Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2017

Wspaniałe pieczenie

- Spójrz za okno, znowu pada! - powiedziałam do męża nakrywając do śniadania - I co tu robić w taką pogodę jak nic się nie chce robić?
- Na pewno nie narzekać - padła rzeczowa, jak zawsze, odpowiedź.
- No tak, pewnie, że tak, ale czy będzie jeszcze w tym roku piękne lato?
- W tym roku lato jest piękne inaczej.

Chyba muszę się tej wersji mocno uczepić. :)) W naszym domu się nie narzeka, nie marudzi, nie zrzędzi i nie biadoli. I bardzo tego pilnujemy. Niby nic, a jakość życia wygląda zupełnie inaczej. Czasem, tak jak dzisiaj, zwyczajnie po babsku stwierdzę fakt z głęboko ukrytym pomrukiem. ;) Lecz radar mojego męża zaraz wyczuje nieoptymistyczną konotację mej wypowiedzi i natychmiast wysyła wysokie częstotliwości. ;) A zatem, Kochani, spieszę i Wam podnieść nastrój donosząc, że lato w tym roku jest po prostu piękne inaczej i tak trzeba na nie patrzeć! Trzeba cieszyć się, że rośliny mają co pić, że rolnikom rośnie ;) i łapać w obiektyw kropelki deszczu!


Dla osłody mam dziś dwa ciasta. Zajęta kartkami, dekupażami i innymi niecierpiącymi zwłoki sprawami na bok odsuwałam to, co nie cierpi. ;) Niestety znów trzeba było zasiąść do deski i parą dmuchającego, lecz pozbawionego już duszy, artykułu gospodarstwa domowego pomachać. I znów tasiemiecowy serial poszedł w ruch. ;) A jak się tak człowiek naogląda tych przepiórek, sorbetów i lokmy rozdawanych w haremie albo serwowanych sułtankom na ozdobnych tacach, to się w końcu zainteresuje kuchnią turecką. I mam i ja kilka hitów tureckich w swoim notesie z przepisami.

Numer 1 to ciasto REVANI  - typowy wypiek kuchni tureckiej z kaszy manny. Ma bardzo fajny słodko-słony smaczek. Zasmakowało wszystkim domownikom, szybko się je robi i równie szybko znika. ;) Trzeba pamiętać, że większość wypieków kuchni wschodniej (głównie arabskiej) jest bardzo, bardzo słodka i warto dostosować ją do swoich smakowych upodobań.

 3 jajka
1 szkl. cukru (ja daję 3/4 szklanki ksylitolu)
1 szkl. jogurtu
1 szkl. kaszy manny
1 szkl. oleju (z pestek winogron lub rzepakowego)
1 szkl. mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Dodatkowo: w pół szklanki wrzątku rozpuścić łyżkę cukru i trochę soku z cytryny (w oryginale była szklanka cukru na 1,5 szklanki wody!!! - wychodzi ulepek, ale jak ktoś lubi) ;)
Dekoracja: wiórki koksowe i pistacje.

Zmiksować jajka z cukrem i dodawać po kolei wszystkie składniki. Upiec na prostokątnej blasze w 180 stopniach przez 30 minut. Lekko ostudzić, potem nasączyć syropem, posypać wiórkami i pokroić w kwadraty; w każdy wbić pistację.



Numer 2 HIT wszech-czasów - ISPANAKLI KEK, znane mi już wcześniej jako ciasto "Leśny mech", czyli torcik ze szpinaku! Nie byłam tylko świadoma, że pochodzi z Turcji. Mniam, mniam i mniam! :)) Jestem w nim zakochana.
 
450 g szpinaku mrożonego (warto kupić dwa opakowania i z drugiego dorzucić jeszcze połowę)
3 duże jajka
3/4 szklanki cukru
3/4 szklanki oleju (z pestek winogron lub rzepakowego)
2 szklanki mąki
3 łyżeczki proszku do pieczenia
 
Szpinak rozmrozić i dobrze odsączyć na sitku. Jajka ubić z cukrem na wysokich obrotach aż masa zwiększy objętość. Potem wlewać olej, dodać szpinak i na końcu mąkę z proszkiem. Piec w tortownicy w 180 stopniach przez pół godziny, może ciut dłużej. Wyjąć wystudzić i odkroić górę. 

500 ml śmietany kremówki
250 g serka mascarpone
1 łyżka cukru pudru
1 łyżeczka soku z cytryny

Wszytko zmiksować i położyć masę na ciasto. Latem można położyć na nią truskawki (ja tak zrobiłam) lub maliny, albo kiwi. Na wierzch pokruszyć odciętą górę ciasta i obowiązkowo posypać granatem! Te strzelające soczyste kuleczki z oryginalnym smakiem ciasta to czysta poezja. ;)



I na koniec kolejny wiersz Muhhibiego, który przypadł mi do gustu.

Nie siejemy na ziemi niczego
poza miłością
Nie sadzimy na tym czystym polu
niczego prócz  dobroci
Wróć do nas, za każdym razem wracaj!

(...)
Po naszej śmierci nie szukajcie
na ziemi naszych mogił
leżą one bowiem
w sercach mędrców

Niebo przytłoczone niezliczonymi gwiazdami
choć wielkie jest i bez granic
wciąż obraca się wokół Boga
niczym młyńskie koło

Hej duszo, ty również wiruj wokół Kaby
Hej żebraku, okrążaj ten stół zastawiony po brzegi
Jesteś upojony miłością do Boga,
który stworzył wszystko z chaosu

(...)
Tylko ten, kto cały stał się sercem,
kto kocha naprawdę,
potrafi niczym derwisz wirować
wokół świecy miłości.
Jego ciało jest bowiem stworzone z kości
serce zaś z ognia, który wiecznie płonie.

(...)
Tak jak magnez przyciąga metal,
tak człowiek, który pozbył się siebie samego
poddaje się nicości i wokół niej wiruje.

Hej żałosny człowiecze, twoje istnienie jest niczym
wobec Boskiego istnienia, jest przecież stworzone z nicości.
Jesteś niczym, które zdaje się istnieć,
jeśli pojmiesz tę prawdę wszystko stanie się jasne.


...oraz, żeby jeszcze bardziej osłodzić aurę za oknem zaserwuję jeszcze lokmę. ;)


Uściski i mimo wszystko słonecznego weekendu życzę
Ewa


sobota, 11 czerwca 2016

Gdzie się w końcu pojawiłam?

Gdy sił nie wystarcza na wszystko, to wszystko nie jest zrobione. I nie ma co rozpaczać, że dni mijają, a robota czeka - że znowu pranie, że prasowanie, sprzątanie, gotowanie... Że się nawarstwi, że za dużo, że znów nie zdążę na czas ze wszystkim, że w przyszłym tygodniu kilka par dodatkowych rąk będzie mi potrzebne, albo najlepiej kilka klonów. Gdy sił nie wystarcza na wszystko, trzeba podjąć kobiecą decyzję i wszystko odsunąć! I zająć się czymś zupełnie niemęczącym. ;)

rudy kot

I tym też w mijającym tygodniu się zajęłam. Siedząc w domu taka bez sił, bez ducha, ;) wymyśliłam nagle, że może już czas bym pojawiła się tam, gdzie do tej pory mnie nie było. Tyle czasu z uporem maniaka broniłam się przed tym miejscem. Może zupełnie niepotrzebnie? Czy ktoś już się domyśla gdzie się w końcu pojawiłam? Ano rozpoczęłam przygodę z Twarzoksiążką. :) Jestem na Facebooku, dokąd zapraszam Was serdecznie. I jednocześnie po raz pierwszy proszę o wsparcie, bo samotnie mi tam na razie. ;) Wiem, że to dopiero pierwszy dzień, sam początek, ale bardzo będę się cieszyła z każdej Waszej wizyty i polubienia. Wesprzyjcie dobrym słowem i czym tam jeszcze można! Już czuję ten dreszczyk emocji, podobny do tego, jaki na początku przygody z blogiem wywoływał każdy komentarz, każdy nowy obserwator, każda nowa cyferka na liczniku wyświetleń! Jeśli lubicie mnie tu, to proszę zalajkujcie mnie też tam. :) Wiem, że mogę na Was liczyć! A ja pomału będę i do Was docierać w tej nowej przestrzeni.


Przy okazji mam pierwsze ważne pytanie: jak wkleić taką fejsbukową ramkę ze swoją stroną, która odsyła na FB? Widzę u Was takie ramki w pasku bocznym i też chciałabym taką wstawić. Czy ktoś mi pomoże? :)

***

U nas już kwitną akacje (jakoś szybko w tym roku, prawda?), a to znak, że wkrótce będą wakacje..., ale przede wszystkim będą placuszki z akacji!!! :)) Czerwca nie mogę się zawsze doczekać właśnie z powodu akacjowych placuszków (oprócz końca roku oczywiście). ;) Moja ukochana Mama przyjechała do mnie w tym tygodniu, po drodze zerwała trochę gałązek i usmażyła najcudowniejsze pod słońcem placki! Dla mnie! :)) [No, z dziećmi też się trochę podzieliłam.] ;)


Placuszków nie sfotografowałam, bo zatraciłam się w radości konsumpcji! :)) Dlatego wstawiam stare zdjęcie z odsyłaczem do przepisu dla chętnych (jest naprawdę prościutki). Bomba! :) Kto nie jadł, ten trąba ;) i musi to koniecznie nadrobić. Tylko jedząc placuszki z akacji można prawdziwie posmakować obietnicy wakacji! ;) Szczerze zachęcam do spróbowania. No i spieszcie się, bo zaraz przekwitną!

placki z akacji
KLIK po przepis

Jeśli chodzi o inne czerwcowe jadalne kwiaty, to jest jeszcze pyszny i zdrowy czarny bez, który również już kwitnie. Jeśli macie ochotę zrobić wzmacniający syrop na przeziębienie lub dżem truskawkowy z dodatkiem tych aromatycznych kwiatów, to zapraszam do TEGO POSTA po przepis.

kwiaty czarnego bzu



Słonecznego weekendu moi mili
Ewa

czwartek, 4 lutego 2016

Tłusta rozpusta

Raz do roku, taka rozpusta jest bardzo na miejscu. Mało tego, niezjedzenie ani jednego pączka źle wróży. ;) Dieta dietą, ale pączka na szczęście i powodzenie w nowym roku trzeba zjeść. Tym bardziej, że są puszyste i słodko nadziane! Kiedyś pączki były bardziej twarde, wyrabiane z ciasta chlebowego a jadano je na pikantnie - nadzieniem była słonina, boczek lub inne tłuste mięso, okraszone skwarkami i popijane wódeczką. Pewnie smakowały jak pączko-pierogi smażone w głębokim tłuszczu. Muszę dobrze poszukać przepisu na te "średniowieczne" pączki, bo na razie w sieci nic nie znalazłam. A może ktoś jakimś cudem zna? Bo to może być całkiem fajne danie serwowane po zabawie na śniegu... pod warunkiem, że śnieg i mróz jest. ;)



W tym roku wymyśliłam, że zrobię nie okrągłe pączki, lecz w kształcie serduszek. Przepis możecie znaleźć TU. Wstałam dziś wcześniej, żeby zdążyć zrobić je rano i dać dzieciom, jako deser do szkoły - świeżutkie pączki pełne miłości. :))


I na koniec głupowaty dowcip o pączkach:

Rozmawiają dwa pączki:
- Wiesz, zdawałem na Uniwerek.
- Naprawdę?! I co przyjęli cię?
- No coś ty, pączka?

Dziś tak szybko, muszę lecieć....
Miłego pączkowania ;)
Ewa

środa, 8 lipca 2015

Jeszcze jest czarny bez

Przynajmniej u nas na północy Polski można się jeszcze załapać. ;) Przez tę chłodną wiosnę wszystko w przyrodzie troszkę się przesunęło. Niemniej jednak długo wyczekiwane upały dotarły w końcu do nas, by roztopić nasze mózgi. ;) W każdym razie mój przy takich temperaturach się topił! Dlatego przyszły deszcze i burze, by nas troszkę ostudzić. ;)) A że jeszcze do niedawna trwałam sobie beztrosko w późnowiosennej aurze, to znalazłam w pierwszym wiosennym numerze nowego sielskiego czasopisma "Vita Rustica" prosty przepis na syrop z kwiatów czarnego bzu. Syrop bardzo lubię, bo znajduje wiele zastosowań, chociażby jako polewa do placków, czy naleśników, słodzik do herbaty, czy rozcieńczony z wodą jako lemoniada na upalne, wakacyjne dni, oraz jako składnik babeczek. Chciałam wypróbować ten przepis, bo jest ciut łatwiejszy (chociaż, naprawdę żadna przy nim robota) od tego, według którego robiłam w zeszłym roku. Jeśli ktoś ma ochotę porównać przepis zeszłoroczny, czy też zrobić nalewkę (pycha, polecam!), to odsyłam TU.


Przepis na syrop z kwiatów czarnego bzu

200 g baldachów bzu
pół kilo cukru
800 ml wody
1 cytryna pokrojona w ćwiartki
1 limonka

Kwiatki obcinamy niziutko przy nasadzie, czyli odrzucamy zielone łodyżki. W garnku podgrzewamy wodę z cukrem i gdy się rozpuści wrzucamy bez oraz cytryny (ja nie miałam limonki na stanie, więc dałam po prostu dwie cytryny), mieszamy i odstawiamy do ostudzenia. Potem przykrywamy ściereczką i wstawiamy do lodówki lub spiżarki na 24 godziny do naciągnięcia. Następnie dodajemy (25 g kwasku lub sok z cytryn w celu konserwacji) i przelewamy odcedzony do butelek. W lodówce może stać kilka tygodni, albo można zapasteryzować i wtedy może stać dłużej.



A teraz przepis na babeczki, które znalazłam w niemieckiej gazetce. Zwiększyłam proporcje, bo okazały się tak pyszne, że było ich zdecydowanie za mało. Wciąż jest za mało, więc cały czas udoskonalam, a ich jest wciąż mało! ;)) Zakochałam się w nich, przepadłam dokumentnie i rozpłynęłam w zachwycie! Są jak aksamitny puch! Nie mogę znaleźć lepszego określenia. Wypróbujcie, bo to najprawdziwsze niebo w gębie. ;)

Babeczki z syropem z czarnego bzu

150 g mąki
100 g cukru
cukier waniliowy
1 łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
1 cytryna/limonka
120 g masła
1 jajko
2 łyżki jogurtu naturalnego
4 łyżki syropu z kwiatów czarnego bzu


Opcjonalnie lukier (ja nie przepadam):
80 g cukru pudru
2 łyżki soku z cytryny

Masło roztopić, cytrynę sparzyć, skórkę zetrzeć a sok wycisnąć. Miękkie masło wymieszać z cukrem, solą, skórką z cytryny, jogurtem i syropem i na koniec z jajkiem. Mąkę, proszek do pieczenia i cukier waniliowy wymieszać i połączyć obie "miski". Babeczki piec ok. 15 minut w 180 st. Potem wyjąć i  z trudem pozostawić do ostudzenia. ;) Zrobić lukier mieszając cukier z cytryną i polać spiralnie babeczki. Można przyozdobić pocukrzonymi kwiatuszkami (ja już nie miałam) :)



Pozdrawiam wakacyjnie
Ewa

piątek, 10 kwietnia 2015

Babeczkowe wspomnienie Świąt

Pozostanę jeszcze chwilę w świątecznej atmosferze, a to za sprawą babeczek, jakie upiekłam na Wielkanoc. Owe mini-babki okazały się tak pyszne, że mąż stwierdził, że to są chyba najlepsze babeczki jakie zrobiłam. W takim razie dzielę się przepisem, bo jak wiadomo babeczki są dobre nie tylko na święta, ale także na weekned. ;)


Babeczki pomarańczowo-serowe

100 g masła
120 g cukru pudru
cukier waniliowy
2 jajka
175 g mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
100 g twarogu
starta skórka i sok z połowy pomarańczy


Masło utrzeć z cukrami i pojedynczo dodawanymi jajkami, następnie na zmianę z twarogiem dosypywać mąki i energicznie mieszać. Na koniec skórkę i sok z pomarańczy. Ciasto przełożyć do foremek i piec około 18-20 minut w 180 st. Koniec. Mniam! ;)


W tym roku po raz pierwszy przykicał również i do nas (rodziców) Zajączek. Nakicał się biedny po całym domu i pozostawiał mnóstwo tropów, czyli instrukcji, które musieliśmy znaleźć, by dotrzeć do celu. Właściwie to nakicał się nie tylko po domu, ale i poza nim, ponieważ kazał nam, np. zejść do piwnicy, czy wyjść na dwór.


 Ale udało się i po długim i wyczerpującym poszukiwaniu skarbów odkryliśmy miejsce ukrycia "zajączkowej" niespodzianki. W koszyczku za fotelem znaleźliśmy piękne trzy laurki i ciasteczka. 


I nie chcę Was straszyć, ale jak się spełnią życzenia, to mego bloga czeka niewyobrażalna popularność - prawie dwa miliony wyświetleń! :)) Szkoda tylko, że Zajączek nie napisał kiedy to nastąpi.., bo mnie wychodzi, że za jakieś 40 lat. ;) 


Słonecznego weekendu
Ewa


czwartek, 2 kwietnia 2015

Jaja nie na żarty

I jak tam minął Prima Aprilis? Czy ktoś z Was zrobił sobie wczoraj jaja? ;) Bo ja tak, ale takie nie na żarty! :) Tylko do jedzenia. W związku z tym, że bez jaj Święta Wielkanocne nie mogą się obejść, to postanowiłam wypróbować przepis znaleziony kiedyś w "Werandzie Country". No bo kto widział stół wielkanocny bez pisanek, bez jajek faszerowanych, czy chociażby na twardo z majonezem? Ile stołów, tyle różnorodnych wersji jaj! W tym Dniu nie patrzy się na cholesterol, ani na kalorie tylko z apetytem degustuje, bo wiadomo, że jajeczka tylko wiosną, na Wielkanoc smakują tak wyjątkowo.



I ja mam dziś dla Was "szybką" propozycję. ;) Okazała się bardzo smaczna i niezwykle prosta w wykonaniu. Może ktoś się skusi w tym roku na taką wersję? ;) Jest tania i zupełnie nieskomplikowana, dlatego nawet najbardziej zapracowane panie zdążą ją zrobić i w ogóle się przy tym nie namęczyć. :) 

Zapiekanka z jajek na twardo 

8 ugotowanych na twardo jajek
4 łyżki masła
4 łyżki mąki
2 szklanki mleka
1/2 szklanki startego parmezanu
2 łyżki musztardy dijon
2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 szklanki bułki tartej
sól, pieprz
słodka i ostra papryka
szczypiorek lub koperek


Jajka pokroić i przełożyć do wysmarowanej masłem formy do naczynia żaroodpornego. W garnuszku zrobić zasmażkę z mąki i masła i cały czas mieszając dodawać powoli mleko. Podgrzewać przez chwilkę, ale nie doprowadzać do wrzenia. Następnie dodać parmezan, musztardę, sok z cytryny oraz sól i pieprz do smaku. Masę mleczną wylać na jajka, oprószyć papryką oraz bułką tartą. Zapiekać ok. 12 minut w 200 st. Przed podaniem udekorować zielonym. Prawda, że łatwe? Gospodyni się nie "narobi", a na Święta jak najbardziej pasuje. ;)


Jeżeli ktoś ma ochotę wypróbować przepyszne marmurkowe jajka (których nie może zabraknąć na moim stole ze względu na cudowny i niepowtarzalny korzenny smak) oraz jajka z galaretki (bo to naprawdę świetna zabawa dla dzieci) odsyłam Was do mojego zeszłorocznego wpisu przedświątecznego, o TU.

Pozdrawiam Was
Spokojnych ostatnich trzech dni Wielkiego Postu
Ewa


wtorek, 13 stycznia 2015

Zmieniając życie


W pierwszych dniach roku koleżanka zwróciła moją uwagę na "chleb zmieniający życie" i powiedziała: upiecz i napisz post. ;) Skoro dostałam zadanie, to musiałam się wywiązać. ;) Dlatego dziś będzie o chlebie a la baton. ;) Chleb zmieniający życie (life-changing loaf of bread) to niezwykle prosty przepis na w stu procentach zdrowy "chleb" bez mąki dla osób, które zwykłego chleba z różnych powodów nie jedzą. My chleby lubimy, jemy i sami je pieczemy. W tym wyspecjalizował się mój mąż, z czego bardzo się cieszę, bo chociaż jedną rzecz w kuchni mąż robi. :)) Eksperymentuje z różnymi mąkami i dodatkami i powiem szczerze, że chleby wychodzą zawsze pyszne. Poza tym naprawdę bardzo lubię jego smak i nie umiałabym zrezygnować z pieczywa, szczególnie gdy tak pięknie pachnie w domu świeżo upieczonym chlebem. ;)

Lecz ten chleb, najpierw jego chwytna nazwa, ;) ale potem on sam, zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam go zrobić. Znalazłam przepis na stronie Moich wypieków (gdzie jest odwołanie do oryginalnego przepisu) i według niego też go robiłam. I chociaż nazwa była wiele obiecująca, to z oryginalnej strony dowiedzieć się możemy, że chodzi tu raczej o odmienienie życia kobietom, które przerażone skomplikowaną procedurą pieczenia chleba nigdy nie miały odwagi za niego się zabrać. :)) Ten przepis jest bardzo prosty w wykonaniu - brudzimy tylko 2 miski plus 1 łyżkę, nie wyrabiamy, nie czekamy aż wyrośnie, itd, itp. ;)


Bez względu na to czy odmieni czy nie odmieni nam życia, sądzę że warto spróbować, bo jest po prostu absolutnie i bez żadnych wątpliwości zdrowy. :) Zawiera przede wszystkim ziarna i przez to przypomina wielki baton muesli, chociaż w odróżnieniu od batoników nie ma żadnych słodkich dodatków, takich jak rodzynki, suszone śliwki czy morele, o cukrze nie wspominając. Co zatem ma? Tak w skrócie:

  1. płatki owsiane - czyli inaczej "jedz i chudnij". ;) To nie tylko najbogatsze w białko ziarno ze wszystkich zbóż, lecz także zawierające najwięcej tłuszczu - nienasyconych kwasów tłuszczowych. Ma też najwięcej błonnika rozpuszczalnego, czyli beta-glukanu, który jest płynnym opatrunkiem dla naszego przewodu pokarmowego oraz obniża poziom "złego" cholesterolu LDL. Jest również bogatym źródłem żelaza, magnezu oraz witamin z grupy B oraz przeciwutleniaczy.
  2. ziarno słonecznika - jest bogate w aminokwasy oraz nienasycone kwasy tłuszczowe, sole mineralne (m.im. dzięki dużej ilości magnezu zmniejsza występowanie bólów migrenowych, wapń łagodzi alergie, a bogaty w żelazo słonecznik zalecany jest przy anemii), a także witaminy B, A, D oraz cenną witaminę młodości E. Również obniża poziom LDL.
  3. siemię lniane - zawiera dużo wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, błonnik rozpuszczalny oraz nierozpusczalny, witaminę E, cynk, lecytynę, żelazo oraz ma bardzo dobroczynny wpływ na nasz cały przewód pokarmowy. Obniża zły cholesterol i zawiera niewielki ilości kwasu pruskiego zabijającego bakterie jelitowe. 
  4. orzech laskowe - ze wszystkich orzechów zawierają najwięcej witaminy E i kwasu foliowego, obniżają poziom złego cholesterolu i zapobiegają bezsenności. Dobrze wpływają na cerę. Uwaga! najbardziej kaloryczne.
  5. migdały - nazywane najszlachetniejszymi z orzechów, zawierają najwięcej błonnika, dużo białka, jednonienasyconych kwasów tłuszczowych (obniżają LDL) i magnezu.
  6. babka płesznik - podobnie jak w siemieniu lnianym głównym składnikiem jest śluz i jest źródłem błonnika dużo bardziej wydajnego niż błonnik zbóż. Wspomaga odchudzanie regulujac trawienie, pozostawiając uczucie sytości, działając przeczyszczająco i na dodatek absorbuje toksyny. Również obniża LDL.
  7. szałwia hiszpańska - zawiera wapnia więcej niż mleko, żelaza więcej niż szpinak i więcej niż łosoś kwasów omega-3. Bogata w potas oraz pierwiastki wpsomagające pracę serca. Zawiera 91 ze 100 aminkwasów przez co nasiona chia są idealnmy źródłem białka dla wegetarian. Zapobiega powstawaniu nowotworów.
  8. ostropest - nie było go w oryginalnym przepisie, ale ja go zawsze dodaję i to prawie do wszystkiego: do wyrobu chleba, sałatek, na kanapki, gdyż ma właściwości oczyszczające organizm, szczególnie odtruwa i wspiera pracę wątroby, pomaga w kamicy żółciowej, ochrania nerki przed toksynami i wykazuje silne działanie antynowotworowe. O nim napiszę więcej niebawem, bo bardzo przypadł mi do gustu. ;)


CHLEB ZMIENIAJĄCY ŻYCIE

płatki owsiane                              145 g = 1,5 szklanki
ziarno słonecznika                       135 g = cała szklanka
nasiona siemienia lnianego           90 g = 3/4 szklanki
orzechy laskowe i/lub migdały      65 g = 1/2 szklanki (ja dałam pół na pół)
nasiona babki płesznik                     4 łyżki
nasiona chia (szałwia hiszpańska)   2 łyżki
zmielone nasiona ostropestu           1 łyżka
sól                                                         2 płaskie łyżeczki
syrop klonowy                                    1 łyżka
roztopiony olej kokosowy                3 łyżki
woda                                                  350 ml

Wszystkie suche składniki mieszamy w razem w misce, w drugiej wszystkie płynne, łączymy je i porządnie mieszamy. Przekładamy do formy chlebowej wysmarowanej masłem i odkładamy na co najmniej dwie godziny, aby składniki dobrze się związały i wchłonęły wodę i tłuszcz. Pieczemy w temperaturze 180 st. ok 50-60 minut. Pozostawiamy do ostudzenia i delikatnie wyjmujemy z formy. I co ważne, kroimy gdy będzie całkowicie ostudzony!



Jak wspomniałam, mimo nazwy, ten chleb życia nam nie odmieni. ;) Chyba, że potraktujemy go jako krok w stronę zdrowego odżywiania. A gdy do tego dołożymy starania, by pielęgnować dobre i pełne życzliwości myśli, a pozbywać się wszelkiego krytycznego spojrzenia na świat i ludzi, to gwarantuję, że zmienimy swoje życie. Na lepsze. :))

Pozdrawiam Was ciepło, czyli styczniowo ;)
zmian na lepsze życząc :))
Ewa


wtorek, 4 listopada 2014

Jesienne ciasto i wczesnowiosenna proza

Nadal liście sypią się na głowę. Kolorowe, szeleszczące, zwyczajne liście codzienności, których urodę ledwo dostrzegam. Nadal chodzę nieprzytomna po zmianie czasu - na ten właściwy, naturalny. Nadal zaczynam każdy dzień od czyszczenia parkietu, bo koty przestały korzystać tylko z kuwety. Nadal czuję sie pognieciona jak jesienne liście i nie mogę wykrzesać z siebie chęci do działania. Urok ktoś rzucił, czy jak? Nadal czekam na powrót męża. I na spokój ducha.

I nadal przechadzam się pod rękę z melancholią podszytą dziwnym smutkiem, ale nie chcę Was cały czas zamęczać refleksyjną moją odsłoną. Próbowałam się zmobilizować i coś napisać, ale... nie mogę. Chciałam zrobić jakiekolwiek jesienne zdjęcia, mam w domu malutkie dynie ozdobne i fioletowe marcinki, ale... po prostu nie mogę. Choć za oknem piękna jesień (już listopadowa, a wciąż piękna) ja czuję się, jakbym była skuta lodem. Przemogłam się z trudem i przygotowałam mały jesienny post kulinarny. Co prawda zdjęcia nieciekawe, bo zbyt ciepły mus nałożyłam na bitą śmietanę i spłynęła nieco, zamiast stać na baczność. Ale aj tam! Niech to będzie post ku poprawie humoru.

Gdy w jesiennym numerze "Piękno&Pasje" zobaczyłam ten przepis, wiedziałam, że muszę go wypróbować! W wykonaniu do najszybszych ciast co prawda nie należy, ale w końcu raz w roku na cześć jesieni można takie przygotować, tym bardziej, że nie jest wcale taki znowu pracochłonny (mnie wykreowanie tej pyszności  razem z pieczeniem, ale nie licząc drylowania śliwek zajęło ponad godzinę). A gdy ktoś jesienią jakieś ważne daty obchodzi (bo my wszyscy wiosenni), to tym bardziej polecam. Bo oryginalny, ciekawy w smaku i w ustach znika błyskawicznie. ;)

CIASTO ŚLIWKOWE (lekko zmodyfikowane)

Najlepiej zacząć do przygotowania musu  śliwkowego, bo w trakcie przygotowywania ciast będzie się on w tym czasie już chłodził.

Mus śliwkowy:

1 kg śliwek
70 g cukru
pół łyżeczki cynamonu
szczypta mielonych goździków
40 ml rumu
żelatyna

Pokrojone na połówki śliwki zagotować z cukrem i przyprawami przez 5 minut, potem dodać rum i odstawić do ostygnięcia.



Ciasto kruche:

200 g mąki
120 g masła
50 g cukru (brązowego)
op. cukru waniliowego
pół proszku do pieczenia

Odkąd poznałam  sposób na kruche ciasto Marty Gessler inaczej już nie robię. Nie męczę się z ucieraniem zimnego masła z mąką (och, jak ja tego nie lubiłam), tylko myk rozpuszczam masełko i ciepłe mieszam z pozostałymi składnikami. Wylepić formę i piec ok. 10 min w 220 st. A w tym czasie przygotowujemy...

Ciasto typu biszkoptowego:

2 jajka
50 g cukru
100 g mielonych orzechów
pół tabliczki startej czekolady
1 łyżka mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtka utrzeć z cukrem, dodać ubite białka i na końcu pozostałe składniki delikatnie wymieszać. Przełożyć do formy i piec ok. 20 minut w 180 st.

Przełożenie:

konfitura porzeczkowa, malinowa lub inna
opakowanie marcepanu
kubek śmietany kremówki

Tymczasem na kruchym cieście możemy rozsmarować konfiturę z czarnej porzeczki (ale równie dobrze sprawdzi się malinowa). Przykrywamy rozwałkowanym marcepanem i na to kładziemy nasz orzechowy biszkopt. Na wierzch ubita śmietana (z łyżką cukru pudru i ewentualnie op. cukru waniliowego). Żelatynę rozpuścić według zalecenia i dodać do musu. Zakładamy opaskę od formy, wykładamy śliwkowy mus i chowamy do lodówki, aby stężało. Później zdejmujemy obręcz i boczki odsypujemy płatkami migdałowymi. Na wierzch możemy również kapnąć bitą śmietaną - wersja dla rozpustnych. ;) Mniam!

Gdy jestem w kuchni, przy stole tuż obok dzieci odrabiają lekcje lub rysują, bawią się, albo grają mi do kotleta na pianinie. ;) Nie wyganiam ich do swoich pokoi, choć bałagan potrafią zrobić na calusieńkim naprawdę sporym stole, ale dzięki temu jesteśmy razem. Jakiś czas temu gdy Najmłodsze krążyło po orbicie domowej w dowolnie obranych kierunkach, Najstarszy odrabiał lekcje, a na przeciwko niego siedziała córcia i jak zwykle coś cichutko i w skupieniu pisała (bo jak nie rysuje, nie lepi, nie wycina, to pisze) pytając się co rusz o pisownię. Od pewnego czasu bardzo polubiła pisanie książeczek, w których opisuje wydarzenia z życia wzięte ;) lub wymyśla przeróżne własne historie. Często dzieli je na rozdziały, którym nadaje tytuły. Chowam je wszystkie na pamiątkę jako cenne skarby.

Ostatnia książeczka jest o jesieni. Podzielę się z Wami wstępem z owej książeczki, póki jest jeszcze na czasie. ;) Tekst w oryginale, bez żadnej korekty. A zatem zapraszam na wczesnowiosenną (bo córcia ledwo skończyła 7 lat) prozę: :))

"Jesień jest deszczową porą roku. Z drzew spadają kolorowe liście, niedźwiedzie powoli zapadają w sen zimowy, ptaki w Afryce ogrzewają się aż miło, lecz w Polsce są dni coraz krótsze. W jesieni są góry kolorowych liści i bardzo lubię się w nich tarzać to jest takie fajne! chociaż? Tak! Mogę teraz! Pędzę co sił w nogach! He hy ho no nareszcie jesień!"

Cudne, prawda? :))
Jednych liście sypiące się na głowę przygnębiają, innych bawią... Może by tak spróbować spojrzeć oczami dziecka?

Pozdrawiam oczywiście jesiennie
Ewa


wtorek, 1 lipca 2014

Potrzebne konsultacje?

Niedzielę calutką przebimbałam. A co, w końcu nie często się zdarza, że nikogo nie ma w domu, tylko ja sama! I głównie delektowałam się niczym niezmąconym leżeniem. Ale widać jeden dzień leżenia mi wystarczy, bo już dnia następnego zaraz po otwarciu oczu miałam plan działania - przemalować pokój córci. Tak naprawdę, to na początek tylko dwie ściany, ale te ściany od jakiegoś czasu nie dawały mi spokoju. Wiadomo, że gdy dzieci nie ma w domu, to robota idzie dwa razy szybciej. Wiadomo również, że gdy męża nie ma w domu, to nie ma niepotrzebnego gadania, więc nad czym tu się zastanawiać? Trzeba to wykorzystać.
Wróbelek
Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zaczynam mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie kwalifikuje się do leczenia? Albo przynajmniej nie wymaga konsultacji? Sama nie wiem...  W każdym razie pobiegłam do garażu po cekol i nim pierwszy kur zapiał miałam już załatane wszystkie dziury. :) Teraz mogłam spokojnie zająć się ogarnianiem domu. A gdy mąż wrócił, ucałowałam, wyrwałam w locie kluczyki i oznajmiłam, że lecę po farbę. Zdziwienie szybko ustąpiło przerażeniu. Co znowu wymyśliłaś? Nic wielkiego, tylko kontakty odczep od ściany! Gdy już znikałam za drzwiami usłyszałam mamrotanie, że strach mnie zostawiać samą w domu dłużej niż dobę. Oj, tam zaraz strach, przecież to tylko drobna zmiana. Wiem, że zdarzało mi się na przykład przestawić ścianę pod nieobecność męża, albo dobudować filar, więc może i strach uzasadniony. :)) Ale tym razem, to naprawdę kosmetyka, takie preludium do całościowego malowania. W końcu co to są dwie ściany?

Na dobrą sprawę, to pokazywać nie mam co - ściana jaka jest każdy wie. Róż z największych ścian zastąpił stonowany szaro-błękitny kolor o nazwie Dryfujące kry (swoją drogą ciekawa jestem kto wymyśla takie nazwy dla kolorów, np. Stalowa symfonia albo Fale księżyca? Głupie, prawda?). Zrobiło się jaśniej, czyściej i bardziej przestronnie. Przy okazji zamieniłam miejscami szafę (do której zamówiłam jednak siatkę kurniczą) z komodą, a co najważniejsze znalazłam w końcu biurko. I krzesło do tego biurka. :) Co prawda i tak wszystkie dzieci odrabiają lekcje na dole przy głównym stole, ale szkolne dziecko swoje biurko musi mieć. Szczególnie, gdy to dziecko uwielbia rysować, malować, wycinać, kleić... Twórczy bałagan nareszcie będzie robić w swoim pokoju. :) Mebelki zamówię po powrocie. Ale się cieszę! :) I pomyśleć, że gdyby nie to malowanie, nie miałabym tyle radości. Ale mężczyźni tego nie zrozumieją. ;))
Sikorka

Jeśli myślicie, że pojadę sobie a Was bez roboty zostawię, to się grubo mylicie. :) Po drodze z Castoramy, zahaczyłam wczoraj o działkę po czerwone porzeczki i wróciłam z pełną miednicą! Tak obrodziły, że aż oczy się śmiały. Szkoda, żeby się zmarnowało, a za dwa tygodnie na pewno do niczego by się już nie nadawały. Zrobiłam wczoraj nalewkę a dzisiaj ciasto i jeszcze zostało sporo. Zabieram więc ze sobą robotę na wieś i tam przygotuję syrop. Skubanie porzeczek pod gruszą będzie znacznie przyjemniejsze niż w domu. A zatem, do roboty, Kochane!

Nalewka na czerwonych porzeczkach

Pół kilo oczyszczonych porzeczek wrzucamy do słoja i tłuczemy (oczywiście porzeczki nie słój). ;)) Zalewamy gorącym syropem (litr wody + pół kilo cukru) i 700 ml spirytusu. Dodajemy 120 g rodzynków, kawałek laski cynamonu i 1 gwiazdka anyżku i 3 goździki. Mieszamy, zamykamy, odstawiamy w ciepłe miejsce i zapominamy na pół roku. Potem filtrujemy i rozlewamy do butelek. Na Sylwestra jak znalazł. :)


Kolorowy zwrót głowy

Przepis znalazłam w gazetce o tematyce ogrodniczej ;) i nieco zmodyfikowałam.

125 g mąki +60 g mąki ziemniaczanej
proszek do pieczenia
150 g masła
100 g cukru
50g zmielonych migdałów
3 jajka
cytryna

Sypkie produkty mieszamy, ścieramy skórkę z cytryny i wyciskamy sok, dodajemy jajka i masło i zagniatamy ciasto. Pieczemy 20 min. w 200 st. W międzyczasie mieszamy razem:

3 łyżki mleka
3 łyżki cukru
3 łyżki budyniu
ekstrakt waniliowy (może być cukier waniliowy)

i wsypujemy do gotującego się mleka (250 ml) mieszając. Zdejmujemy z ognia i wlewamy 100 ml ajerkoniaku mieszając. W przepisie było podane, aby na ciasto wyłożyć owoce, a potem  i zalać masą, ale stwierdzam, że lepiej będzie, gdy zrobimy na odwrót i ja tak następnym razem postapię. Chodzi tylko o stronę wizualną, bo w smaku niczym się nie będzie różniło, a owocki i tak się przykleją. :) Wysypujemy czerwone i czarne porzeczki, jagody, truskawki i/albo maliny - ważne, żeby było kolorowo, posypujemy płatkami migdałowymi (których niestety nie miałam, a szkoda). Smacznego!

Typowo lipcowe ciasto :)

No tak, powinnam już dojeżdżać na miejsce. Ale nie mam czym, bo samochód nadal siedzi u mechanika, więc czekam i piszę i zaraz wyjdę z siebie. :( Na dodatek lipiec się rozpłakał. Nie lij descu, nie lij! A tu leje, masz ci los! Dlatego przy okazji i z okazji pierwszego dnia lipca życzę wszystkim, wbrew temu co za oknem, słonecznych wakacji. Howgh!

Pozdrawiam
Ewa

P.S.1
Pod moją nieobecność opublikuje się dla Was kolejny wpis o Danii.

P.S.2
Dom niestety jest średnio ogarnięty. ;)
E.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Z białych kwiatów czarnego bzu

Parę dni temu koleżanka postawiła mnie do pionu pytając czy ja już przestałam gotować, bo coś mało ostatnio kulinarnie u mnie na blogu. :)) Rzeczywiście, tak mnie pochłonęła działka i domowe atrakcje związane z dziećmi, że do kuchni wpadałam jak po ogień, a o robieniu zdjęć nawet nie myślałam. Ale że miałam asa w rękawie w postaci kwiatów czarnego bzu, to dzielnie się wybroniłam. Dlatego dziś mała dawka kulinariów, dla wszystkich, którzy się stęsknili za kuchennymi wpisami. ;)



A dziś w roli głównej kwitnący czarny bez. Jeden krzew a kilka wariacji na temat tych niezwykle słodko-pyłkowo pachnących kwiatów. Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam ten zapach. Mąż nie podziela mego zachwytu, jemu pachnie ziołowo, ;) ale ja go lubię. W całym domu pachnie teraz słodkim pyłkiem, mniam. Kwiatów nie myję, by nie tracić cennego pyłku. Nie należy również trzepać kwiatami, ;) z tego samego powodu. Nie gadam już, tylko na początek serwuję moją ulubioną naleweczkę.


Nalewka z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
50 baldachów czarnego bzu
2 cytryny
2 limonki
1 l spirytusu

Z wody i cukru przygotowujemy syrop, czyli zagotwujemy razem. Gdy syrop stygnie, układamy baldachy w słoju przekładając plasterkami z 2 cytryn (wyszorowanymi i bez pestek). Zalewamy i odstawiamy w ciepłe miejsce na 7-10 dni. Przez ten czas mieszamy codziennie drewnianą łyżką, aby nie dopuścić do fermentacji. Następnie sok przecedzamy przez sito, zalewamy spirytusem i dodajemy sok z 2 limonek. Słój zamykamy i stawiamy w ciemnym miejscu na miesiąc. Ale nie zapominamy o nim, bo trzeba co kilka dni energicznie nim potrząsać. Na koniec filtrujemy przez gazę, rozlewamy do butelek i odstawiamy na 3 tygodnie. Po tym czasie możemy się już delektować "bzową" naleweczką. :)



I za jednym zamachem robimy syrop, bo sposób przygotowania jest identyczny jak przy nalewce (tyle, że alkoholu nie dajemy). ;)

Syrop z kwiatów czarnego bzu

1 l wody
70 dag cukru
ok. 30 baldachów czarnego bzu
1 cytryna

Wodę i cukier zagotowujemy, wyciskamy sok z cytryny i zalewamy kwiaty, które najlepiej poobcinać najkrócej jak się da. Odstawiamy na 3 dni, mieszając codziennie. Po tym czasie przecedzamy, zagotowujemy i gorący wlewamy do butelki. Możemy zapasteryzować. Idealny do placuszków, jako dodatek do lemoniady w upalne dni lub do herbatki w zimowe. :)



Alkohole i syropy odstawiamy na bok i zabieramy się za pyszny aromatyczny dżem. Zwykły dżem truskawkowy w połączeniu z kwiatami czarnego bzu staje się... niezwykły. ;) Wierzcie, że to połączenie intryguje i nadaje anielskiego smaku i wyrafinowania (jeśli tak się mogę wyrazić). ;)) I ten aromat!

Dżem truskawkowy z kwiatami czarnego bzu

1,5 kg truskawek
350-400g cukru
6 baldachów kwiatów czarnego bzu
sok z 1 cytryny
cukier żelujący (pektyna)


Truskawki myjemy, kroimy na mniejsze kawałeczki i wrzucamy do garnka. Zasypujemy cukrem i czekamy, aż puszczą sok (ja w tym czasie obcinam kwiatuszki bezpośrednio nad garnkiem). Dodajemy sok z cytryny i kwiatuszki czarnego bzu (bez zielonych ogonków) i zagotowujemy ostrożnie mieszając. Najlepiej oskubać same kwiatki. Choć to trochę kopciuszkowa robota, opłaci się. Jeżeli nie mamy jednak ochoty bawić się w obcinanie samych kwiatków, można zawinąć je w gazę i tak zagotować, wyrzucając potem zawiniątko. Zostawiamy do ostudzenia (czyli najlepiej zasypać po południu, zagotować wieczorkiem i pójść spać). Rano dodać cukier żelujący, wymieszać i ponownie zagotować, delikatnie mieszając. Jeżeli konsystencja już zgęstniała (czyli taki gęstszy kompot) można przelać do wyparzonych słoiczków i odstawić go góry dnem, jeżeli jest jeszcze zbyt płynna - odstawić do ostygnięcia i znów zagotować.



Żeby temat wyczerpać już maksymalnie, z kwiatów czarnego bzu można zrobić również bukiet. ;) Ślicznie zastępuje gipsówkę, a z czerwonymi różami wygląda wyśmienicie.



A parę dni temu przeczytałam u Zielonej Asi, że Ona kwiaty czarnego bzu suszy i zimą robi z nich i liści lipy napar, gdy przeziębienie puka do drzwi. Bardzo dobry i bardzo mało ;) pracochłonny pomysł. Suszę więc i ja!


Na koniec nie może zabraknąć moich ulubieńców. Padało ostatnio troszkę, stąd deszczowe ptaków rozmowy...
Ciekawe czy już otwarte?
Trzeba sprawdzić
Chłopaki, towar rzucili!


Pozdrawiam smakowicie, miłego pichcenia ;)
Ewa


niedziela, 25 maja 2014

Dokad wędruje rozum w maju?

Bo to, że wędruje wielu z nas z pewnością wiosną zauważyło nie raz. I niekoniecznie mam tu na myśli wędrówki wzdłuż ciała skutkujące powołaniem na świat nowych istot. ;) Chodzi mi raczej o to, że w owej wytęsknionej wiosennej aurze, podładowany nagłym nadmiarem słońca i ciepła rozum opuszcza swój posterunek nieco dalej. A wtedy na prowadzenie wysuwają się emocje euforyczne i racjonalnie nieujarzmione, a tym samym skutkujące tymczasową radosną głupotą. Przyznam się, że od czasu do czasu takie stany przydarzają się i mnie. I przyznam się jeszcze, że niekoniecznie tylko w maju. ;) Ale mamy maj... i mój rozum zaplanował sobie na ten czas wiosenną wędrówkę. I to akurat pod nieobecność męża. Dziwne. :)


A wszystko przez zmianę kuchni na działce. Wiadomo, że kuchnia ważna rzecz. Wiadomo, że lepiej, by kuchnia była czysta i ładna, nawet gdy ma służyć tylko dwa sezony. Wiadomo też, że gdy cały domek przeznaczony jest do rozbiórki, to remont tymczasowej kuchni powinien być najtańszy z najtańszych. Dlatego mąż zamiast drewnianej boazerii, którą miałam malować na biało, kupił tańsze panele drewnopodobne, żeby już nie malować. Dobrze, wytrzymam dwa sezony, panele nie były wcale takie złe. Ale potem, zamiast jednej ikeowskiej szafki kuchennej kupiliśmy komplet 5 szafek z Castoramy, który kosztował 1/3 ceny szafki z IKEI. Super, znów oszczędność. Tylko, że kolor frontów nie pasował mi do koloru paneli. Może je jednak przemalować? Eee, szkoda roboty i zachodu, przecież to tylko na dwa lata. Pukając w mój rozum mąż zawiesił jedną z szafek i pojechał w świat. I przez ten cały czas o malowaniu nie myślałam, pieliłam, sadziłam i podlewałam. Aż do wczoraj. Wczoraj kupiłam białą farbę i ni z tego ni z owego postanowiłam, że jednak pomaluję. Zanim mąż wróci i puknie w mój rozum. I w 28-stopniowym upale malowałam pięcioma warstwami farby(!) pół kuchni (szafki sama zdjąć nie dałam rady, więc ona wyznaczała granicę szaleństwa). Gdy już panele stawały się coraz bielsze, wpadła córcia i zapytała dlaczego je maluję.

- Bo lepiej będzie kuchnia wyglądać, gdy ściany będą białe - odpowiedziałam ledwo już żywa.
- A nie było białych paneli?

Ugotowana pracą w takim upale i załamana pytaniem siedmiolatki pocieszałam się jedynie tym, że skoro rozum mnie opuścił, nie świadczy to wcale, że pozostała po nim czysta głupota (chociaż gdy pomyślę, że pół kuchni jeszcze czeka...)  Jak widać majowe pomysły mogą mieć z nią wiele wspólnego. Bo czy nie byłoby prościej i jeszcze taniej kupić białe? W czerwcu rozum z wojaży wróci i chyba malowanie pozostałej części kuchni okupię rzęsistymi łzami.

Pokażę na razie małe fragmenty, bo po pierwsze sił na fotografowanie nie miałam, a po drugie gotowej już kuchni poświęcę za jakiś czas osobny post.
Front miał zimny odcień, a panele ciepły. Nie pasowały do siebie i nie dawały mi spać
Na białym tle wygląda lepiej. I lepiej śpię! 
;)


Gdy poszczególne warstwy schły, to w przerwach - skoro już siedzę w pędzlach i farbach - malowałam drzwi wejściowe, drzwi do narzędziowni, słup i drewniany wieszak na ganeczku. Wszystko jednego dnia. Nie mam się co oszukiwać - rozumu chwilowo brak. 
Drzwi od wewnątrz jedynie pobieliłam, takie przetarte bardziej mi się podobają. Dojdzie jeszcze kinkiet, jakaś ładna girlanda, lobelia w amplach, słowem po kaszubsku będzie na całego! ;)



Widać, że jeżyny w liście obrosły, ale jakoś nie widać, by chciały w tym roku owocować.

Po skończonej pracy, posiedzieć spokojnie niestety nie mogliśmy, bo gdy tylko zaczęliśmy jeść drożdżówkę z rabarbarem (TU przepis, tylko zmniejszyłam nieco proporcje), w tle rozpoczął się burzowy koncert. Uciekaliśmy w przybierającym na sile deszczu, tak że gdy już wszystko pochowałam, pozamykałam i w samochodzie się schowałam, dzieci stwierdziły, że wyglądam jakbym wpadła do basenu. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak calusieńka do suchej nitki przemoczona. I wiecie co? Cudowne uczucie! :) Chyba częściej powinnam wychodzić w ulewny deszcz - nie wiedziałam, że to tak poprawia humor! :))



Nie mogłam się powstrzymać i musiałam pokazać Wam moją pnącą damę, która posadzona parę dni temu już rozkwita. :)) A obok bluszcz, który dostałam od znajomych w postaci patyczków, ;) też wypuścił pierwsze listki!



Dzisiaj miałam nie jechać, absolutnie wykluczone. I co? Po południu zabraliśmy Uno, kupiliśmy kobiałkę truskawek i pojechaliśmy na działeczkę. O ile lepiej gra się  przy ptasich trelach! ;))

I na koniec, a propos, ptasie nowości. Co daje bez na balkonie? Okazuje się, że oprócz obłędnego zapachu i mojej radości, również malownicze schronienie dla ptaszków! 

Pozdrawiam Was najserdeczniej,
chwilowo z wędrującym rozumem
Ewa

P.S.
Jeżeli komuś udało się wyśledzić dokąd rozum wędruje wiosną, bardzo proszę dać mi znać.
E.
Udanego tygodnia moi Mili

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...