środa, 14 listopada 2012

Czy to już Święta?

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić pewną refleksją na temat czasu oczekiwania na Święta. Na pewno zauważyłyście, że mamy już w sklepach "magiczny" czas przedświąteczny. Ledwo minie 1. listopada a już bombardowani jesteśmy nastrojem świątecznym, amerykańskimi kolędami, ozdobami choinkowymi, itp. Chryzantemy i znicze nie zdążą jeszcze zniknąć z półek sklepowych a melancholia z naszych dusz, a już nas pchają w objęcia rumianego starszego pana w czerwonym ubraniu. Każdy człowiek żyjący w gospodarce wolnorynkowej wie, że reklama dźwignią handlu. Każda zaradna gospodyni wie także, że nie można zostawiać przygotowań do Świąt (prezentów, kulinariów, dekoracji...) na ostatnią chwilę. Ale to komercyjne szaleństwo bardzo mnie razi i żałuję że tak wiele ludzi jemu ulega.


Jadąc wieczorami samochodem często widuję w domach już w pierwszych dniach grudnia choinki. Zgadzam się, że tradycja ubierania choinki w dzień Wigilii jest kłopotliwa - jest przy tym trochę śmiecenia i zamieszania, dlatego sama od niedawna zaniechałam owych działań w ten i tak pełen roboty, szczególny dzień i choinkę ubieramy dzień, dwa lub kilka przed. Jaka wtedy jest radość dzieci z wyczekanej przyjemności i świadomość, że Święta już za kilkadziesiąt godzin! Wszak dopiero w Wigilię Święta się zaczynają! Gdyby stała od 2 czy 3 tygodni, czy dzieci rozumiałyby, że Świąt jeszcze nie ma? Jej widok spowszedniałby i dorosłym a w Święta nie byłby już tak wyjątkowy dla nikogo. A dzieci straciłyby już zupełnie rozeznanie, jak to jest z tymi Świętami. Są już, czy jeszcze nie ma, zaczynają się, czy kończą. Skoro już ósmego listopada muszą w sklepach przy kasach stać choinki przystrojone w bombki, to chociaż my zachowujmy zdrowy rozsądek.


Nie minie jeszcze stary rok a już leżą wyrzucone choinki - w końcu stały cały miesiąc. Następstwem tego zjawiska jest to, że zaraz po Nowym Roku wyczekujemy niecierpliwie wiosny. Zamiast cieszyć się Świętami, widokiem Panny Zielonej w naszym domu oraz karnawałem już nas gna w stronę króliczków wielkanocnych. Czy to nie lekka paranoja? A może człowiek jest jednak heideggerowskim bytem ku przyszłości? Czy ludzka obecna egzystencja rzeczywiście nigdy nie sprowadza się do teraźniejszości? Czy człowiek zawsze musi nakierowywać swoje myśli i plany na coś co dopiero nastąpi. Może nie umiemy po prostu cieszyć się chwilą obecną? Gdzie się podziała akcpetacja teraźniejszości?


U nas pierwszy akcent świąteczny pojawia się 1. grudnia wraz z kalendarzem adwentowym (co roku jest inny i często przygotowywany wspólnie z dziećmi). Drugim krokiem pojawienie się świec adwentowych, które odliczają 4 niedziele do Świąt. Trzecim są Mikołajki - wyczyszczone buty i listy zostawione w nich dla Mikołaja. Od tego czasu zaczyna się u nas czas przygotowania do Świąt, wspólne tworzenie ozdób i dekoracji (oczywiście za te wymagające więcej czasu zabieram się sama wcześniej), pieczenie ciasteczek i wyczekiwanie... Nie potrzebujemy na to aż dwóch miesięcy. Cztery tygodnie Adwentu w zupełności wystarczą, aby przygotować domy i serca na dzień Bożego Narodzenia.

Choć myślę o Świętach coraz częściej, wiem, że jeszcze jest listopad i że mamy jesień. Cieszę się stanem przejściowym. Nie daję się wciągnąć w komercyjny amok. Mam kasztany i suche liście, kubek ciepłej herbaty z cytryną, jesienne ciasteczka i imbir w czekoladzie. ;) I tak jest mi dobrze. Nie poganiam, nie naciskam. Przyjdzie właściwy czas. Słucham leniwego szumu deszczu, który niedługo zamieni się w bezszelestny śnieg.
Wiem, że Święta tuż tuż, ale jeszcze nie teraz...



Pozdrawiam ciepło
Ewa

P. S.
Przepis na imbir w czekoladzie podam przy najbliższej okazji - pycha!
E.

niedziela, 11 listopada 2012

Rzuć biszkoptem o podłogę oraz Entliczek-pentliczek cz. II

Pisząc ostatni post o jabłuszkach celowo nie zamieszczałam przepisów na ciasta. Po pierwsze, aby Was nimi nie zanudzać (wyszedłby baaardzo długi i chyba w związku z tym niestrawny post). Po drugie dlatego, że nie byłam pewna, czy rzeczywiście przepisy Was zainteresują - w końcu jest tyle fantastycznych stron kulinarnych, a i na innych blogach też często przepisy goszczą. Ale skoro zainteresowanie takowe było tudzież prośby o podanie przepisów, nie pozostaje mi nic innego jak naprawić błąd. ;) Dlatego dziś post dla zainteresowanych. ;)

Ciasto nr 1 - szarlotka z orzechami


Zagniatamy ciasto na jednolitą masę z poniższych składników:

400 g mąki krupczatki
4 żółtka
kostka margaryny
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 szkl. cukru pudru

Wygniatamy nim blachę (małą część zawinąć w folię i schować na chwilę do zamrażalnika - będzie na kruszonkę). Na to rozrzucić potarte jabłuszka i posiekane orzechy włoskie, obsypać  cynamonem. Następnie ubić pianę z pozostałych białek razem z dodatkową połową szklanki cukru i wyłożyć na ciasto, a na wierzch pokruszyć resztę schłodzonego ciasta. Piec ok. 50 min.


Ciasto nr 2 - szarlotka z obgotowanymi jabłkami


Do tego ciasta wykorzystałam nowy przepis na ciasto kruche, które się robi z gorących składników (dla niewtajemniczonych pisałam o nim w poście Na żółto, do którego odsyłam po przepis). Szarlotkę zrobiłam z dwóch ciast. Jedno stanowiło podstawę, drugie wierzch. Pomiędzy dałam jabłka pokrojone na małe kawałeczki, które wraz z odrobiną cukru i cukrem waniliowym, rodzynkami oraz cynamonem obgotowałam chwilę w garnuszku, aby zmiękły, ale się nie rozpadły. Piekłam ok. pół godziny. Po przestygnięciu posypałam cukrem pudrem. Koniec!

Mała uwaga praktyczna. Pierwszym ciastem wylepiam formę i wraz z folią do pieczenia zdejmuję z blachy czy formy do tarty. Drugie wylepiam i zostawiam jako bazę, na nie kładę jabłka i przykrywam pierwszym ciastem (po prostu odwracam folię do góry nogami i delikatnie ją ściągam). Jak widzicie na zdjęciach, gdzieś się zawsze ta  kołderka podrze nieco przy zdejmowaniu folii (stąd te pęknięcia), ale nam na szczęście zupełnie takie "niedociągnięcia" nie przeszkadzają. ;)

Ciasto nr 3 - jabłecznik na biszkopcie z migdałami


Składniki łatwe do zapamiętania:

szklanka mąki
szklanka cukru
5 jaj
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtka ubijam z cukrem, dodaję powoli mąkę z proszkiem, a na koniec ubite na sztywno białka. Nie wiem, czy znacie tajniki dobrego biszkoptu, ale w razie czego napiszę kilka uwag (1. białka miesza się z ciastem po pierwsze bardzo delikatnie, a po drugie drewnianą łyżką! W żadnym wypadku metalową końcówką miksera).
Przelewam ciasto do formy (2. nie smarujemy boków, aby ciasto nie przywarło, bo przy stygnięciu tylko środek się zapada, a boki trwają przyklejone do formy!)  i wrzucam na nie pokrojone jabłka. Koniec filozofii. Piekę ok. 35 min. Posypuję płatkami migdałowymi (mogą być zrumieniane na patelni)
Aaa, no i ważna uwaga: 3. nie stresujemy biszkoptu i nie wyjmujemy go od razu po upieczeniu z piekarnika, tylko zawsze zostawiamy przy uchylonych drzwiczkach, aby ostygł.

Ten przepis na biszkopt jest moim od lat sprawdzonym, najlepszym i najprostszym ciastem. To moje ciasto wytrych! ;) Jako baza do tortów, rolad, przekładańców, z owocami i kremami - słowem: mój wierny giermek. :) Stosując się do powyższych zasad w 98% wyrasta takie właśnie wysokie (tych 2% klapniętych wersji jeszcze nie rozgryzłam, może mąka inna, albo jajka za zimne, albo pogoda nie taka...) :)) Ale teraz wiem jak uzyskać efekt podobno zawsze w stu procentach zadowalający.

Trafiłam na przepis na stronie Moje wypieki (zresztą właściwie identyczny z moim - tylko bez proszku do pieczenia, tę rolę pełnią białka z dodatkiem mąki ziemniaczanej, czyli szklankę mąki dzielimy na 3/4 zwykłej i 1/4 ziemniaczanej i w odwrotnej kolejności dodaje się składniki), w którym jest rada, że po upieczeniu należy rzucić biszkoptem o podłogę z wysokości ok. pół metra! Wyobrażacie sobie minę domowników, kiedy wyciągając ciasto z piekarnika mówicie teatralnie, że dosyć macie tego kieratu domowego, tego niedocenianego zajęcia, jakim są prace domowe, etc... i łuup ciastem o podłogę! :))) Chwila konsternacji - bezcenna. :)  Potem oczywiście znów ciasto wędruje do piekarnika, aby spokojnie ostygło. Dlaczego rzucać? Nie podano. 

Dowód, że ciasto wylądowało na podłodze.
Chociaż chyba z mojego przepisu wychodzi jednak wyższe...

Więc ja, nie byłabym sobą, gdybym - zanim rzucę biednym ciastem o podłogę - nie dowiedziała się czegoś więcej. Przecież nie będę rzucać ciastem, jak nie wiem dlaczego! Otóż biszkopt (ten udany) jest ciastem puszystym, a to za sprawą pęcherzyków powietrza, w których znajduje się para wodna. Gdy ciasto stygnie, para wodna skrapla się, zmniejszając swą objętość i "ściągając" ciasto w dół. I nieraz zamieniając "puszka" w gniota. ;) Rzucając biedakiem o podłogę powodujemy, że ciasto się rozszczelnia a bańki powietrzne po prostu pękają lub uciekają. Rezultat: biszkopt nie opada. I oto nam chodzi.

Dzisiaj z malinami (moimi oczywiście) :) , bitą śmietaną i polewą... Rozpusta?
W końcu jak cała rodzina chora, to trzeba sobie jakoś humor poprawić. :))


Co nam szkodzi rzucić biszkoptem o podłogę, prawda?
Pozdrawiam
Ewa

czwartek, 8 listopada 2012

Entliczek-pentliczek, czyli szarlotka contra jabłecznik




W związku z tym, że od dłuższego czasu jestem obdarowywana ekologicznymi jabłkami - a to z działki Teściowej, a to z działki rodziców koleżanki, a to z wiejskiej jabłonki pani Kasi... - działam w kuchni jabłkowo na wszystkie chyba możliwe sposoby. Czuję się jak ten Entliczek-pentliczek, czyli robaczek z wiersza Brzechwy, któremu znudziło się jeść jabłka z dziada pradziada i udał się do miasta, aby zjeść befsztyczek. "A w karcie okropność - przyznacie to sami: jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami, duszone są jabłka, pieczone są jabłka. I z jabłek szarlotka, i kompot, i babka!" U mnie bardzo podobnie: były kompoty i placuszki, musy do naleśników i słodkie pierożki, pieczone jabłka z miodem i chipsy jabłkowe. No i oczywiście jabłeczniki.



A gdy tak piekłam te jabłeczniki, to przypomniało mi się, jak kiedyś trafiłam przypadkiem na jakieś forum, gdzie trwała dyskusja na temat szarlotki, a dokładnie czy szarlotka to jabłecznik. Ubawiłam się po pachy czytając autorytarne argumenty i kontrargumenty przyznające lub odbierające biednej szarlotce prawo do bycia jabłecznikiem. Główna teza głosiła, że szarlotka to ciasto z różnymi owocami (w tym też jabłkami) i nie wolno stawiać znaku równości między jabłecznikiem a szarlotką, bo to zupełnie co innego.



A zatem, jak to jest z tą Bogu ducha winną szarlotką? Bo to, że jabłecznik to ciasto tylko z jabłkami, jak sama nazwa wskazuje, nie trzeba nikomu udowadniać, ale brzmiąca z francuska szarlotka? Czy zamawiając szarlotkę w restauracji czy cukierni, przyszło Wam kiedykolwiek do głowy, że możecie dostać ciasto z wiśniami. Czy przed złożeniem zamówienia upewniacie się: „a z czym jest szarlotka”? Oczywiście, że nie.



I choć nie ma ona jednoznacznej definicji (bo pierwotnie dopuszczała również inne owoce, takie jak gruszki, brzoskwinie, morele), to słownik PWN podaje, że jest to jednak kruche ciasto z jabłkami. I tu mamy ukrytą jedyną różnicę między jabłecznikiem a szarlotką. Otóż szarlotką nazwiemy wyłącznie kruche lub półkruche ciasto z jabłkami, a jabłecznik może być na biszkopcie, na cieście drożdżowym, czy francuskim. 



Ciast z jabłkami jest bardzo wiele. Może też być tarta jabłkowa  - też na kruchym cieście (ale i cytrynowa, morelowa, etc); może być strudel z jabłkami  - też kruche, wielowarstwowe ciasto (ale i np. z wiśniami); może być strucla jabłkowa  - podłużne zawijane ciasto drożdżowe (ale i serowa, makowa). 



Mój skromny apel na dziś: nie komplikujmy tego, co proste, zaufajmy intuicji i pozwólmy szarlotce pozostać szarlotką! :))

Pozdrawiam
Ewa

środa, 7 listopada 2012

Gałki, ach te gałki!

Człek by je garściami brał! Czyli konkretnie ja, bo jestem absolutną fanką "niestandardowych" uchwytów. Jakie one potrafią zdziałać cuda! Najzwyklejszą szafkę zmienią w ciekawy mebel. Dlatego jestem nałogową zmieniaczką uchwytów. Żaden mebel u mnie w domu nie ma uchwytu, z którym został zakupiony. ;) Prędzej czy później ten niepozorny niby element zostanie wymieniony na bardziej oryginalny. A że ostatnio trochę zaszalałam z gałkami, to Wam je zaprezentuję w dzisiejszym nieco wnętrzarskim poście. Zobaczcie same, ile zależy od tego niepozornego maleństwa.

Na początek pokój Rodzyneczki i szara szafa (po spotkaniu z woskiem wybielającym, ale o tym przy innej okazji) i "nowe" uchwyty pomalowane na biało. Uchwyty te to nic innego jak autentyczne starocie wyłuskane na Allegro. Te oryginalne - niczego sobie - powędrowały do innej szafy (o której też przy tej samej innej okazji). ;)

Przed                                                                        Po

Łóżko, które dostało ceramiczne duże gałki w paseczki, które kolorem pasują do obwódek namalowanych wokół okien. Znalezione gdzie? Na Allegro, wiadomo.



Oraz mały kolaż wnętrza, z akcentem na uchwyty.



A teraz sypialnia i szafa garderobiana z tymczasowo wykorzystanymi uchwytami z łóżka Panny wielce małoletniej oraz już z docelowymi gałkami w odcieniu antic white i cappuccino. ;) Gałeczki pochodzą ze sklepu Casabianca.pl, w którym, moim zdaniem, jest całkiem duży wybór ciekawych i niesztampowych uchwytów.

Przed                                                                       Po

Szafeczki nocne jakiś czas temu kupione też na Allegro już oczyszczone, więc przy ich metamorfozie ominął mnie żmudny proces szlifowania! Długo szukałam odpowiednich uchwytów, cudowałam, zmieniałam, aż w końcu mnie olśniło, że te oryginalne są jednak najlepsze, tylko trzeba je pobielić i lekko spatynować. :)

Przed                                                                       Po


 Komoda z Ikei
Przed                                                                              Po



I w tym miejscu mam prośbę do Was. Brakuje mi 4 gałek tego typu do dolnego rzędu komody. Jak widzicie kwiaty różnią się nieco (były kupowane w różnych miejscach - jeden rodzaj w sklepie Bellmaison.pl a drugi na Allegro) i szukam cały czas jeszcze innych w tym samym stylu. Muszę chyba eBay przetrzepać. :) Niestety nie mogę na nic takiego trafić, stąd moja prośba. Może Wam gdzieś podobne gałki wpadły w oko, dajcie znać, gdy się natkniecie przez przypadek na takie kwiaty, bo pilnie poszukuję takowych! Z góry dziękuję za wszelkie tropy. Poniżej pokazuję zbliżenie tych "flowerków", abście wiedziały o co mi chodzi.





I szybki look kolażowy.




Łazienka z jedną jedyną szafką na kosmetyki. Gałki też ze sklepu Casabianca.

Przed                                                                               Po

Podgląd:


No to zagałkowałam Was dzisiaj na całego tymi bzdurkami! Ale co, nie lepiej z nowymi? :))

Pozdrawiam
Ewa


poniedziałek, 5 listopada 2012

Niespiesznie

Tego weekendu było mi trzeba. Chwili lekkiego spowolnienia, nic-nie-muszenia. Czasu niespiesznie spędzonego. Na co dzień kręcę się nieustannie jak śruba poruszana niewidoczną mocą wkrętarki, a na wsi na szczęście - z niewyjaśnionych przyczyn - miejskie elektronarzędzia  nie działają. ;) I pozwalają wytracić rozpęd i wyhamować. Odszukać zagubione myśli.

Był więc czas na spacer, leżenie z książką przed kominkiem i partyjki rozgrywane gdzieś pomiędzy. Rano budzik nie dzwonił przez trzy długie poranki. Błogie, w pełni zasłużone lenistwo niezbędne dla zdrowia. ;) Trwaj chwilo...



Niestety jakiś wirus też w tym czasie szukał spokoju i zawędrował w nasze progi. Widocznie też chciał razem z nami poleniuchować. ;) Najmłodsze dziś z gorączką tuli się do mamy. W końcu najlepiej powciskać smuteczki w mamine ramiona! Rodzyneczka też nieco osowiała, znad wyraz wielkim katarem, i na ostatku ja jakoś podejrzanie słaba. Kurujemy się miksturką z miodu i cebuli oraz czosnku z cytryną, popijając syrop z pędów sosny.

Ale przesyłam Wam chociaż kilka uspokajających, jesiennych widoczków, abyście też mogli się przez chwilę zrelaksować i niespiesznie nacieszyć tą krótką wizytą u mnie. Tym bardziej, że za oknem pogoda taka jakaś mało definiowalna.





Pozdrawiam
Do miłego
Ewa

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...