piątek, 8 kwietnia 2016

Druga młodość czy nowa miłość?

Wiosna i młodość to oczywista para. Młodziutkie listki, młodziutkie pączki, wszystko takie świeże, nowe, naiwnie radosne... A i z miłością wiosna ma wiele wspólnego. Niby zakochać się można o każdej porze roku, ale wiosną słońce wprawia nie tylko całą przyrodę w dobry humor, ale też niespodziewanie podgrzewa krew w żyłach. A jak wiadomo krew nie woda... ;)

No cóż, może to wiosna, a może po prostu wchodzimy w bardzo niebezpieczny wiek, kiedy to przeżywa się drugą młodość i niektórym "odbija". ;) Hmm, niewątpliwie nam też odbiło. Piszę nam, bo ja i mój mąż zakochaliśmy się. I to niestety wcale nie na nowo w sobie nawzajem. ;) Obiekty naszych permanentnych myśli spadły na nas nagle i nieoczekiwanie, jak kwietniowe pierwsze kolory. Tak to często z miłością bywa. Bo czy mogłam przewidzieć, że tak mnie szydełko zauroczy? Tak pochłonie, tak owinie wokół palca? ;) Nowa miłość męża też jest zaskoczeniem, bo dotyczy samochodu. Samochód jak samochód, miał być sprawny i wozić nas, gdzie chcemy. Nigdy hopla na tym punkcie nie miał. Ale teraz hopel się pojawił. :)

Tak, czy inaczej, chyba wybraliśmy sobie całkiem niegroźne w konsekwencjach romanse. Myślę, że małżeństwo przetrwa etap naszej drugiej młodości. :))  Chociaż... łatwiej jednak poderwać kobitkę na samochód niż złapać na szydełko mężczyznę. :))

O szydełku opowiem Wam w następnym poście, bo już co nie co o tym wiecie, a dziś będzie o samochodzie. W związku z nową miłością byliśmy w weekend na naszym pierwszym rajdzie. Na początek wybraliśmy lajtową wersję połączoną z rodzinną włóczęgą po mniej znanych zakątkach Pomorza. Później przyjdzie czas na wyczyny bardziej ekstremalne. :) Pogoda dopisała, było słonecznie i bardzo ciepło. I w takich przyjemnych okolicznościach przyrody oraz w towarzystwie około 20 terenówek pokonaliśmy ponad 100 kilometrów trasy rajdu.


Nie obyło się bez przygód, bo choć trasa nie była skomplikowana, to miejscami bywało ciężko. ;)


Po drodze zwiedziliśmy między innymi Wilkowo Nowomiejskie (powiat lęborski) - niepozorne miejsce słynące z największej liczby rekordów Guinessa w Polsce. Ich bicie odbywa się w maju na tak zwanych wilkowskich majówkach (jeśli ktoś jest zainteresowany, można sprawdzić termin tegorocznej imprezy i jakie w tym roku będą podjęte próby bicia rekordów). A światowymi rekordami w Wilkowie są już między innymi: najdłuższa jeżdżąca hulajnoga (20 m i 18 cm), największa serwowana polewka, największe kaszubskie nuty, największe drewniane koło o średnicy 3 metrów i 63 cm, czy największy drewniany chodak ważący ponad 4,5 tony. ;)


Jest też największa cegła o długości 73 cm, którą udało się wypalić dopiero za sześćdziesiątym razem i najdłuższy stół biesiadny wykonany w całości z jednego kawałka daglezji o długości 36 m i 18 cm.

No i najdłuższa deska (40m 81,5cm), która w 2009 roku zdetronizowała tę w Szymbarku (36,83). Szymbark nie dał sobie jednak odebrać palmy pierwszeństwa i trzy lata później, w czerwcu 2012 roku pobił oba poprzednie rekordy wystawiając deskę o długości 46,53 cm! Tak że deska w Wilkowie nie jest już najdłuższa na świecie, ale i tak jest imponująco długa.


Widzieliśmy też ostoję bobrów. Chociaż ich samych niestety nie wypatrzyliśmy, to efekty pracy ich ząbków, jaki i przemiany materii, jak najbardziej! ;)
 


Niedaleko Słupska na podłużnym, jedynym w tej okolicy, polodowcowym pagórku stoi w stanie rozpadu kamienna wieża zwieńczona żelaznym zniczem. Podobno nikt nie wie, kto, po co i kiedy ją postawił. ;) Ale popatrzeć na nią sobie można. ;)


I atrakcja, która mnie najbardziej zauroczyła to pałac na wodzie z XVIII wieku, a właściwie jego ruiny. W miejscowości Karżniczka stoi niszczejący obiekt otoczony z wszystkich stron wodą. Od przylegającego do niego stawu zostały wyprowadzone szerokie kanały wodne, które otaczają pałac. Był też park w stylu angielskim, po którym zostały tylko kamienne balustrady. Niestety odkąd trafił w prywatne ręce coraz bardziej popadał w ruinę, a na domiar złego w 2009 roku został podpalony. Od tamtej pory nikt o niego nie dba. I tak smutno kończy kolejny nasz polski zabytek....

Tak wyglądało jeszcze w 2009 roku

http://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/4801/Karzniczka

http://www.polskiezabytki.pl/m/obiekt/4801/Karzniczka/

Jak sobie wyobraziłam jak pięknie musiał pałac i ogród wyglądać za czasów świetności, to aż żal, że taki koniec go spotkał. Piękne, wysokie na około 4 metry pokoje, ogromne okiennice i zwieńczenia, rabaty różane... musiało być pięknie. A teraz połamane ramy drzwiowe i okienne leżą na stercie śmieci... Ech.

Byliśmy też na granicy... dawnego Państwa Krzyżackiego. W szczerym polu odnaleźliśmy kamień graniczny z początków XIV wieku. Dzieciaki pobiegły do drugiego, wypatrzyły też kolejne - tak właśnie przebiegała granica posiadłości Zakonu Krzyżackiego. Jako ciekawostkę powiem Wam, że znalazły się takie osiłki, które dały radę ukraść ten głaz. Sprawców jednak odnaleziono i kamyczek musieli odwieźć na miejsce. ;)
 
Po środku widać krzyż. Mam nadzieję,  że widać. ;)

Po drodze w oko wpadła mi też ta urokliwa, ludowa kapliczka przydrożna.


Zadowoleni i umiarkowanie brudni :) późnym wieczorem dotarliśmy do bazy na ognicho i insze atrakcje! 




Nowa miłość taty wszystkim domownikom bardzo się spodobała i już czekamy na kolejny rajd. :)

Pozdrawiam serdecznie
Ewa


wtorek, 5 kwietnia 2016

Wiosennie dziś

Czas już wyjść z wiosną do ludzi. ;) U innych od tak dawna wiosna gości, jest radośnie i pastelowo, słonecznie i ogrodowo. A u mnie nic nie słychać, oprócz prac ręcznych. Żadnych refleksji, żadnych przemyśleń, cisza kulinarna i cisza ogrodowa. Zupełnie jak nie mój blog. Niebo wciąż tak daleko, a ziemia tak blisko, może czas zejść i spojrzeć co się ma pod nogami?

 

Dlatego dziś, korzystając z przepięknej pogody i dnia wolnego od szkoły (ponieważ szóste klasy pisały test, czyli między innymi mój Najstarszy, który pojawił się przed 13.00, tylko po to, by przebrać garnitur i oznajmić, że nie jest głodny a test był łatwy i wszystkie zadania zrobił, oraz że umówili się całą paczką na rowery, rolki i hulajnogi... i to tyle na razie wiem), :)) ... zatem korzystając z dobrodziejstwa słońca (23 stopnie), przy śpiewie ptaków i paplaninie dzieci zabrałam się za wiosenne porządki w przydomowej namiastce ogródka. Co trzeba przycięte, co trzeba wygrabione, a te 200 cebulek posadzonych jesienią już zaczyna cieszyć oczy. Kwitną cebulice i wrzośce...

...wystawiają nosy szafirki i hiacynty, a czosnki i tulipanki machają liśćmi.

 Pąkami strzelają ukochane hortensje i bzy...


Budzą się piwonie i rozchodniki.

I budzę się ja. :)
To tyle na dziś, następnym razem opowiem o drugiej młodości. ;)

Pozdrawiam ciepło
Ewa




sobota, 26 marca 2016

Życzenia wielkanocne

Kochani, z okazji Świąt Wielkiej Nocy chciałam dziś bez zbędnych słów złożyć Wam i sobie najserdeczniejsze życzenia - króciutkie, ale bardzo treściwe. Alleluja!




Pozdrawiam ciepło
Spokojnych Świąt
Ewa


wtorek, 22 marca 2016

Jak w garncu

Awaria poczty mailowej przeniosła się na wszelkie internetowe łącza i odcięła mi nagle dostęp do tlenu. ;) Zaległa cisza w eterze. Ani nic sprawdzić, ani pobuszować, ani nic wygooglować nie można, no koniec świata! Niby laptopik można otworzyć, ale okno na świat zabite i nic nie widać. Dziwne uczucie, jakoś tak tyle czasu bez internetu, jak bez ręki. Bać się, czy raczej wybrać się na terapię uzależnień? W każdym razie dostęp do tlenu już od wieczora mam. Hurra!

Za parę dni Wielkanoc, na blogach zrobiło się świątecznie i wiosennie, bo przecież wiosnę już mamy od dwóch dni, a u mnie oczywiście wszystko na opak - ani jednego ani drugiego. Za to jak w przysłowiowym marcowym garncu przygotowałam dziś taki mały wiosenny gar z bigosem ;) i powrzucałam kilka różnych ostatnich prac. Na początek oczywiście łapacz. Można powiedzieć, że wczesnowiosenny, żółciutko-zieloniutki na tle jeszcze nierozbudzonej przyrody. ;)

wiosenny łapacz snów


Zrobiłam też kolejny wisiorek, tym razem w liliowo-fioletowym  kolorze.


A żeby nie było zbyt nudno, że tylko te łapacze i łapacze, to dla odmiany mam chustecznik. Biały, patynowany, ze srebrną poświatą, taki księżycowy.  ;))





No i oczywiście dalej dziergam, szydełkowo kombinuję i się rozkręcam. Cuuudowne zajęcie! Podczas karmienia żółwia wzrok padł mi na brakującą gałkę od żółwiowej szufladki. Wciąż nie mogłam się zdecydować, jaka gałka najlepiej by pasowała do przemalowanego w zeszłym roku stolika... etniczna wzorzysta, czy jednobarwna, w jakim kształcie, itd, itp. Problem jak ta lala! Aż do dzisiaj. Dziś usiadłam i raz dwa wydziergałam ubranko na gałkę. Szufladka zyskała oryginalną gałeczkę (tym samym stolik uważam za zakończony), a ja zyskałam kolejną kapkę radości! :)



Gdy syn wrócił z teorii oznajmił, żebym nie wprowadzała mu żadnych "szydełek" do pokoju.
- Oj, taka mała gałeczka przecież nic ci nie przeszkadza.
- Ja ciebie już znam! Jutro wrócę ze szkoły i będę mieć szydełkowy abażur!

I cóż począć, nie to nie, ale szydełkowy abażur to jest pomysł! ;)

Pozdrawiam serdecznie
Całusy
Ewa

piątek, 11 marca 2016

Nowa umiejętność

Ogarnęło mnie istne łapaczowe szaleństwo. Coś niesamowitego! Jestem absolutnie zaskoczona, bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Myślałam, że spróbuję, coś tam sobie poplączę, coś podoczepiam i już. Spróbowałam i przepadłam. Wciągnęło mnie na całego, ręce się rwą, pomysłów mam sto i nie nudzą mi się nic a nic. Dlatego wybaczcie tę monotonię tematyczną na blogu. Ona się niedługo skończy, bo zacznie się... ogrodowa monotonia. :))



Muszę się Wam przyznać, że tak mnie wciągnęło "łapaczowanie", że z tego powodu nauczyłam się w końcu szydełkować! :) Nauczyłam to za dużo powiedziane - uczę się i ćwiczę, po prostu dopiero raczkuję. ;) A że chciałam mieć również serwetkową wariację na temat łapaczy, to nie było wyjścia - trzeba się było nauczyć. Moja kochana koleżanka, która z szydełkiem jest za pan brat od dziecka, wytłumaczyła mi wszystkie podstawowe oczka i słupki oraz jak czytać te magiczne kropeczki, kreseczki i krzyżyki. Ha, nawet wiem co to pikotek, taka jestem wyedukowana! :)) Pod jej okiem wydziergałam swoją pierwszą serwetkę - to był wspaniały i dłuuugi dzień. ;) A później w ciągu dwóch tygodni ferii zrobiłam kolejne pięć (między innymi oczywiście). Proszę o wyrozumiałość, zdaję sobie sprawę, że są one wielce niedoskonałe, nie uprane i nie ponaciągane, ale tak się z nich cieszę, że się nimi pochwalę. :))

Niestety na taką serwetkę potrzeba kilka godzin dłubania. Oczywiście zależy to od wprawy, stopnia skomplikowania wzoru, wielkości serwetki, itd. Niemniej jednak nie da się tego zrobić rach ciach. Każde kolejne okrążenie zabiera coraz więcej czasu, no cóż: matematyka - obwód jest coraz większy. :) Poza tym nie da się śledzić akcji filmu jednym okiem, a drugim sobie dziergać, jak przy drutach. ;) Przynajmniej ja jeszcze tego nie potrafię. Ja muszę się skupić na wkłuciu we właściwe oczko, na liczeniu słupków oraz na kontrolowaniu momentów, kiedy trzeba zrobić narzut i to ile razy, (!) i ciągłe monitorowanie, czy aby na pewno nigdzie się nie pomyliłam i wzór jest podobny do tego na obrazku. ;) Ale mnie się ta robota prawdziwie spodobała. A poza tym biorę na warsztat na razie nieduże serwetki, często "wygryzam" sobie po prostu ze wzoru sam najładniejszy środek. ;)) A wzorów mam całe mnóstwo, bo wypożyczyłam od mojej mistrzyni robótkowe gazetki... i szaleję. Druty tymczasowo poszły w odstawkę, wszak wiosna idzie, a ja połknęłam szydełkowego bakcyla, czym jestem zupełnie zaskoczona. :)

Żeby nie być gołosłowną, pokażę dzisiaj pierwszego serwetkowego łowcę marzeń (w stylu shabby) - żebyście wiedziały po co mi właściwie ta nowa umiejętność była potrzebna. No, do szczęścia oczywiście! ;)

Łapacz snów shabby chic

łapacz snów shabby chic
 Biały łapacz snów z koronki

To ściskam Was serdecznie
Udanego weekendu
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...