piątek, 30 listopada 2012

Gdzie ukryć naleweczki?

Tak jak wspomniałam dziś będzie o zapomnianej (przeze mnie) pigwie. Jakiś czas temu nastawiłam naleweczkę z pigwy i ... głowy mojej zajętej już ona nie zaprzątała. Ostatnio ciągle coś było pilniejszego, że odłożyłam nalewkę i wpis o niej na bok i zupełnie zapomniałam! Dopiero gdy zlewałam ją do butelek, olśniło mnie, że przecież nie napisałam o niej postu. A ona tak milcząco rozczarowana stała tyle czasu! ;)

Najpierw dojrzewała sobie cierpliwie na salonowym parapecie ciesząc zmysły ;)

Pigwa (jedyny przedstawiciel rodzaju pigwa) oraz pigwowiec - należące do rodziny różowatych - często są mylone ze sobą, a to odpowiednio: niewielkie drzewa oraz krzewy, których owoce podobne do małych jabłuszek dojrzewają we wrześniu i październiku. Potrzebują ciepła i słońca przez długi czas, czego nasz klimat o tej porze roku raczej nie może zapewnić. Niemniej jednak uprawa się przyjęła i owocują bez zarzutu. Owoce nie nadają się do spożycia prosto z krzaka, bo są twarde i kwaśne, ale idealnie nadają się na wszelakie przetwory, a w szczególności ;) na nalewki. Znalazłam nawet przepis na zupę pigwową, ale niestety po pigwie o tej porze ani śladu. A miałam nadzieję, że taką piękną jesienią jeszcze zastanę pigwę na krzaczku, a tu ...pusto. :( 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że pigwa/pigwowiec ma więcej witaminy C niż cytryna (ale to żadna rewelacja, bo i kiwi i imbir i wiele innych owoców jest bardziej bogate w tę witaminę), więc idealnie zastępuje ją w herbacie. Ma całe bogactwo składników mineralnych oraz komplet witamin z grupy B. Reguluje trawienie, więc jest niezastąpiona na wszelkie kłopoty żołądkowe, działa przeciwwymiotnie i przeciwzapalnie, wzmacnia odporność, obniża ciśnienie i reguluje poziom cholesterolu, a nawet redukuje zmarszczki (stosowana oczywiście zewnętrznie!). :)) Ma piękny cytrynowo-korzenny zapach, dlatego warto ją schować do szuflady, np. z bielizną.

I jak tu jej nie lubić i nie kurować się nią w długie zimowe wieczory? 



Zdjęcia jeszcze słonecznie jesienne ;)


Nalewka pigwowa

Kilogram owoców pigwy lub pigwowca pokroić i oczyścić z nasion, zasypać kilogramem cukru i odstawić na 10 dni. Zlać syrop, połączyć z litrem spirytusu i odstawić na 3 miesiące. Prosta? Bardzo. Pozostałe owoce można ponownie wykorzystać zalewając litrem wódki i zostawiając na co najmniej pół roku (ja oczywiście nie omieszkałam z tego skorzystać i w kwietniu będzie jak znalazł). ;)




A wracając do tytułu dzisiejszego wpisu pokażę Wam przy tej okazji moją tajemną skrytkę na nalewki. ;) Wylicytowany, jakiś czas temu, nakastlik przeszedł błyskawiczną metamorfozę. Pamiętam, że przybył do mnie na kilka dni przed powrotem męża, a że był naprawdę w opłakanym stanie musiałam się szybko wziąć do roboty, aby mąż nie zobaczył co ja za gruchot do domu zaprosiłam. ;) Nawet Mama na moją propozycję, że może chciałaby taki pomocnik do kuchni, skrzywiła się ze wstrętem! Cóż, skoro niemiła księdzu ofiara, to ja to cielątko szorowałam, szlifowałam, sztukowałam, w końcu pomalowałam i nawoskowałam. Dodałam drewniany dekor, nowe półeczki, plecy i szyldy i mam od jakiś 2 tygodni stróża naleweczek! Ot, taki tymczasowy podręczny bareczek. ;) Ale coś czuję, że niedługo oddam go dzieciom we władanie - niech trzymają tam swoje bloki i rysunki, mazaki, farbki, pastele,... bo ciągle mi się gdzieś te akcesoria artystyczne plączą na wierzchu, a wysokie karafki i tak się w nim nie mieszczą. :( 



Przy okazji pokażę Wam, co wczoraj zgarnęłam w Duce za całe 19,90 zł. Zawsze chciałam mieć koronę (nie na głowie oczywiście). :) Wiecie, że jako mała dziewczynka, gdy wszystkie koleżanki chciały być księżniczkami, ja (przewrotna natura już dawała o sobie znać), chciałam być służącą?! :)) Po latach jednak korony się doczekałam. I nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie ozdobić już świątecznie. :)) Taka pierwsza przymiarka na szybko - i tak świecznik adwentowy ozdabiałam, więc hurtem poleciałam. ;)



Wpis znowu mi wyszedł taki upakowany jak .zip i na dodatek na pół jesienny, a na pół zimowy! :)) Wracam do roboty, bo zaraz kolację dzieciom muszę robić. Ech, jak ten czas gna!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do miłego
Ewa

środa, 28 listopada 2012

Imbir, ciasteczka i trup w szafie

Zacznę w odwrotnej kolejności. Tak jak Wam poprzednio pisałam nie wyrabiam się ostatnio na zakrętach - każdy to pewnie teraz odczuwa. ;) A przecież za zakrętem już Święta, na horyzoncie grudzień i ręce pełne roboty. Na dodatek w grudniu będę miała cały tydzień wyjęty z kalendarza! :( Akcenty grudniowe czas szykować, a tu: woreczki adwentowe popłakują w kącie czekając aż je skończę, szyszki do połowy pomalowane, pistoletu na klej nie mogę znaleźć, krzesła skończyć nie mogę, bo po gąbkę tapicerską nie mam się kiedy wybrać! Na dodatek najstarsze dziecię ma niedługo egzamin w szkole muzycznej i skrzypi niemiłosiernie co dzień, szlifując utwory szarpiąc struny i moje nerwy, a dla odmiany najmłodsze dziecię przechodzi właśnie bunt trzylatka i każdy dzień zaczyna się od "nie".

Ameryki nie odkryję jak napiszę, że każdy z nas ma swoje mniejsze lub większe problemy, którymi nie obarcza innych, tylko stara się mimo wszystko nieść radość i optymizm oraz głowę do góry. Nie jestem tu wyjątkiem. I przyznam się Wam dziś, że od lat trzymam trupa w szafie! Trup, jak trup (co Wam będę opisywać), tyle tylko, że udomowiony i nieprzewidywalny. Już sama świadomość, że tam siedzi miła nie jest, a jeszcze kiedy z niej nagle wyjdzie, to tak potrafi zatruć mi życie i odebrać wszelką jego radość, że wszystkiego mi się odechciewa. Trupa pozbyć się na razie nie mogę, więc tak sobie koegzystujemy w raczej wątpliwej symbiozie.

Wtedy szczególnie pomaga mi tropienie moich maleńkich szczęść. Wyłapuję je wszystkie z lupą w ręku zgarniając starannie okruszki codzienności. I choć miałam chwile zwątpienia, czy pisać dalej bloga, to po ostatnich wyróżnieniach i miłych komentarzach, myślę, że jeszcze trochę dam radę! :) Trup, co prawda nadal po domu biega, ale widzę, że coś ostatnio słabnie, więc go niedługo do tej szafy z powrotem zagnam. :0

A tymczasem, zanim popołudniami zamienię się w pełnoetatowego szofera, działam miedzy kuchnią a miotłą, maszyną do szycia a pędzlem, pralką a żelazkiem... Mąż przed wyjazdem przytargał mi znów ogromne ilości jabłek z działki (żebym się zanadto nie nudziła pod jego nieobecność!) i tym razem ruszyła produkcja kompotów.

Pierwsza partia i druga partia
Tarta tatin, ale nie bardzo wyszła, więc będzie poprawka

Dzieci natomiast męczą mnie o ciasteczka - uwielbiają to! Ja zresztą też lubię razem z nimi robić ciasteczka, gorzej gdy już one się w piekarniku grzeją (oczywiście ciasteczka, nie dzieci) :)), a mój wzrok pada na (nazwijmy to) kuchenny nieład artystyczny, czyli porozsypywaną mąkę dookoła i jeszcze dalej, oblepione szafki, stos foremek (wszystkie użyte!) i najlepsza zabawa mojego najmłodszego przychówku, czyli wymieszanie zawartości pojemników z solą i mąką, o czym przekonuję się np. dnia następnego wykorzystując mąkę do panierki (kotlety wychodzą cudownie słone?), czy soli do zupy (powstaje zasmażka?). Jak jeszcze do tego wszystkiego ciasteczka się przypalą (jak to miało miejsce tydzień temu), to już mam pełnię szczęścia! Ale jak odmówić dzieciom ich ukochanego zajęcia? :))

Jesienne ciasteczka imbirowe (wyszły takie sobie)
Ulubione ciasteczka cytrynowe dzieci (te nieprzypalone)
Wczorajsze cynamonowe listki połknięte w 5 minut!


A teraz obiecany już daaaawno przepis na imbir w czekoladzie. Przepis znalazłam w Angorze w dziale "Mirosław Kaliciński gotuje". Potrzebne będzie:

25 dag imbiru
8-10 łyżek cukru
3-5 łyżek wody
1 tabliczka czekolady

Cukier zagotować z wodą aż się rozpuści. Imbir obrać, pokroić w plastry (moim zdaniem lepiej większe niż mniejsze) i wsypać do garnuszka. Obgotować na małym ogniu 7-10 minut aż straci surowość. Syrop zlać, a do ciepłego imbiru dodać posiekaną czekoladę i wymieszać aż do rozpuszczenia się czekolady. Otrzymaną masę wyłożyć w miarę płasko (ok. 1 cm grubości) na papier do pieczenia  i cierpliwie poczekać aż ostygnie i włożyć do lodówki. Potem pokroić w kostkę (gdy imbir pokroicie na mniejsze kawałki) lub odrywać (gdy imbir był w większych kawałkach) i podjadać! :)) Na tak zwane niewyparzone gęby działa idealnie. :))) Przechowywać w chłodnym miejscu, czyli najlepiej w lodówce. ;) A ten mocno ostro-słodki syrop, co nam pozostał po odcedzeniu imbiru, można dodać do kawy (której nie pijam), albo do herbaty (której nie słodzę), albo (potrzeba matką wynalazku!) zrobić imbirowe babeczki! ;) Po prostu do najzwyklejszego przepisu babeczkowego dodać syrop (ja zmniejszyłam trochę tylko porcję cukru i mleka) i już. Te wszystkie ciasteczka imbirowe na sproszkowanym imbirze niech się schowają! Mniam!



Babeczki mają super smak!


Na zakończenie chciałam Wam zwrócić uwagę na mały banerek z kartoflem, który się dziś u mnie pojawił. Jakiś tydzień temu Jagodzianka zamieściła na swoim blogu ten właśnie kartoflany obrazek i wyznała, że od trzech miesięcy nie ogląda telewizji i bardzo jej z tym dobrze. Przypadł mi on do gustu (ten obrazek), gdyż jestem szczęśliwą nieposiadaczką telewizora od półtora roku i też bardzo sobie ten stan chwalę. Telewizor był, ale się zepsuł i od tamtego momentu jakoś nie zatęskniłam za nim tak bardzo, aby kupić nowy teleodbiornik. Zresztą nigdy nie był on w centrum zainteresowania. Wieczorne informacje i tak przechodziły mi koło nosa, bo to była pora szykowania dzieci do spania, filmy zaczynały się, gdy akurat dzieci usypiałam, a późnowieczorne seanse były po prostu nie na moje możliwości (maluchy do tej pory w nocy mamę wołają!). A dzieci oglądały bajki tylko o wybranych porach. Może za jakiś czas, gdy noce będę miała przespane, to i ów nadajnik wróci na salony, ale póki co sensu nie widzę. W końcu nawet Euro 2012 oglądałam przez internet. ;) W każdym razie spytałam Jagodziankę, czy nie udostępniłaby tego znaczka innym, którzy czy to, tak jak ja, telewizora nie mają, czy też mają, ale dla nich telewizor nie stanowi centrum życia rodzinnego. Słowem - dla tych, dla których telewizor w domu nie jest sprzętem numer 1. Dlatego jeśli ktoś popiera ideę, ogólnie mówiąc, ograniczania telewizji na rzecz innych zajęć, to może sobie to kartoflane serduszko ode mnie czy od Jagodzianki ściągnąć. Zachęcam gorąco do propagowania życia bliżej natury (i nie tylko o przyrodę tu chodzi) :)). A może ktoś chciałby jakiś nowy znaczek utworzyć w tym celu?


Na absolutne już zakończenie powiem, że jestem gapa nad gapy! Wiecie o czym zupełnie zapomniałam? O pigwie! Nastawiłam naleweczkę i (mój) słuch o niej zaginął. A zatem następny post będzie o pigwie, żebym jeszcze zdążyła przed grudniem z takim jesiennym wpisem. ;) Pójdę dziś sprawdzić czy jeszcze pigwę na krzaku znajdę i jeśli tak, to zrobię dla Was zupę pigwową. ;))

Pozdrawiam
Ewa

poniedziałek, 26 listopada 2012

Liebster i Sweet


Dziś o wyróżnieniach, które dostałam od dwóch przemiłych osób prowadzących fantastyczne blogi:  Libster blog od Kataliny, która postawiła mnie do raportu już ponad dwa tygodnie temu, każąc odpowiadać publicznie na 11 pytań! oraz Sweet blog od Ani, która okazała się łaskawsza i zadała ich tylko 7! :)) A że ostatni tydzień miałam zupełnie zwariowany, wywiadówki (zawsze w obu szkołach naraz!) i w przedszkolu spotkanie, wizyty urzędowe, zajęcia w szkole, w sobotę teatr z dziećmi, a w domu pobojowisko, to cała reszta (czyli między innymi blog) zeszła na plan dalszy. Po prostu nie wyrabiam na zakrętach :(
Ale już się poprawiam, dziękuję za przemiłe wyróżnienia i do tablicy maszeruję...


Pytania od Kataliny:

1. Trzy ulubione książki?
"Ziele na kraterze" M. Wańkowicza oraz "Alicja w krainie czarów" L. Carroll
2. Gdyby były możliwe podróże w czasie, do której epoki chciałabyś się przenieść? 
Chyba najbardziej mnie ciągnie, tak jak bohatera komedii W. Allena "O północy w Paryżu", do Belle Epoque 
3. Na dworze którego króla chciałabyś być damą - Ludwika XIV (Francja) czy Henryka VIII (Anglia)? 
No oczywiście, że Ludwika - i to nie tylko przez sympatię do "francuszczyzny" ;), ale i ze strachu, że Henryk jeszcze by się we mnie zakochał, a potem ściął mi głowę!
4. Pierwszy zakup po wygraniu miliona w totka?
Dom na wsi z hektaaaaarami ziemi!
5. Czego nie wybaczyłabyś najlepszej przyjaciółce?
Przyjaciółka to z definicji osoba, której nie trzeba niczego wybaczać. Jeśli trzeba, to nie jest przyjaźń.
6. Najdziwniejsza rzecz, jaką nosisz w swojej torebce? 
Poczekaj, zaraz zajrzę.... ale bałagan! Same dziwne rzeczy...
7. Nazwa którego miejsca na świecie przychodzi Ci jako pierwsza do głowy, gdy słyszysz hasło wymarzona podróż? 
Pierwsza myśl, to Ameryka Południowa. Tak sobie marzę...
8. Czy wiesz jakie znaczenie ma Twoje imię?
Oczywiście, z hebrajskiego (albo wcześniej z sumeryjskiego, bo tam pojawia się po raz pierwszy jako Awa) to dająca życie. Ja dałam trzy! ;)
9. Jakiej części garderoby nigdy byś na siebie nie włożyła?
Niewygodnej
10. Masz mieć sesję zdjęciową, jaki suknię wybierasz - z dawnej epoki na krynolinie, czy znanego projektanta?
Pewnie, że na krynolinie, z burzą loków upiętych wysoko na głowie i z talią osy! :))
11. Najbardziej nietrafiony prezent jaki dostałaś? 
Kiedyś dostałam coś, co nie było ani ładne, ani praktyczne i nie bardzo wiedziałam do czego służy. Co z tym zrobić?


A teraz pytania od Ani:

1.Wakacje w górach czy nad morzem?
Mieszkam nad morzem, które kocham, dlatego na wakacje jeżdżę w góry
2. Z rana kawa czy herbata?
Kawy nie pijam w ogóle, więc herbata o każdej porze dnia
3. Dobra książka czy kino?
Zdecydowanie książka
4. Który kolor najbardziej lubisz - napisz dlaczego.
Jeszcze do niedawna brązy i zielenie, ale w moim życiu zaszła zmiana i od tamtej pory w szafie królują petrolowe niebieskości, ale wnętrza mam "biszkoptowe"
5. Zdecydowanie kot czy może pies?
Zdecydowanie nie wiem :) Do niedawna miałam pod tym względem równowagę, teraz mam koty, ale nie umiem się zdecydować, bo zupełnie inny rodzaj radości daje pies a inny kot...
6. Które święta wolisz? Boże Narodzenie czy Wielkanoc?
Przyszło mi napisać o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy! :) Cóż, choć Wielkanoc jest ważniejszym świętem, to jednak Bożego Narodzenia.
7. Ulubione danie wigilijne?
Jak byłam mała, to kolacja wigilijna była dla mnie koszmarem, bo trzeba było wszystkiego choć trochę spróbować (dodam, że byłam niewiarygodnym niejadkiem - nawet słodyczy pod żadną postacią nie jadałam, generalnie nic nie jadłam! :)) a potrawy wigilijne były zupełnie niezjadliwe) ;) Teraz uwielbiam je wszystkie! A słodki kompot z suszonych owoców i fasoli chyba najbardziej

UFF!

Kochani, nie buszuję tak często jak bym chciała po innych blogach, bo najzwyczajniej na świecie czasu mi na to brakuje! I choć chęci szczere mam, aby pozostać troszkę dłużej w czwartym wymiarze, bo pięknych i ciekawych blogów jest bardzo dużo, to na razie ciągle nie mam kiedy. :( Ale wśród tych, które obserwuję jest mnóstwo cudownych blogów, nad którymi teraz poznęcam się! :) Otóż, niczego nie spodziewające się, Bogu ducha winne osoby (u których nie znalazłam w pasku bocznym, ani ostatnimi czasy we wpisach nie widziałam - żadnych wyróżnień, ani informacji, że za takowe serdecznie dziękują) zostaną brutalnie przeze mnie teraz zaatakowane! Za to, że inspirują, roztaczają ciepło, tworzą cudowne rzeczy, robią piękne zdjęcia, i chcą się tym wszystkim dzielić z innymi. Wybierzcie sobie wyróżnienie, które Wam bardziej odpowiada, czy podoba się.
Do odpowiedzi wzywam (i niech no któraś spróbuje się wyłgać!):

i pytania podsuwam (wyrozumiale tylko 6!) ;):

1. Co Tobie daje prowadzenie bloga?
2. Co jest dla Ciebie najcenniejsze?
3. Z czego jesteś najbardziej dumna?
4. Jak sobie radzisz ze smutkiem?
5. Twoje największe marzenie?
6. Jak byś siebie określiła jednym słowem?

Mam nadzieję, że Was troszkę lepiej poznam po udzieleniu odpowiedzi. ;)


Pozdrawiam, a piszącym blogi życzę samych kochających podczytywaczy! ;)
Ewa

P.S.
Alexls, mam nadzieję, że imbir w lodówce nie tupie jeszcze nogą ze złości! Następny post NA PEWNO z przepisem!
E.


piątek, 23 listopada 2012

O miłości inaczej i trochę prezentów

Dziś książka o miłości. Ale najpierw mała uwaga. Nie czytam oczywiście wszystkiego, co mi wpadnie w oczy, czy ręce. Życie me jest zdecydowanie za krótkie, aby tracić czas na miałkie opowieści. ;) Trzeba robić selekcję. Dramatycznie słodkie i romantyczne harlequiny w stylu Daniele Steel zakończone happy endem  mnie nie interesują. Dlatego z założenia nie czytam żadnych romansów, ani nie chodzę na wątpliwe komedie romantyczne (chyba, że Woddiego Allena, czy takie obyczajowo-romantyczne, jak „Lepiej późno niż później” z moim ukochanym J. Nickolsonem). Nie czytam i nie oglądam, bo po prostu nie lubię tego gatunku. 

Ale co zrobić, gdy całe życie ludzkie na miłości się opiera? Miłość nadaje sens życiu i nie ma znaczenia ku komu lub czemu jest ona skierowana. Miłość to przecież perpetuum mobile całego wszechświata, więc jak tu ją szerokim łukiem ominąć? Nie da się. Dlatego wcale nierzadko w ręce wpadnie mi książka, która o miłości tak czy inaczej opowiada. Jeśli już czytam o miłości, to książki, które są dobrze napisane i często o miłości opowiadają inaczej.

Taka też jest książka noblisty Mario Vargasa Llosy „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”. To historia miłości peruwiańskiego tłumacza osiadłego w Paryżu do swojej rodaczki, którą los (zgodnie z jej życzeniem) rzucał w różne strony świata. Wyrachowana, cyniczna i żądna bogactwa piękna dziewczyna, która aby osiągnąć cel nie zawaha się popełnić wielu szelmostw i spokojny, kulturalny, dobry chłopak. To na pewno nie jest historia typowej miłości ani typowych zachowań człowieka. Śledzimy prawie całe życie głównego bohatera, w którym od czasu do czasu pojawia się i znika miłość jego życia - niegrzeczna dziewczynka. I tak jak główny bohater nienawidzimy jej powortów i wzruszamy się na przemian. Przy okazji poznajemy trochę w tle, nie znaną nam, historię polityczną Peru.
Kunszt słowa, kompozycja opowieści, lekkość narracji, namacalna szczegółowość opisów sprawiają, że jest to lektura na najwyższym poziomie. Co Nobel, to Nobel! Obkupiona jestem kolejnymi pozycjami Llosy, bo oczarował mnie swoją wrażliwością i wnikliwością.


Miałam Wam dzisiaj podać obiecany przepis na imbir w czekoladzie, ale pojechałam dziś do Weltbildu i chciałam Wam pokazać, co upolowałam. W Weltbildzie jest teraz sporo ładnych rzeczy w promocji i w związku z tym, że czas prezentowy trwa, to pomyślałam sobie, że może coś Wam się tam spodoba, np. jako prezent dla kogoś albo dla siebie (to nie jest żadna reklama sponsorowana!). :) A imbir następnym razem - słowo!

Oto mój dzisiejszy łów:


W tym roku miałam zupełnie inną koncepcję świecznika adwentowego (taki szaliczkowy chciałam zrobić), ale gdy zobaczyłam cenę, która mnie powaliła, to od razu ciach... pod pachę i do domu! :) Oczywiście pędzel już w gotowości i za tydzień pokażę co wyszło.

A te rzeczy zamówiłam już na spokojnie przez internet (w dziale wyprzedaż):

podpórka (ciężka kilogramowa) 10 zł, ramka na moje trzy pociechy: 79 zł i koszyczek na orzeszki: 17 zł


A to wybrana propozycja dla Was - też z zakładki wyprzedaż (oprócz kanki). Ja czerwonych akcentów na Święta nie mam, ale wiem, że wiele osób je lubi. Może z czymś akurat trafiłam. Ceny zaokrągliłam.

Poduszki 2 szt: 34 zł, zegar wiszący: 76 zł, pościel w zależności od rozmiaru: 60-90 zł, zegar z motylem: 34 zł, zegar "budzik": 49, koszyczek ze świeczkami (można wszystko na czynniki pierwsze rozebrać i po swojemu wykorzystać): 39 zł, kanka 9,90 zł, gazetnik: 127 zł.

Wracam do roboty, bo mam jej co niemiara!
Trzymajcie się ciepło,
Ewa

środa, 21 listopada 2012

Pączki pod zimową kołderką


Nie, nie chodzi dziś o kulinarne wyczyny, choć tytuł wielce obiecujący! ;), temat nadal jesienny. Chciałam Wam dzisiaj pokazać moje bezpieczne już pączki i roślinki. W końcu wiadomo, że od 11.11 nie ma żartów, gdyż Marcin może na białym koniu przyjechać, mrozem chuchnąć, a wtedy bye bye ukwiecony balkonie! Nie ma co dłużej ryzykować. Choróbsko trochę mnie w domu przetrzymało, ale jak wyzdrowiałam w te pędy za pędy się zabrałam. ;) Tak że wszystkie doniczkowe bziki i moje dwukolorowe hortensje zeszły do piwnic, pozostałe donice na styropianie stanęły i w jutowe sukienki się przyoblekły. W namiastce ogródka kopczyki z kory pod drzewkami i nad cebulkami porobione, lawenda oraz wrzosy szykowne kołdry z agrowłókniny dostały, hortensje płaszczem otulone w najmodniejszym fasonie wiosny wyczekiwać będą, a ja nareszcie spać mogę już spokojnie. Więc jeśli ktoś z Was cierpi na bezsenność, to z pewnością znak, że roślinki niezabezpieczone przed zimą jeszcze! ;)


Pączki są? Są. Szansa na kwiaty jest? Jest. Szkoda ją zmarnować. ;)



A teraz moja wielka radość, czyli mój ukochany storczyk również poszalał sobie w tym roku i wypuścił.... kto zgadnie ile nowych pędów? Ha, nikt nie zgadnie! Ja liczyłam kilka razy myśląc, że dostałam zeza. ;) 9 pędów!!! Tra la la! Ale mam w tym roku szczęście do "cwitków". :))) No Święta to ja będę miała na pewno białe! :)
A oto dowód, jakby ktoś nie dowierzał:




Dziś tak króciutko, bo zaległości sporo, a obowiązków wcale nie chce być mniej. :(  Ech, doba za krótka!

Pozdrawiam
Do miłego
Ewa
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...