danii.

P.S.2
Dom niestety jest średnio ogarnięty. ;)
E.

sobota, 28 czerwca 2014

Uff, puff i wakacje

Dożyłam. Co było zresztą do przewidzenia. ;) I chociaż wolałabym, aby znów nie kończyło się na uff i puff, to i tak się cieszę, że nie postradałam zmysłów i dotarłam do upragnionego końca roku szkolnego. :) A taką miałam nadzieję, że w tym roku czerwiec mnie nie pokona. Mało tego, postanowiłam sobie, że w tym roku w wakacje wkroczę śpiewająco. No i wkroczyłam śpiewając za Stanisławą Celińską: Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej i padłam nosem w poduszkę. :))


Maraton zakończeń roku był tym razem wyjątkowo dla mnie długi. Najstarsze dziecię uroczystość miało na 10.00, średnie na 12.00 - część oficjalna trwała półtorej (!) godziny (nie rozumiem jak można tak męczyć takie małe dzieci - sama myślałam, że się potnę), po nim dosłownie biegłam, mało butów nie pogubiłam, do najmłodszego na 14.00 prosząc telefonicznie, by poczekali na mnie chwilkę, a na 16.00 jeszcze w szkole muzycznej. Maraton jakich mało... ech, szkoda gadać. Na dodatek wieczorem czekały na dzieci dodatkowe atrakcyjne wydarzenia, których nie można było odmówić. Dlatego mąż poszedł z młodszymi na Festyn rodzinny z okazji rozpoczęcia wakacji, a który odbywał się na polance w otaczającym nasz dom lesie, a ja najstarsze dziecko zawiozłam do kolegi na nocne namiotowe powitanie wakacji. Tam od kilku godzin czekała na niego niecierpliwie paczka przyjaciół. [Jakby nie patrzeć, pierwsze dziecko mi się "starzeje"! I powiem Wam, że to dziwne uczucie.] I gdy ja już od dawna smacznie spałam, rodzice kolegi zabrali ich o północy na podchody z latarkami i kompasem. Ale mieli frajdę!


A dziś rano zakupy, prasowanie, pakowanie, odbiór syna, obiad i... a sio mi stąd! :)) Nie będę Wam zdradzać, jak wygląda mój dom po przebogatym w wydarzenia czerwcu. Może by się nawet zakwalifikował do programu Perfekcyjnej Pani Domu. :)) W każdym razie widok jest raczej dołujący. Dlatego postanowiłam, że na wakacje zawiezie dzieci mąż i spędzi z nimi weekend, bym mogła sobie odpocząć sprzątając, piorąc, prasując i generalnie przywracając dawny wygląd domu. :) 



Właśnie pojechali. Tak więc wakacje oficjalnie rozpoczęte. Niestety widok domu tak mnie zdołował, nagła cisza tak rozbroiła, a zmęczenie tak obezwładniło, że poczułam odpływ sił. Nalałam sobie lampkę wina, położyłam w łóżeczku, otworzyłam laptopik i piszę. ;) Niestety nie napisałam zbyt wiele, nawet nie wiem czy z sensem, a muszę już kończyć, bo oczy mi się coraz bardziej kleją. Dziś jak nic pójdę spać przed kurami. :) A do wtorku chyba zdążę posprzątać? 

I na zakończenie hit tego lata! Nie wiem z jakich ziaren zrobione jest to nakrycie głowy, ale trzeba przyznać, że dość awangardowe. :))


Pozdrawiam Was serdecznie, uff!
I puff.
Ewa

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Z białych kwiatów czarnego bzu

Parę dni temu koleżanka postawiła mnie do pionu pytając czy ja już przestałam gotować, bo coś mało ostatnio kulinarnie u mnie na blogu. :)) Rzeczywiście, tak mnie pochłonęła działka i domowe atrakcje związane z dziećmi, że do kuchni wpadałam jak po ogień, a o robieniu zdjęć nawet nie myślałam. Ale że miałam asa w rękawie w postaci kwiatów czarnego bzu, to dzielnie się wybroniłam. Dlatego dziś mała dawka kulinariów, dla wszystkich, którzy się stęsknili za kuchennymi wpisami. ;)



A dziś w roli głównej kwitnący czarny bez. Jeden krzew a kilka wariacji na temat tych niezwykle słodko-pyłkowo pachnących kwiatów. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam ten zapach. Mąż nie podziela mego zachwytu, jemu pachnie ziołowo, ;) ale ja go lubię. W całym domu pachnie teraz słodkim pyłkiem, mniam. Kwiatów nie myję, by nie tracić cennego pyłku. Nie należy również trzepać kwiatami, ;) z tego samego powodu. Nie gadam już, tylko na początek serwuję moją ulubioną naleweczkę.


Nalewka z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
50 baldachów czarnego bzu
2 cytryny
2 limonki
1 l spirytusu

Z wody i cukru przygotowujemy syrop, czyli zagotwujemy razem. Gdy syrop stygnie, układamy baldachy w słoju przekładając plasterkami z 2 cytryn (wyszorowanymi i bez pestek). Zalewamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 7-10 dni. Przez ten czas mieszamy codziennie drewnianą łyżką, aby nie dopuścić do fermentacji. Następnie sok przecedzamy przez sito, zalewamy spirytusem i dodajemy sok z 2 limonek. Słój zamykamy i stawiamy w ciemnym miejscu na miesiąc. Ale nie zapominamy o nim, bo trzeba co kilka dni energicznie nim potrząsać. Na koniec filtrujemy przez gazę, rozlewamy do butelek i odstawiamy na 3 tygodnie. Po tym czasie możemy się już delektować "bzową" naleweczką. :)



I za jednym zamachem robimy syrop, bo sposób przygotowania jest identyczny jak przy nalewce (tyle, że alkoholu nie dajemy). ;)

Syrop z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
ok. 30 baldachów czarnego bzu
1 cytryna

Wodę i cukier zagotowujemy, wyciskamy sok z cytryny i zalewamy kwiaty, które najlepiej poobcinać najkrócej jak się da. Odstawiamy na 3 dni, mieszając codziennie. Po tym czasie przecedzamy, zagotowujemy i gorący wlewamy do butelki. Możemy zapasteryzować. Idealny do placuszków, jako dodatek do lemoniady w upalne dni lub do herbatki w zimowe. :)



Alkohole i syropy odstawiamy na bok i zabieramy się za pyszny aromatyczny dżem. Zwykły dżem truskawkowy w połączeniu z kwiatami czarnego bzu staje się... niezwykły. ;) Wierzcie, że to połączenie intryguje i nadaje anielskiego smaku i wyrafinowania (jeśli tak się mogę wyrazić). ;)) I ten aromat!

Dżem truskawkowy z kwiatami czarnego bzu

1,5 kg truskawek
350-400g cukru
6 baldachów kwiatów czarnego bzu
sok z 1 cytryny
cukier żelujący (pektyna)


Truskawki myjemy, kroimy na mniejsze kawałeczki i wrzucamy do garnka. Zasypujemy cukrem i czekamy, aż puszczą sok (ja w tym czasie obcinam kwiatuszki bezpośrednio nad garnkiem). Dodajemy sok z cytryny i kwiatuszki czarnego bzu (bez zielonych ogonków) i zagotowujemy ostrożnie mieszając. Najlepiej oskubać same kwiatki. Choć to trochę kopciuszkowa robota, opłaci się. Jeżeli nie mamy jednak ochoty bawić się w obcinanie samych kwiatków, można zawinąć je w gazę i tak zagotować, wyrzucając potem zawiniątko. Zostawiamy do ostudzenia (czyli najlepiej zasypać po południu, zagotować wieczorkiem i pójść spać). Rano dodać cukier żelujący, wymieszać i ponownie zagotować, delikatnie mieszając. Jeżeli konsystencja już zgęstniała (czyli taki gęstszy kompot) można przelać do wyparzonych słoiczków i odstawić go góry dnem, jeżeli jest jeszcze zbyt płynna - odstawić do ostygnięcia i znów zagotować.



Żeby temat wyczerpać już maksymalnie, z kwiatów czarnego bzu można zrobić również bukiet. ;) Ślicznie zastępuje gipsówkę, a z czerwonymi różami wygląda wyśmienicie.



A parę dni temu przeczytałam u Zielonej Asi, że Ona kwiaty czarnego bzu suszy i zimą robi z nich i liści lipy napar, gdy przeziębienie puka do drzwi. Bardzo dobry i bardzo mało ;) pracochłonny pomysł. Suszę więc i ja!


Na koniec nie może zabraknąć moich ulubieńców. Padało ostatnio troszkę, stąd deszczowe ptaków rozmowy...
Ciekawe czy już otwarte?
Trzeba sprawdzić
Chłopaki, towar rzucili!


Pozdrawiam smakowicie, miłego pichcenia ;)
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...