piątek, 5 kwietnia 2013

Biało dość...

Od kilku dni codziennie rano budzi nas dźwięk odśnieżania. Jak zaczęło sypać w Wielki Piątek, tak śnieg pada niemal nieprzerwanie do dnia dzisiejszego. Ostatnio raczej drobny i mokry, ale w Święta - wielki i puszysty. Chyba jeszcze nigdy tak białych i prawdziwie zimowych Świąt Wielkanocnych nie przeżyłam. Były pogody, owszem, pozostawiające wiele do życzenia, ale tegoroczna oprawa Wielkanocy była bardzo osobliwa. 
Dzisiejszy widok z okna
Na trójmiejskim biegunie zimna (gdzie mieszkam) śniegu mamy pod dostatkiem i chyba jutro zarządzę lepienie wiosennego zajączka! Zamiast bałwana. :)) Nie chcę zaczynać postu od narzekania na piękną, bądź co bądź, zimę tej wiosny. Bo i po co narzekać, jak nic na to nie poradzimy i nic się nie zmieni od ciągłych pytań o wiosnę. Mamy zimę - koniec i kropka. Tylko pewnie nie ja jedna czuję się, jakbym była w lekkim stanie hibernacji. Bo i owszem, śnieg w kwietniu to przecież nie nowina, pod warunkiem, że jest on poprzetykany wiosennym ciepłem i słońcem. Czyli kiedy mamy do czynienia z kapryśnym przedwiośniem. A my w tym roku mamy zimę trwającą właściwie od grudnia, stąd też jestem ostatnio jak na wpół uśpiony niedźwiedź, który nie wie co ma robić i czeka, kiedy będzie mógł wyjść w końcu z gawry. Potulnie podporządkowuję się aurze za oknem, chodząc jak lunatyk i działając na zapasowych bateriach. :)

Efekt ciągłego spoglądania na otaczającą mnie zewsząd biel zaowocował bielą we wnętrzu. ;) Nie żadne tam kolorki radosne, tylko biel. Biel mnie otacza dookoła. :) Dlatego wymieniłam swój stary chustecznik na nowy pasujący do pogody nie tylko tej za oknem, ale i ducha. ;)  Tak mi się spodobał pomysł z żabotem, że zrobiłam do salonu (okropne słowo, ale duży pokój też nie lepsze!) podobny, jak do pokoju córci i na Candy, tylko wykorzystałam inny dekor. W końcu dwa prawie takie same w jednym domu, to już przesada, :) ale tym razem jest malowany a nie bejcowany. Biel olśniewająca nie jest, bo tworzona na bazie szarego beżu, ale że nie przepadam za bielszym odcieniem bieli, więc taki przybrudzony bardziej mi pasuje. ;)  Zdecydowanie wolę biel zamgloną, niejednoznaczną, nawet kremową. Ciekawa jestem jak Wam ten skromnie dostojny chustecznik przypadł do gustu? Bo ja jestem zadowolona z jego nie rzucającej się w oczy posługi w podawaniu chusteczek. :)) 



A skoro biel jest all around, to zatrzymam Was jeszcze w tym temacie i pochwalę się prezentami, jakie dostałam od blogowych, czyli wirtualnych koleżanek. :) Po raz pierwszy w życiu (nie tylko tym blogowym) ;) COŚ wygrałam. Nie mam szczęścia w grach losowych, więc zbyt dużych nadziei sobie nie robię biorąc udział w jakiejś zabawie. Na blogowe Candy też zapisuję się raczej oszczędnie (wystarczy spojrzeć na boczny pasek!). ;) Gdy coś mnie złapie za serce i wiem, że chciałbym to mieć, to się zapisuję, ale zawsze pamiętam, że to głównie zabawa z baaardzo malutkim łutem szczęścia. I właśnie mnie taki łut całkiem niedawno przypadł w udziale. Ledwo ogłosiłam zwycięzcę własnego pierwszego Candy, a tu przychodzi informacja, że ja też wygrałam. Dopiero na własnej skórze poczułam, jaka to radość coś wygrać! Coś pięknego, coś co nam się podoba i co autentycznie sprawi nam przyjemność. Choć uśmiech i tak mam na stałe przyczepiony, to tym razem znacznie mi się poszerzył! :)) Tralalałam sobie z radości i cieszyłam jak dziecko. Bo choć uwielbiam robić niespodzianki i cieszyć się widząc czyjaś radość, to dostawać prezenty jest równie przyjemne! :) Dlatego stwierdziłam, że muszę częściej organizować Candy, aby sprawiać frajdę innym, bo to wielkie uczucie szczęścia z powodu wygranej jest po prostu zaraźliwe! I szkoda nie wykorzystać prowadzenia bloga do dzielenia się taką małą radością częściej. Co o tym myślicie?

Dobra, rozgadałam się, a Wy czekacie, abym pokazała w końcu to moje szczęście. Otóż wygrałam śliczną białą, w stylu shabby półeczkę u Maszki prowadzącej "białego" ;) bloga Reminiscencje. I dodam, że trafiłam na bloga Maszki właśnie za sprawą zorganizowanego przez nią Candy i ...wygrałam! Można się zdziwić? Można. Można się ucieszyć? Można, i to jak!

Mój skarb w zimowej scenerii...

A tu na razie jako domowy ogródek ziołowy będzie cieszył moje oczy każdego dnia. :)

Tym bardziej, że w przesyłce oprócz półki oczom mym zaskoczonym ukazał się zajączek w cudownie różowej wstążeczce, który poprawia mi nastrój ilekroć na niego spojrzę, oraz paczuszka skrywająca istne cudeńka!
Zajączek wpasował się kolorystycznie w barwę tulipanków, jakie kupiłam przed Świętami. :))

Te cudeńka wykonane własnoręcznie przez Maszkę zawisły na wianku (kupionym kiedyś w Pepco), który zawsze staram się dekorować wraz ze zmieniającymi się porami roku. Jednakże w tym roku weny dekoratorskiej jakoś nie miałam i ze smutkiem spoglądałam na goły wieniec. I cóż ja pocznę z nim w te białe wiosenne Święta? Jak go ubiorę? Maszki prezenty rozwiązały problem idealnie. :)) Są białe, ale w swej formie niosą wiosenne przesłanie. I nie muszę ich chować zaraz po Świętach, bo na wiosnę jeszcze czekamy! ;)

Urocze, prawda?

A tu zawieszka z inicjałem mojego imienia, która mnie zupełnie wzruszyła. Doczepiłam ją do naszyjnika i wystąpiłam w niej w Święta. Maszko, bardzo Ci dziękuję za tyle darów od serca! Jak ja Ci się odwdzięczę? Jestem zachwycona i onieśmielona Twoim gestem. Wielkie całusy!!!


Ale na tym nie koniec niespodzianek. Bo również przed Świętami dostałam prezent od innej blogowej koleżanki zza wielkiej wody. To dowód transatlantyckiej, bezinteresownej sympatii, którą po prostu chciała okazać Alexls z Destinationart. To najmilszy gest sympatii, jaki można dostać. Towarzyszy mi on zawsze przed snem, przypominając, że został zrobiony specjalnie dla mnie! Lubię czytać, a czas na tę przyjemność mam tylko przed snem (jeśli nie padnę wcześniej na nos ze zmęczenia), a zakładki z prawdziwego zdarzenia nie miałam. Nie będę się publicznie przyznawać czego to ja nie używałam, jako zakładek do książek, bo to wstyd. :) Ale teraz mam - swoją, osobistą, piękną zakładkę, którą mogę się chwalić! ;)


Oprócz tej jednej, jedynej mej prywatnej, dostałam również 3 sympatyczne, kolorowe zapasowe zakładki jako pozdrowienia z Nowego Jorku. :)) Bo zrobione z kart do metra. Super pomysł! Mąż ma chrapkę na jedną, więc wspaniałomyślnie mogę j e d n ą pożyczyć. :)) Olu Kochana, bardzo Ci dziękuję za prezent i za to, że o mnie pomyślałaś! Cmok, cmok, cmok. ;)

Prawda, że fantastyczne?

I tym kolorowym akcentem żegnam się z Wami, otulona bielą po uszy. :) Dziękuję również za wszystkie życzenia i za to, że do mnie zaglądacie.

Pozdrawiam serdecznie
Ewa

sobota, 30 marca 2013

Radosny czas!

Wpadam, żeby złożyć Wam życzenia. Późno dość, ale jestem ostatnio bardzo zabiegana, a i czas taki bardziej refleksyjny. Nawet do komputera bardzo rzadko siadam! ;) A to już pewny znak, że wolnego czasu  nie mam wcale. Ale myślę o Was - o anonimowych miłych zaglądaczach i o koleżankach blogowych. Nie miałam nawet czasu, aby pozaglądać na inne blogi, a z pewnością jest tam pięknie, kolorowo i świątecznie. Mam nadzieję, że nadrobię zaległości po Świętach, chociaż kwiecień u nas zawsze zakręcony, bo 4 z nas, czyli prawie wszyscy z 5-osobowej rodziny, przyszło na świat właśnie w kwietniu! :)) A i Święta zawsze z którejś strony się pojawiają. W tym roku Święta są pierwsze, więc szykuje się kwietniowy maratonek rodzinny. ;) Ale to dopiero przede mną, teraz mamy wyczekany radosny czas Wielkanocy. Białe Święta przygotowała nam wiosna - od wczoraj sypie śnieg (teraz właśnie też!). Oryginalna panna nam się trafiła w tym roku. Rano obudził mnie dźwięk szuflowania! Dziwny jak na wiosnę i dziwny jak na Święta Wielkiej Nocy. Sankami można by do kościoła jechać. :) Ale nic na to nie poradzimy, nie ma co narzekać, trzeba to przeczekać i już! 

A u mnie większość prac już wykonana. Zostały drobiazgi, z którymi i tak do wieczora będę walczyć. :) Ale jajeczka już wczoraj pomalowane. Oczywiście, tak jak Wam wspominałam, naturalnymi metodami. Zieleń jedynie taka niemrawa wyszła (środkowe jajo), ale co się dziwić, jak za oknem biało. ;) Takie wyszły (wcale nie gorsze od sztucznych barwników, prawda?):



Co roku też robię przepyszne jajka marmurkowe, czyli jajka gotowane w specjalnej mieszance przypraw, czarnej herbaty i sosu sojowego. Wywar wnika poprzez szczelinki w potłuczonych skorupkach i po obraniu nadaje im charakterystyczny wygląd marmuru. Nie tylko barwi je w tym miejscu, ale i dodaje wspaniałego smaku! Mniam! Niestety trochę już późno, żeby podawać przepis. :(



Z powodu braku odpowiedniej aury za oknem, świąteczno-wiosenny wystrój domu w tym roku taki bardzo zachowawczy. ;) Obowiązkowo tulipanki są, ale reszta... cichutka i spokojna.




Na koniec chciałam Wam złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt -
Aby cud Wielkiej Nocy odmienił nasze serca
i dał wszystkim potrzebującym radość i ukojenie
oraz nadzieję, że codzienna przemiana jest możliwa,
jeśli się tylko wierzy.



Ewa


wtorek, 26 marca 2013

Serowy zawrót głowy

Post dziś taki mało wydajny będzie ;), bo leżę z gorączką. To znaczy w tej chwili akurat gorączki nie mam, ale coś mnie wczoraj podstępnie dopadło i bez ostrzeżenia zaatakowało rozkładając na łopatki. Dziś zaczynam kontaktować i mam nadzieję, że zaraz zapomnę o takim lichym początku tygodnia, bo dzieci już dopytują o malowanie jajek. A jajeczka malujemy naturalnie, a nie sztucznymi barwnikami, więc zawsze zabawy przy tym trochę jest. ;)

Ale na razie podaję w końcu przepis na własnej produkcji ser żółty domowy, bo wiem, że kilka osób na niego czekało. :) Potrzebne będą :

1l mleka
1 kg białego twarogu
1 jajko
100 g masła 
1 łyżeczka soli i szczypta pieprzu
1 łyżeczka octu
1 łyżeczka sody

W garnku zagotować delikatnie mleko (tzn. bez szalonego cwałowania w garnku) ;). W międzyczasie twaróg podrobić widelcem, zmniejszyć ogień i wkruszyć przygotowany twaróg do mleka. Moim zdaniem smaczniejszy wychodzi z tłustego mleka i twarogu, ale to kwestia gustu. Na początku cały czas mieszamy zgniatając widelcem grudki, aż twaróg straci "odrębność" i stanie się w miarę jednolitą gumiastą masą podobną do lanych kluseczek. Gotować należy ok. pół godziny (ja niecierpliwa gotowałam 20 min. i nie widziałam różnicy), niestety często (bardzo często) mieszając, aby nie dopuścić do przywarcia twarogu do dna i przypalenia. A jest on bardzo lepki, więc trzeba uważać. Następnie przecedzamy ser na sicie lub ściereczce starając się odcisnąć z niego jak najwięcej płynu i zostawiamy do wystudzenia (można wystawić na balkon, przy obecnych wiosennych ;) temperaturach pójdzie nam szybciej.


W tym czasie rozpuszczamy lekko masełko i gdy przestygnie przelewamy do miski, dodajemy jajko, sól, odrobinę pieprzu ocet i sodę. Ja również dodaję pół łyżeczki kurkumy i szczyptę papryki mielonej. Pierwsze dla koloru, drugie dla smaku  (ale szczerze polecam Wam je dodać, bo smak sera jest o niebo lepszy). Na tym etapie można dodać inne swoje ulubione przyprawy, jeśli chce się mieć ser smakowy, albo np. posiekane oliwki lub suszone pomidory. Teraz zawartość sitka oraz miski przerzucamy do miksera lub malaksera i miksujemy. Gdy używamy miksera tak jak ja, należy to robić małymi partiami, żeby nie przegrzać urządzenia. ;) 


 Zmiksowaną masę przekładamy do garnka i na małym ogniu, albo w kąpieli wodnej dokładnie i energicznie mieszamy. To właściwie jedyny tak pracowity moment w trakcie domowej produkcji. ;) Jak macie u boku silne męskie ramię, to je wykorzystajcie. Jak nie, to też nic się nie przejmujcie - dacie radę (ja z pomocy korzystałam tylko dwa razy)! :) Ser zaczyna się topić i staje się gumowy i lepki. Tak ma być. Gdy, dzięki naszym wysiłkom ;), stanie się jedną gumową masą, to czas na przełożenie do jakiegoś pojemniczka, aby wystygł i zastygł. ;) Po tym czasie mamy piękny i smaczny własny ser gotowy do jedzenia. :))




Pozdrawiam słonecznie
Ewa


piątek, 22 marca 2013

Wokół kuchni

Ostatni mój post trafiony jak kulą w płot. Że niby to ostatnie pomruki zimy, że oj tam, oj tam - my się zimy nie boimy, niech starszy. Tulipany w domu porozstawiałam po kątach, a tu zamieć śnieżna przyszła. Śniegu tyle nawiało, że po wykopaniu tunelu od garażu do domu zaspy sięgały powyżej kolan (a ja bynajmniej do malutkich kobietek nie należę). ;) I co mi przyszło z tych kolorów, jak za oknem regularna zima? A przecież wiosna przyszła do nas wczoraj. Wiosna! Wiosna, ach to ty? A cóż ty w bieli robisz? Kwietne suknie załóż, w nich Tobie najpiękniej do twarzy! Ale czy ona mnie usłyszy?
Kwiaty zwiędły i nie kupuję żadnych. Znów mi nie pasują. Za to humory poprawiam sobie i domownikom koktajlami, placuszkami i naleśnikami z kaszubskimi jagodami wyciągając z zamrażarki kolejne partie. :) Dobrze, ze chociaż słoneczko czasem zajrzy! ;)


Razem z kwiatkami zwiędły skrzydełka me. Nastroju do myślenia o dekoracjach świąteczno-wiosennych nie mam za grosz. Zresztą nie tylko z powodu aury za oknem. Koniec końców stanęło na tym, że sama musiałam wymalować sobie przedpokój (i tę nieszczęsną 5,5 metrową ścianę), a że dysponuję jedynie czasem do południa - wtedy szkodników nie ma w domu - to zajęło mi to 3 dni! Bo musiałam jeszcze wycekolować wszystkie dziurki po gwoździach i ubytki poczynione przez moje szkodniki na różnym etapie ich ewolucji tudzież czyściłam ściany z dziecięcej radosnej twórczości. Przy okazji malowania zostało dokończone oświetlenie nad schodami, a pod schodami zrobiony schowek (ale o tym innym razem, bo mam w końcu w domu pewną "maszynę", z której baaardzo się cieszę). :))
Na dodatek najstarszy syncio wirusówkę złapał (teraz oczekuję rozsiania wirusa, bo młodsze dzieci coś tam bąkają o niespokojnym brzuszku). ;( Poza tym, w tym tygodniu wypadły jeszcze zajęcia z filozofii, które prowadzę cyklicznie z dziećmi (i do których muszę się też przygotować). I taka dziura w blogowaniu powstała (jak na mnie, to ogromna). ;)

Ale to wcale nie oznacza, że nic innego nie udało mi się przez ten czas zrobić. W końcu 10 dni to szmat czasu! ;) W ramach nie kończącej się historii o wielkich porządkach, padło na kuchnię. Miseczek w szufladzie upchać nie mogłam, no i ... COŚ mnie trafiło! A COŚ mnie na co dzień raczej nie trafia. Generalnie bardzo rzadko mnie trafia, bo jestem z natury bardzo spokojnym człowiekiem. Zęby mam codziennie porządnie wysuszone, tak je wszem i wobec szczerzę. [Przypomniało mi się, jak jeszcze w czasach licealno-studenckich znajomi mówili, że mnie wszędzie odnajdą, bo najpierw słychać perlisty śmiech, następnie na horyzoncie pojawia się "blask" zębowego garnituru, i potem wyłania się właścicielka uzębienia, czyli ja. :))] No i tak mi zostało do dzisiaj (jedynie z tego perlistego śmiechu już wyrosłam). ;) Ale czasem się zdarza, że do miseczek nie potrafię się uśmiechnąć i cierpliwości mi brak. Żebyście wiedziały, ile ja nerwów straciłam przez rzeczy martwe, to byście nie uwierzyły! ;) A to szuflada nie chce się zamknąć, a to kabel od odkurzacza nie chce się zwinąć, a to trzonek odpadnie od miotły. No mówię Wam, nerwy mam kompletnie zszargane! Ale pocieszam się: z dwojga złego lepiej, że ja na te martwe tak się złoszczę, niż na żywe. :))

Wracając do sedna, te nieszczęsne miseczki tak podniosły mi ciśnienie, że nie zastanawiając się długo, zabrałam się od razu za gruntowne porządki w kuchni, chociaż reszta domu tego bardziej wymagała. ;) Jak mi ciśnienie wróciło już do normy, to się okazało, że kuchnia wygląda jak po wybuchu granatu i zrobiło mi się słabo. No nie mówiłam, że te martwe rzeczy mnie wykończą? ;) Ale nie mogłam tego tak już zostawić. Tak więc, mamrocząc pod nosem, czyściłam, wycierałam, segregowałam, układałam. I znów dzięki kopciuszkowej pracy doznałam olśnienia (wcześniej objawienie mnie zastało, gdy sprzątałam łazienkę, ale o tym też przy następnej okazji). Koniecznie potrzebne są etykiety na słoiczki w szufladach, aby od razu po otworzeniu było widać, co w nich jest. Bo kto mi powie, w którym słoiczku jest bułka tarta, a w którym kaszka manna?


Ha! Prawda, że trzeba uruchomić detektywistyczny ogląd rzeczywistości, aby dojść do satysfakcjonujących wniosków? Dlatego stwierdziłam, że koniec z traceniem mego jakże cennego czasu na wyciąganie za każdym razem słoiczka z szuflady, przyglądanie mu się bacznie i zaprzątanie myśli taką zbędną czynnością dedukcyjną (wszak mogę w tym czasie oddawać się niczym niezakłócanym marzeniom). :))
Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wynalazłam na Graphicsfairy pasującą ramkę, doprowadziłam ją do okrągłego kształtu, dodałam opisy, wydrukowałam na przezroczystej folii, wycięłam i nakleiłam na wieczka.

I tak oto prezentują się teraz moje szuflady. Nawiasem mówiąc te słoiczki po kawie bardzo lubię ze względu na kwadratowe boki - idealnie przylegają do siebie w szafkach czy szufladach. A jakie Wy macie patenty na przechowywanie produktów w szafkach?
Od razu wiadomo po co sięgać. Teraz można to robić prawie bezmyślnie ;)
A tu w nieco mniejszych słoiczkach - pochrupywanki dla dzieci
Mam w planie jeszcze takowe etykiety zrobić u Mamy w kuchni, ale póki co, to od Mamy wypożyczyłam na chwilę dwa rustykalne pojemniki, które nie pasują już do koncepcji nowej kuchni. Poszły pod pędzel, a że po mieszaniu kolorów zostało mi nieco farby, to wymyśliłam zawieszkę. I wyszedł taki oto komplet:




Zawieszka dostanie jeszcze drucik (żeby mogła się zwać zawieszką) ;) i jutro zawiozę Mamie z powrotem nowe-stare pojemniki.
A teraz wracam do roboty, bo chcę dziś zrobić ser żółty, aby Wam w końcu podać przepis, a potem lecę znów do szkoły.

Pozdrawiam
Uśmiechnięta Ewa

środa, 13 marca 2013

Ptaszki i motylki

Wiem, że wiele z Was wiosnę zaklina już od stycznia. Choć zima nie jest moją ulubioną porą roku, to daję jej jednak szansę zaistnienia w mojej świadomości (przynajmniej do lutego). ;) Do tego czasu podporządkowuję się bez protestu rytmom Natury i nie umiem się cieszyć wiosennymi kwiatkami, nawet najbardziej kolorowymi, gdy za oknem biało i hula zimowy wiatr. No, taki dziwak jestem. ;) Energii dodać może mi tylko zapach wiosny w powietrzu nagrzanym pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. Czasem zdarza się to już w lutym (pamiętam takie wyjątkowo ciepłe miesiące), a czasem dopiero w kwietniu. Ale nie będę ukrywać, że po ostatniej miłej zapowiedzi wiosny, wyglądam jej z błyskiem w oku. A tu nogą tupnęła zima dając do zrozumienia, że póki co, to ona tu jeszcze rządzi. Przynajmniej do 21.03, potem może już się szarogęsić wiosna, ile wlezie. ;) Zmroziło nas i zasypało dokumentnie, dziś rano termometr wskazywał -7 stopni!, ale ja już się nie boję, bo wiem, że to takie ostatnie podrygi. Dlatego uznałam, że już czas zaprosić ją do domu.

Moje tulipanki też uznały, że nie będą dłużej czekać...

Ostatnio w domu zagościły również ptaszki i motylki, a dzięki cudownemu słońcu również i wiosenne kwiaty. Nareszcie pasuje mi zapach i widok kolorowych kwiatów, choć za oknem nadal leży śnieg. Ptaszki, co prawda nie śpiewają, a przysiadły na słoiczkach, w których w końcu pod ręką mogę trzymać mąkę, cukier i sól, nie sięgając ciągle do szuflady. Bardzo się z nich cieszę, tym bardziej, że kupiłam je po baaardzo rozsądnej cenie. :))





Z kolei motylki przyleciały w prezencie jako ozdobne opaski na osłonki do tea lightów. Jak widzicie były srebrne, ale zapragnęłam, by były nieco bardziej kolorowe (jak to motylki) ;). Wydaje mi się, że takie  wesołe bardziej będą pasować do wiosennych kwiatów..., bo kto powiedział, że nie mogą służyć jako wazoniki?




Poza tym cały czas przetaczam się przez dom (w ramach odgruzowywania) jak huragan, zastawiając po sobie zgliszcza, czyli tymczasowy większy bałagan niż to było zaplanowane. :) Dlatego niczego ciekawego pokazać Wam nie zdołałam. Zaczyna mnie to już przerażać i męczyć, bo zamiast cieszyć się porządkiem, ja go na razie nigdzie nie dostrzegam, a na dodatek wszystko się tak strasznie ślimaczy! No ale cóż, cierp ciało jakżeś chciało... Dlatego w ramach odreagowania stresu zrobiłam sesję zdjęciową nowym słoiczkom (bo już dawno nie skupiałam się szczególnie na zdjęciach)  i przemalowałam motylki. ;) 


Pozdrawiam Was tulipanowo
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...