czwartek, 14 lutego 2013

Moje pierwsze Candy

Udało się. Nic nie stanęło na przeszkodzie i mogę ogłosić swoje pierwsze Candy. :)) Wybrałam ten dzień, bo choć za Walentynkami nie przepadam, (wolę naszą Sobótkę, czyli Noc św. Jana), to jest to jednak nie tylko dzień zakochanych, ale także dzień, w którym można innym okazać sympatię. I poprzez to dzisiejsze Candy chciałabym powiedzieć, że Wasze odwiedziny, pozostawiane komentarze, okazywana sympatia sparwiają mi dużą radość. Nieraz zastanawiałam się, czy aby nie zaprzestać pisania, bo co tu owijać w bawełnę, zajmuje to trochę czasu. Trzeba coś sensownego napisać, zrobić zdjęcia, potem wybrać te nadające się, zestawić je ze sobą, etc. Odwiedzanie innych blogów też zajmuje czas. Ale z drugiej strony bardzo lubię te moje chwile "skrobania" na klawiaturze i Wasz odzew. I jak tu zrezygnować z chwil radości? :)) Mogłabym nawet etatowo się tym zająć - tylko kto wypłaci pensję? ;) 

Cieszę się, że to bajdurzenie na temat różnistych wycinków mojej codzienności przypadło niektórym do gustu. Przy tej okazji chciałam baaardzo podziękować wszystkim osobom, które polubiły mnie na tyle, że zaglądają do mnie regularnie. Oraz tym, które z własnej i nieprzymuszonej woli zdecydowały dołączyć do grona Obserwatorów. Jest mi niezmiernie miło, że jesteście. Odbieram to jako dowód sympatii i zaufania. Dziękuję.

A teraz koniec lania wody, oto niespodzianka:

Tak mi się spodobał efekt chustecznika, jaki niedawno zrobiłam dla córeczki (TU można zerknąć), że postanowiłam zrobić jeszcze raz, tym razem dla Was, dlatego bardziej naturalny i neutralny w kolorze. Jest on bejcowany na kolor dąb rustykalny i wybielony woskiem. Ma żabocik i drewniany dekor. Myślę, że bedzie pasował do większości wnętrz. :)


A teraz krótko uzasadnię, dlaczego uwielbiam chusteczniki. :)) Mając takowy, nie trzeba się już przejmować kolorem opakowania zakupionych chusteczek. Może być w najbardziej bajecznych i odjazdowych kolorach! :) Pakiet chusteczek wyciągamy, kolorowe tekturowe pudełeczko wyrzucamy, a zawartość lokujemy w chusteczniku "eleganckim", pasującym do wnętrza salonowego, sypialnianego, łazienkowego, etc. :)




Tak zwane warunki uczestnictwa w Candy nieco zmodyfikowałam. W związku z tym, że Candy (cukiereczek) jest rodzajem podarunku, a prezenty (szczególnie cukiereczki) :) powinno się dawać bezinteresownie, dlatego nikogo nie przymuszam do stania się obserwatorem mojego bloga. Jeśli znacie mnie już troszkę, to wiecie zapewne, że nie chodzi mi o bicie rekordów popularności. Nie bardzo mi się podoba wymóg przyłączenia się do grona obserwatorów jako warunek konieczny wzięcia udziału w zabawie, dlatego rezygnuję z tego. Dzięki temu wiem, że osoby, które dołączają do grona obserwatorów, robią to, bo mają na to ochotę, a nie dlatego, że muszą - są przez to dla mnie cenniejsze. 
Poza tym wszystkie anonimowe osoby niech nie zostawiają swoich maili pod komentarzem - toż to istna pożywka dla spamerów. Poza tym chcę uszanować Waszą prywatność. Jeśli wygra osoba anonimowa, poproszę ją o przesłanie swoich danych na mój adres mailowy. Tak chyba jest lepiej?

A zatem moje warunki: ;)

1. pozostawienie jednego komentarza pod tym postem
2. osoby anonimowe proszę o podpisanie się imieniem
3. osoby blogujące mogą, ale nie muszą, podlinkować zdjęcie z informacją o Candy na swoim blogu
4. termin zabawy do 7. marca, a losowanie i ogłoszenie wyników w Dniu Kobiet. :)


Z wyrazami sympatii
Ewa

P.S.
Nie będę odpowiadać pod dzisiejszym postem, bo nie wiem, czy to nie przeszkodzi blogowej maszynie losujacej w pracy?

sobota, 9 lutego 2013

Na zdrowie!


Jak wiecie cały czas zbieram się (i dom) do kupy po ostatnich wybrykach losu. Tak mnie naszło z tym odgruzowywaniem domu, że przez ostatnie dni walczyłam głównie z pokojem chłopców, łazienką, sypialnią i "głównym rynkiem". Trzeba było aż tylu dni na przywrócenie dawnego blasku! ;) A przy tak zwanej okazji, wybebeszyłam wszystko z szaf, szafek i szufladek i robiłam szczegółową inwentaryzację! Myślałam, że do ferii skończę i wyjadę zostawiając lśniący dom, ale okazało się, że jutro z samego rana zmykam z dziećmi na kilka krótkich dni na wieś w bardzo ważnej sprawie. Jak wrócę z tarczą, to od razu zdradzę o co chodziło, jeśli na tarczy, to znaczy, że będę tak zmykać jeszcze co jakiś czas, zanim się pochwalę. ;)

Skoro choroby łamią kości wielu z nas i doprowadzają wszystkich do białej gorączki, pomyślałam sobie, że dziś napiszę o tym, co pomaga nam stanąć na nogi. W sumie zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać, gdyż wydaje mi się to takie oczywiste. Ale nieraz przekonałam się, że dla wielu osób wcale takie nie jest, więc może komuś moje propozycje pomogą wykaraskać się z  przeziębień.
Otóż, po pierwsze kasza jaglana. Mało popularna na polskich stołach, a wielka szkoda, bo to najzdrowsza ze wszystkich kasz! Jako jedyna z kasz ma działanie zasadotwórcze, co przy naszej polskiej tendencji kulinarnej do zakwaszania organizmu jest bardzo korzystne. Jest sycąca, ale lekkostrawna, dlatego stosuje się ją w dietach odchudzających. Oczyszcza organizm z toksyn i zawiera dużo antyoksydantów. Ma leczniczy wpływ na stawy zapobiegając ich odwapnianiu, gdyż zawiera rzadko występującą w pokarmach krzemionkę. Ale to co nas interesuje, to to, że usuwa nadmiar wilgoci z organizmu, co jest zbawienne przy infekcjach górnych dróg oddechowych. Spożywanie tej kaszy regularnie bardzo często wystarczy, by nie lekarz nie wypisywał antybiotyku! Podpisuję się pod tym rękami i nogami, bo sama zauważyłam, że odkąd zaczęłam stosować tę wyjątkowo zdrową kaszę na co dzień, dzieci praktycznie nie chorują. A gdy zachorują (tak jak teraz - po raz pierwszy od wakacji), kasza ta pomaga szybciej wrócić nam do zdrowia. W okresie od jesieni do wiosny zjadamy niewiarygodne wręcz jej ilości! Potem, gdy wiosna już się rozgości na dobre oraz przez cały okres wakacji, ograniczam jej spożycie, gdyż wtedy dieta nasza bogata jest w świeże owoce i warzywa. Według medycyny chińskiej ma ona właściwości ocieplające organizm, działając uodparniająco. [W przeciwieństwie do jogurtów, które ochładzają nas od wewnatrz, dlatego zrezygnujmy z nich, gdy jesteśmy przeziębieni i nie dodawajmy do nich bakterii kwasu mlekowego przy antybiotykoterapii!]
Idealna na słodko i pikantnie, na śniadanie, obiad i deser, do zup i mięs, w postaci kotletów, placuszków, czy sałatki. Możliwości są ogromne i tylko od Waszych smaków zależy jak ją przyrządzicie. Jeśli ktoś jeszcze jej nie zna, to polecam naprawdę bardzo gorąco. Dziś przygotowałam dwie propozycje, które mam nadzieję staną się dla Was punktem wyjściowym.

Śniadanie - na słodko. Kaszę gotujemy w mleku z łyżeczką masła i miodem, często mieszając. Na śniadanie robię (bo dzieci tak lubią) nie suchą, tylko bardziej mokrą (po prostu gotuję w większej ilości mleka, pilnując żeby nie wchłonęła całego mleka). Możemy wrzucić rodzynki, suszone morele, skórkę pomarańczową (wczesną zimą), albo dodać owoce jakie lubicie lub jakie akurat są pod ręką: jabłka, banany, pomarańcze, mrożone wiśnie, brzoskwinie w syropie, czy tak jak u mnie jagody, ale także orzechy,  migdały, czy jakieś ziarenka (dla dzieci daję też często wiórki czekoladowe na wierzch). Jak widzicie kombinacji jest dużo. Polewam własnym sokiem z malin. Pyszny i zdrowy początek dnia.


Obiad - z warzywami
Tym razem kaszę gotujemy w osolonej wodzie, aż do wchłonięcia całej wody (potem można wyłączyć ogień i poczekać aż dojdzie pod przykryciem). Na patelni podsmażamy cebulkę, czerwoną paprykę, cukinię i kawałki kurczaka (ja wcześniej skrapiam je sosem sojowym, podsypuję sezamem, lekko mąką ziemniaczaną i podsmażam jako pierwsze) ;), na koniec dodajemy groszek lub kukurydzę (opcja dla dzieci). ;) Sól, pieprz, jakieś zioła do smaku. Ale można użyć jakichkolwiek warzyw: marchewki, pieczarek, albo zrobić na sposób włoski z oliwkami, suszonymi pomidorami, serkiem feta.


Ważna uwaga: kaszę jaglaną przed gotowaniem trzeba KONIECZNIE sparzyć wrzątkiem i wypłukać, aby pozbyć się charakterystycznej goryczki!!!

Kolejną receptą na choróbska to naturalne miksturki. Syrop z cebuli znany chyba wszystkim - cebulę kroimy i zasypujemy cukrem oraz miodem, by puściła sok. Miksturka z czosnku - 5 dużych zębów kroimy i zalewamy ok. połową szklanki przegotowanej lekko ciepłej wody, wyciskamy sok z 1 cytryny, dosładzamy miodem (najlepiej lipowym) i odstawiamy na dobę. Syrop z pędów sosny robi się w pierwszej połowie maja, z młodych niezanieczyszczonych pędów sosnowych i cukru.Wszystkie trzy specyfiki zlewam razem (ale Wy możecie zrobić z dwóch pierwszych), dzienną porcję przelewam do małego słoiczka (by podawać dzieciom w temperaturze pokojowej), a resztę chowam do lodówki na następne dni.

Od lewej: syrop z cebuli, mikstura z czosnku oraz syrop z pędów sosny

Pozostając w tematyce kulinarnej zrobiłam swój pierwszy w życiu ser żółty. Pomyślicie pewnie, że muszę być kopnięta w sam czubek głowy, skoro jeszcze za serowarstwo się zabrałam. Cóż, też tak o sobie pomyślałam. :)) Ale okazało się, że to wcale nie jest trudne. Ba, okazało się nawet, że całkiem szybko robi się taki własny ser. Przepis podam przy okazji pewnego cyklu, który chciałabym zacząć w marcu. Na razie dopiero o tym myślę. Nie wiem, jak wyjdą i czy w ogóle wyjdą te tematyczne wpisy, ale na wiosnę powinnam już coś sklecić. Zobaczymy.

Nawet dziurki ma!

Na koniec ogłoszenie drobne.
Poprzedni post (a właściwie jeszcze przed-poprzedni) ;) miał być dla Was miłą niespodzianką i wcale nie miał dotyczyć moich doświadczeń z wydobyciem złóż, czy chorobami! :) Chciałam zorganizować swoje pierwsze Candy. [Dla tych, którzy nie wiedzą co to, wyjaśniam, że to rodzaj blogowej zabawy dla wszystkich osób, które chcą wziąć udział w losowaniu upominku przygotowanego specjalnie dla swoich czytelników przez osobę piszącą bloga]. Zauważyłam, że koleżanki, które zaczynały mniej więcej w tym samym czasie przygodę z blogiem, już dawno organizowały Candy. Postanowiłam też takowe zorganizować z okazji przekroczenia okrągłej 5.000 liczby odwiedzin. Ale atak meteorytów i grypa skutecznie uniemożliwił mi dokończenie zaczętego dzieła. Nie pozostało mi nic innego, jak przełożyć Candy. Dlatego zdradzę Wam cichutko, że po powrocie ze wsi, w dniu, w którym ludzie okazują sobie jawnie sympatię, ;) oraz z okazji 5 miesięcznicy, a także 6.000 wizyty w moich skromnych progach, chciałabym ogłosić Candy. Mam nadzieję, że nic mi nie przeszkodzi! :)) 

Sadełko już zawiązane, więc wracam na gruzowisko, by potem jeszcze nas spakować.
Do miłego, a wszystkim którzy dziś zaczynają ferie życzę udanego wypoczynku!
Ewa

czwartek, 7 lutego 2013

O pączkach i pajączkach


Skoro dzisiaj mamy czwartek i to w dodatku tłusty, nie obędzie się bez pączków. Od trzech lat robię pączki z przepisu Siostry Anieli, znanej z kucharzenia siostry zakonnej. Jej przepis bardzo przypadł mi do gustu ze względu na łatwość wykonania. Może będziecie chciały zrobić na Ostatki, albo przy innej okazji (przecież pączków wcale nie trzeba robić tylko raz w roku!). 


Potrzebne będą:
  • 0,5 kg mąki
  • 1 szkl. mleka
  • 100 g cukru
  • 50 g stopionego masła
  • 50 g drożdży
  • 4 żółtka
  • olejek (np. rumowy albo waniliowy)
  • sól

Mleko podgrzać z łyżką cukru i do ciepłego wkruszyć drożdże. Zostawić aż "ruszą", a w międzyczasie do dużej miski wsypać mąkę, resztę cukru, żółtka, olejek oraz troszeczkę soli. Dodać drożdże oraz ciepłe masło i wyrobić ciasto. Zostawić do wyrośnięcia. Potem na stole podsypanym mąką wałkujemy ciasto na prostokąt i nakładamy marmoladę, dżem, czy konfiturę w dwóch rzędach i w odpowiednich odstępach. Ja delikatnie zaznaczam sobie szklanką, gdzie będą pączki i wtedy w środek kapię nadzieniem. Następnie drugą połową ciasta nakrywamy te nasze przyszłe pączki i szklanką wykrawamy. Radzę nie brać zbyt dużej "wycinarki", bo one i tak zwiększą objętość podczas smażenia. Z tej porcji u mnie wychodzi ok. 20 takich akurat pączków. Tak przygotowane odpoczywają sobie, gdy my rozgrzewamy tłuszcz w dużym garnku (może być smalec, może być olej). Pamiętajcie, żeby nie rozgrzewać tłuszczu do "czerwoności", bo pączek wcale się nie usmaży, tylko zwęgli, a w środku będzie nadal surowy. Dlatego wrzucamy najpierw jednego delikwenta i gdy zacznie się rumienić, i lekko pienić wrzucamy kolejne (tylko nie za dużo, bo pamietajcie, że one rosną). Najlepiej wrzucać na lekko gorący tłuszcz - u mnie na płycie na numerze 5 i często obracać. Lepiej częściej pomachać szpatułką robiąc im karuzelę kilka razy, niż tylko raz obrócić na druga stronę. I to tyle. 

Zobaczcie, jak prosto i szybko się je robi


Podobno, jeśli ktoś nie zje ani jednego pączka w Tłusty Czwartek, nie będzie mu się w tym roku za dobrze wiodło. A zatem, choć na jednego symbolicznego pączka warto się dzisiaj skusić, by zapewnić sobie pomyślność na cały rok! ;)

Nie da się ukryć, że nadal mamy zimę. I choć nieco spuściła z tonu, wszystko się jeszcze może zdarzyć, wszak to dopiero początek lutego! Na wielu blogach już od dawna wiosna zaklinana, a ja sobie cierpliwie czekam na jej prawdziwe oznaki za oknem.

Taka chwilowa zamieć odwiedziła nas parę dni temu...
ale moje szafirki nic sobie z tego nie robią!
Jak widać w przyrodzie też są indywidualiści, którzy idą pod prąd. :) I dzięki temu mam odrobinę wiosny zimą. Zresztą nie tylko z powodu wiosennych kwiatków. Ale po kolei...

Nie jestem hipochondryczką, ani histeryczką, ale widocznie za dużo miałam ostatnio silnych wrażeń, bo moje niedawne zachowanie odbiegało nieco od normy. Otóż, pewnej nocy poczułam, że zaczyna mi pulsować ręka i strasznie swędzi. Ale jak to w nocy, człowiek zmęczony i "ugorączkowany" zaczął się drapać śniąc, że będzie się jutro witał z gośćmi (bo to prawa ręka była). Niestety rano, gdy mój wzrok padł na nieszczęsną kończynę, a następnie impuls z oka dotarł do obolałego mózgu, który to po chwili nadał sygnał, że to nie sen, "wyskoczyłam" z łóżka, wydostałam się z izolatki i popędziłam po ratunek do rzeczowego męża. Jak zapewne wiecie męski punkt oceny sytuacji bardzo często stoi w poważnej opozycji do punktu kobiecego i zdarza się, że czasem się przydaje. Tak więc od progu powitałam męża przerażonym:
- Coś się stało z moją ręką.
- Co się stało? - spytał rzeczowo mąż, chcąc zdobyć bardziej konkretne informacje.
- Spójrz jak mi spuchła - i podsuwam do oględzin dłoń jak szuflę do chleba, bez nadgarstka, zakończoną pięcioma serdelkami - chyba przedawkowałam leki!
Nie kryjąc zaskoczenia moim mało logicznym wnioskiem, rzeczowy mąż stwierdził, że po pierwsze nie mogłam przedawkować, bo brałam ich co kot napłakał (no tak, ale jak na mnie to i tak za dużo, plus te silne dożylne, to na bank przedawkowałam), a poza tym od tego nie puchną ręce. 
- Coś cię musiało uczulić...
- No właśnie mówię: przedawkowane leki mnie uczuliły! Zobacz, już nadgarstka nie widać. Jeszcze chwilę, a zakażenie dotrze do serca i po mnie. - Tu zaczęłam roztaczać pogrążonemu w oględzinach mężowi wizję, jak to zostanie wdowcem z trójką dzieci i sobie oczywiście nie poradzi..., gdy usłyszałam:
- Albo coś cię ugryzło.
Już chciałam prychnąć na męża, że co niby może ugryźć w środku zimy, przy 14-stopniowym mrozie za oknem, gdy nagle wszystko stało się jasne. O niewdzięczne pajączki, już po was! Okazało się, że wraz  z bożonarodzeniową choinką przygarnęłam pod swój dach cztery pajączki. Żal mi się zrobiło biedaków, sumienia nie miałam, aby ich na pewną śmierć skazywać przez wyrzucenie z domu, więc stwierdziłam, że jakoś się pomieścimy i do wiosny razem przetrwamy. Tak się z gościny ucieszyły,  że  z przerażeniem patrzyłam jak zamieniają mój dom w strych w tempie zastraszającym! Z pewnością głód dawał o sobie znać, bo tkały na potęgę swoje pajęczyny gdzie popadło. Ale muchy ani na ząb. Więc tak się za dobre serce odwdzięczyły - kąsając rękę, która im życie darowała. No, ale czego można się spodziewać po insektach? Już się odgrażałam, że je zaraz wyłapię i na klatkę wyrzucę, ale pod ziemię się zapadły i od tamtej pory słuch po nich zaginął. Chyba zrozumiały swój błąd, tak sądzę. Niech no tylko się pokażą! Nu pagadi!


Pozdrawiam słodko
Ewa


poniedziałek, 4 lutego 2013

Co się porobiło!

Żyję, żyję moi Drodzy, choć marnie mi to wychodzi. Mam nadzieję, że jeszcze mnie pamiętacie? :) Ostatni czas obfitował raczej w wątpliwe "niespodzianki", które odsunęły wszystkie inne zadania skutecznie na bok. A propos, czy ktoś widział  nieszczęścia chodzące parami? Bo (przynajmniej) z mojego doświadczenia wynika, że one chodzą co najmniej trójkami! Ba, czwórkami nawet! Ledwo opublikowałam ostatni post a już dnia następnego powalił mnie wirus grypopodobny - z gorączką i łamaniem w kościach od czubka czaszki do śródstopia! Pozaginał mnie sobie elegancko w wachlarzyk, raz w prawo, raz w lewo, tak że teraz już dokładnie wiem, gdzie mam nie tylko nerki, ale także potylicę, odcinek szyjny i krzyżowy kręgosłupa, wiem gdzie zaczyna, a gdzie kończy się kość udowa, czy strzałkowa! Między innymi. I znów parę dni wyjętych z kalendarza, bynajmniej nie dla relaksu. 


Gdy u mnie najgorsze minęło, zagorączkowało środkowe Szczęście. Po trzech dobach zagorączkowało najmłodsze Szczęście i to tak solidnie - po 40 stopni non-stop. Gdy wydawało się, że wszystko idzie już ku dobremu, gorączka powróciła, z kaszlem i katarem. Tak więc kurujemy się wszyscy ziołami z miodem, moim aromatycznym sokiem z malin zrobionym we wrześniu, majowym syropem z pędów sosny, który czekał cierpliwie na odpowiedni moment, miksturką z czosnku i cytryny oraz nieśmiertelnym syropem z cebuli. Mam nadzieję, że jak zwykle te domowe sposoby wystarczą w przepędzeniu choroby. Trwa to oczywiście nieco dłużej niż w przypadku zaaplikowania gotowych leków, ale głęboko wierzę, że naturalne sposoby są lepsze i zdrowsze, a równie skuteczne. Co nie oznacza, że czasami nie ma wyjścia i antybiotyk muszę podać, ale sięgam po niego zawsze w ostateczności. I oby tym razem tak było, bo ferie dopiero się zaczną w Pomorskiem. Wyjątkowo późno w tym roku. Po śniegu powoli nie ma śladu, temperatury lekko dodatnie, więc śniegu będziemy musieli szukać na drugim końcu Polski. Dzieci są, mam nadzieję, na prostej drodze ku zdrowiu i uda się wyjechać. Chociaż niczego już ostatnio nie jestem pewna. Niestety do przedszkola przed feriami na pewno nie pójdą.


Teraz jestem w fazie przytomnienia po tym perfidnym zachowaniu Losu. Stanęłam na nogi i oczom mym ukazał się widok, jak po wojnie. Nie muszę Wam zdradzać w szczegółach, jak wygląda mój dom po tak obfitych w atrakcje tygodniach i to bez mojego udziału w codziennych czynnościach, prawda?  Dom trzeba będzie najpierw odgruzować, żebym mogła się za coś innego zabrać! Na dodatek okazało się, że pralka nie wypierze wcale tych piętrzących się gór rzeczy, bo się najzwyczajniej w świecie popsuła. Jakby nie mogła tego zrobić 2 tygodnie wcześniej, albo najlepiej później, a nie w momencie, gdy nie ma ani jednego czystego ubrania! A przy 5-osobowej rodzinie, to już stan klęski żywiołowej! Pechowo się ten rok zaczął, a ja wcale nie jestem przesądna. ;) Nie pozostaje nic innego, jak zamknąć oczy i przeczekać udając, że mnie nie ma. Może pech się odczepi. Zawsze to jakieś wyjście.
Mam nadzieję, że moje milczenie zostanie usprawiedliwione i mam nadzieję, że się nie powtórzy. Wybaczcie też brak konkretnych zdjęć, ale... :)

Na zakończenie jeszcze pochwalę się wyróżnieniem, które dostałam od  Alicji. Naczekała się biedna na moje odpowiedzi. Jeszcze raz dziękuję, Alu.

Pytania:

1. Wypoczynek nad morzem czy w górach ?
Na to juz odpowiadałam - mieszkam nad morzem i uwielbiam nad nie jeździć, ale wakacje staram się za to spędzić w górach.
2. Twój ulubiony smak z dzieciństwa ?
Niestety nie mam, bo byłam wprost niewiarygodnym niejadkiem i żadne danie z dzieciństwa dobrze mi się nie kojarzy :) [zaznaczam, że to nie wina mojej Mamy, która świetnie gotuje]
3. Jakie zdjęcia wolisz kolorowe czy czarno-białe ? 
Kolorowe na codzień, czarno-białe na wielkie okazje ;)
4. Czy lubisz gotować jeżeli tak to jakie jest Twoje danie popisowe ? 
Uwielbiam! Co rusz popisuję się czymś nowym. ;)
5. Wolisz spotkanie z przyjaciólmi w domu czy w pubie ?
Zdecydowanie w domu.
6. Twoja ulubiona zabawka z dzieciństwa ?
Miś, którego dostałam na 1. urodziny i do dziś się z nim nie rozstaję.
7. Jesteś rozważna czy romantyczna ?
Umiarkowanie rozważna i nieprzesadnie romantyczna.
8. Wolisz spodnie czy sukienki  i spódnice ?
Spodnie, spodnie i jeszcze raz spodnie..., chociaż sukienki bardzo lubię.
9. Gdybyś mogła przenieść się w czasie to w jakiej epoce chciałabyś się znaleźć ?
Na to też już odpowiadałam, więc dziś króciutko: Belle Epoque.
10. Wolisz tango czy czaczę ?
Z tych dwóch, to czaczę, choć najbardziej lubię klimat gorących tańców latynoamerykańskich.
11. Wolisz podróż pociągiem czy autobusem ?
Pociąg jest zdecydowanie mniej męczący.

Niestety nie będę tym razem nominować nowych osób. Po pierwsze czasowo nie dam rady wytypować nieszczęśników i ułożyć pytań, a po drugie i tak niewiele osób na to w ogóle odpowiada, więc sobie już w tej sytuacji daruję. ;)

Pozdrawiam bardzo ciepło i idę dalej odgruzowywać dom, aby jak najszybciej napisać Wam coś ciekawszego!
Ewa

piątek, 25 stycznia 2013

Nie tak miało być...


I cóż ja mam Wam napisać? Obraziłam się na życie. Chwilowo oczywiście. Bo nie tak miało być. Grafik pęka w szwach - całe mnóstwo pilnych spraw, terminów, wizyt, egzaminów i koncertów dzieci, wywiadówek. Każda minuta ważna, każda do wykorzystania. W głowie planów sto, życie jedno, więc nie mam czasu do stracenia.  A tu się okazuje, że mam czas. I to dużo wolnego czasu. I mogę go sobie tracić na wożenie się karet(k)ą, na darmowe pokazy breakdancu na szpitalnym łóżku tudzież na taniec przy rurce od wenflonu. Kamieniołom wyhodowałam w nerce i przyszedł bolesny czas na wydobycie złóż. Każdy, kto miał atak kolki nerkowej wie o czym piszę. Ten, kto nie miał, niech jeszcze dziś podziękuje za zdrowe nerki, bo nawet wrogowi (gdybym go miała) nie życzyłabym takich atrakcji.

Tego typu ataków przeżyłam już w życiu kilka, ale od 6 lat był spokój i jak to często bywa z ułomną naturą ludzką, pobłądziło się w nieprzestrzeganiu podstawowych zasad. A za błędy nie raz się słono w życiu płaci. Tak więc okupiłam me błędy słonymi łzami, tworzeniem nowatorskich figur dla iście zaawansowanych joginów oraz  utworów na jęki w kilku skalach. Ooo, gdyby to chociaż diamenty człowiek rodził, to by jakoś łatwiej dało się znieść! A tak, przez 5 długich dni i nocy męczy się człowiek dla jakiegoś bezużytecznego szczawianowego (przepraszam za słowo) wypierdka. Na moje "nieszczęście" lekarze stwierdzili, że kamień da radę przejść (klinuje się, ale przechodzi), więc ciąć mnie nie będą. I jak tu przekonać lekarzy, że ja o niczym innym teraz nie marzę, jak o pójściu pod nóż? Że brakuje mi do kolekcji właśnie cięcia po lewej stronie? No jak?

I zamiast natychmiastowej chirurgicznej ulgi, po raz kolejny do domu wróciłam pokłuta, z siateczką leków i z poetyckim zaleceniem: pij, tańcz i zażywaj kąpieli. Radosna terapia to jednak nie była. Jedyną radością w tej 5-dobowej udręce była niezliczona wręcz liczba słów kocham cię, mamo. Nie wiem, jak u Was, ale u mnie w domu słowo kocham fruwa sobie wolne jak ptak. Nie trzymamy go w klatce i nie wypuszczamy tylko na specjalne okazje. Nie boimy, że spowszednieje i odleci. Obdarzamy się nim codziennie i to po kilka razy. Czy to w trakcie zabawy, czy posiłku (z pełną buzią) :), czy przy porannej toalecie, czy przed snem; w samochodzie, na spacerze, w kościele - wszędzie i o każdej porze można przybiec z tymi słowami, przytulić się, czy krzyknąć z drugiego końca domu lub placu zabaw. One zawsze niosą radość. A w ciągu ostatnich kilku dni szczególnie często słyszałam te najpiękniejsze słowa. Radość i cierpienie zlewały się w całość utrzymując mnie w równowadze. Bo życie dobrze jest przeżyć w równowadze.

Z kamieniołomów nadawała dziś dla Państwa
obolała, wymęczona i pół przytomna, za to szczęśliwa
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...